Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 105

Łzy zapiekły ją pod powiekami. Nie powi

A potem próbowała, naprawdę próbowała namówić babcię na przeprowadzkę do miasta, gdzie mogłaby ją odwiedzać między koncertami.

Ale Edith nie ruszyła się z miejsca. Pomysł, by opuścić dom, do którego weszła jako pa

Kiedy umarła, Caroline leżała w szpitalu w Toronto, chora z wyczerpania. Dowiedziała się o śmierci babci tydzień po pogrzebie.

Więc nie powi

Ale kiedy tak siedziała w samochodzie, a powiew z wentylatora chłodził jej twarz, poczucie winy niemal ją dławiło.

– Tak mi przykro – powiedziała głośno. – Tak mi przykro, że mnie tu nie było. Nigdy.

Z ciężkim westchnieniem przesunęła dłonią po błyszczących, krótkich włosach w kolorze miodu. Nie ma sensu siedzieć w samochodzie i rozdzierać szat. Musi wnieść bagaże, obejść gospodarstwo, zadomowić się. Dom należał teraz do niej i miała zamiar go zatrzymać.

Kiedy otworzyła drzwiczki samochodu, upał pozbawił ją tchu. Chwytając łapczywie powietrze, sięgnęła na tylne siedzenie po skrzypce. Kiedy zaniosła instrument i pudło z nutami na werandę, czuła się jak wyżęta.

Wracała do samochodu jeszcze trzy razy – po walizki, dwie torby zakupów spożywczych, które zrobiła w małym sklepiku pięćdziesiąt kilometrów na północ, po magnetofon szpulowy. W końcu zgromadziła wszystko na werandzie.

Wyjęła klucze. Każdy opatrzony był karteczką: frontowe, kuche

Drzwi skrzypnęły jak każde przyzwoite stare drzwi i otworzyły się na pustkę nie zamieszkanego domostwa.

Caroline podniosła skrzypce. Były ważniejsze niż jakakolwiek torba.

Trochę zagubiona i po raz pierwszy samotna, weszła do środka.

Korytarz prowadził wprost do kuchni. Na lewo były schody skręcające ostro w prawo po trzecim stopniu. Poręcz z ciemnego, twardego dębu pokrywała gruba warstwa kurzu.

Tuż pod schodami stał stolik, na nim ciężki czarny aparat telefoniczny i pusty wazon. Caroline odłożyła skrzypce i wzięła się do roboty.

Zaniosła zakupy do kuchni. Wokół żółtych ścian stały i wisiały oszklone białe szafki. Ponieważ w domu było gorąco jak w piecu, przede wszystkim zajęła się jedzeniem, ucieszona faktem, że lodówka lśni czystością.

Powiedziano jej, że po pogrzebie kobiety z sąsiedztwa wyszorowały dom od strychu po piwnice. Teraz mogła się przekonać, że to prawda. Poprzez dwumiesięczną warstwę kurzu, poprzez koronki pajęczyn, które przedsiębiorcze pająki utkały w kątach pokojów, przebijał zapach Ajaxu.

Wróciła wolno do frontowego holu, stukając obcasami o deski podłogi. Zajrzała do pokoju dzie

Dźwignąwszy walizki ruszyła na piętro, aby wybrać pokój dla siebie.

Ze względów praktycznych i uczuciowych wybrała sypialnię dziadków. Wielkie łoże z czterema kolumnami i pikowaną narzutą obiecywało wygodny odpoczynek. Cedrowy kufer w nogach łóżka mógł kryć niejedną tajemnicę. Malutkie fiołki i różyczki na ścianach powi

Caroline odstawiła walizki i podeszła do wąskich oszklonych drzwi. Prowadziły na taras, skąd mogła podziwiać róże swej babki i byliny walczące z chwastami o przetrwanie. Słyszała szelest wody rozbijającej się o jakiś głaz czy pień drzewa, tuż za ścianą dębów. A w oddali, poprzez opary gorącej ziemi widziała brązową wstęgę potężnej Missisipi.

Śpiewały ptaki; sójki i wróble, wrony i skowronki. I kto wie, czy w tę symfonię rozedrganych w gorącym powietrzu dźwięków nie wdarł się gardłowy krzyk dzikiego indyka?

Rozmarzyła się na chwilę. Wiotka kobieta, odrobinę za szczupła, o pięknych dłoniach i podkrążonych oczach.

Na moment widok, zapachy i dźwięki zniknęły. Caroline jest w sypialni matki, gdzie poszeptuje pozłacany zegar z brązu i unosi się zapach Chanel. Za chwilę pojadą na pierwszy koncert Caroline.

– Mam nadzieję, że dasz z siebie wszystko, Caroline. – Głos matki, cichy i rozwlekły, nie pozostawia miejsca na żadne komentarze. – Spodziewam się, że będziesz najlepsza. To jest twój cel, jedyny, jaki warto osiągnąć. Rozumiesz?

Caroline podkula nerwowo palce u nóg. Na stopach ma błyszczące buciki od Mary Janes. Niedawno skończyła pięć lat. – Rozumiem, mamo.

A teraz jest w salonie. Ramiona bolą ją po dwóch godzinach grania. Słońce świeci za oknami. Ze swojego miejsca Caroline widzi rudzika, który przycupnął na gałęzi. Przestaje grać, rozbawiona.

– Caroline! – dobiega z parteru głos matki. – Została ci jeszcze godzina ćwiczeń. Jak chcesz być gotowa do tournee, skoro brak ci dyscypliny? Proszę zacząć od początku.

– Przepraszam – Caroline podnosi z westchnieniem skrzypce, które ciążą dwunastolatce niby ołów.

Jest za kulisami, walczy z tremą towarzyszącą każdej premierze. I jest zmęczona, taka zmęczona nie kończącymi się próbami, przygotowaniami, podróżami. Jak długo chodzi w tym kieracie? Ile ma lat? Osiemnaście, dwadzieścia?

– Caroline, na litość boską, nałóż trochę więcej różu na policzki. Wyglądasz jak upiór. – Ten niecierpliwy, świdrujący mózg głos, twarde palce ujmujące jej podbródek. – Nie mogłabyś wykazać choć odrobiny entuzjazmu? Wiesz, jak ciężko pracowaliśmy z ojcem, żebyś mogła się tutaj znaleźć? Ile ofiar ponieśliśmy? A ty siedzisz przed lustrem, na dziesięć minut przed podniesieniem kurtyny i myślisz nie wiadomo o czym!

– Przepraszam. Zawsze przepraszała.

Leży w szpitalnym łóżku w Toronto, chora, wyczerpana, pełna poczucia winy i wstydu.

– Odwołałaś resztę tournee? – Majaczy nad nią spięta, rozwścieczona twarz matki. – Co to właściwie znaczy?

– Nie mogę go ukończyć. Przepraszam.

– Przepraszasz! Co komu przyjdzie z twoich przeprosin! Rujnujesz swoją karierę, narażasz Luisa na nie wiadomo jakie niedogodności. Nie zdziwiłabym się, gdyby unieważnił twój kontrakt i zniszczył cię zawodowo.

– Był z kimś – mówi Caroline słabo. – Tuż przed wyjściem na scenę… Widziałam go… W garderobie. Był z kimś i

– Bzdura! A nawet jeśli to prawda, sama sobie jesteś wi

Oto mi wdzięczność! Jak, twoim zdaniem, mam sobie poradzić z prasą.

plotkami, z całym tym bałaganem, którego narobiłaś?

– Nie wiem. – Caroline pragnie tylko zamknąć oczy i odciąć się od świata. – Przepraszam. Nie mogę już dłużej.

Nie, pomyślała Caroline, spoglądając na ogród babci. Po prostu nie może już dłużej. Nie może dłużej być kimś, kogo tworzą i

Tucker Longstreet wjechał do I

Caroline Waverly zrozumiałaby doskonale uczucia psa, który otworzył jedno oko i zobaczył czerwony lśniący samochód pędzący wprost na niego. Wóz zarył się kołami w asfalt pół metra od jego kryjówki, psa jednak już w niej nie było.