Страница 33 из 105
– Popalam. Ty?
– Nic – - Pogrążyli się w przyjaznym milczeniu. – Dobrze, że szkoła skończyła – odezwał się Jim po chwili.
– Aha. – Cyr nie miał zamiaru się kompromitować, przyznając, że lubi szkołę. – Mamy całe lato.
Zdaniem Cyra lato ciągnęło się w nieskończoność.
– Poszukasz roboty?
Cyr wzruszył ramionami.
– Nie ma pracy.
Jim zwinął stara
– Mój tata robi coś dla tej pa
– To będziesz bogaty.
– Gówno. – Jim uśmiechnął się od ucha do ucha i zaczął rysować wzory w piachu. – Ale mam trochę forsy. W tej chwili dwa dolary.
– To o dwa więcej niż ja.
Jim zacisnął wargi i zerknął spod oka na przyjaciela. Nie powi
– Gadają, że Longstreetowie zatrudniają do roboty w polu. Cyr zakrztusił się dymem i przekazał pallmaila Jimowi.
– Ojciec obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdybym zbliżył się do Sweetwater.
– Chyba tak.
Ale przecież ojciec jest w więzieniu, przypomniał sobie Cyr. Gdyby on, Cyr, znalazł pracę, mógłby założyć swoje własne, sekretne konto, tak jak Rutha
– Jesteś pewien, że biorą robotników?
– Tak mówią. Pa
– Jasne, że fajnie. – Cyr spojrzał na swego przyjaciela. Jego uśmiech był zaskakująco ciepły. – Powinienem chyba pomóc ci zjeść to ciasto, bo inaczej pożresz je całe i się pochorujesz.
Podczas gdy chłopcy negocjowali warunki nabycia ciasta, a kobiety paradowały w odświętnych sukienkach. Tuck drzemał rozkosznie we własnym łóżku.
Uwielbiał niedziele. Dom był cichy jak grobowiec; Della wychodziła na miasto, reszta rodziny przysypiała albo zaszywała się gdzieś z pora
Za życia matki wyglądało to zupełnie inaczej. Cały dom wypucowany a do bólu maszerował do kościoła, żeby zająć miejsca we frontowej ławce Matka pachniała lawendą, a na szyi miała perły prababci.
Po nabożeństwie krytykowano kazanie, omawiano pogodę i zbiory Podziwiano noworodki. Dumni rodzice chwalili się dorosłymi dziećmi, a młodzież korzystała z okazji, by poflirtować.
Potem zasiadano do niedzielnego obiadu. Szynka w galarecie, słodkie ziemniaki, świeże suchary, zielony groszek w gęstym sosie, ciasto orzechowe. I kwiaty, na stole zawsze stały kwiaty. Matka już o to dbała.
Aby okazać jej szacunek, ojciec w niedzielę nie brał do ust alkoholu. Ani kropli od świtu do zmierzchu. Dzięki temu długie popołudnia płynęły w se
Tucker tęsknił za tamtymi dniami. Ale obecne też miały swoje dobre strony. Cichy dom, odległy świergot ptaków, szum wiatraka na suficie i cudowna świadomość, że nie trzeba nigdzie iść, niczego robić.
Usłyszał samochód na podjeździe i przewrócił się na drugi bok. Ruch wywołał ból. Tucker jęknął, czekając, aż się uciszy i da mu spać.
Na pukanie do drzwi frontowych otworzył jedno oko. Poraziło go słońce i Tucker syknął przez zęby. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie warto symulować głuchoty i poczekać, aż sprawą zajmie się Josie albo Dwayne. Ale pokój Josie znajdował się po drugiej stronie domu, a Dwayne był prawdopodobnie w takim samym stanie, w jakim Burke znalazł go wczoraj nad jeziorkiem.
– Kimkolwiek jesteś, idź do diabła!
Wtulił głowę w poduszkę i postanowił spać niezależnie od okoliczności, kiedy nagle pukanie ustało. Zanim zdążył sobie pogratulować zwycięstwa, spod okna jego sypialni dobiegł głos Burke'a.
– Tucker, podnieś tyłek! Muszę z tobą porozmawiać. Cholera, Tucker, to ważne.
– Zawsze jest cholernie ważne – wymamrotał Tucker wyskakując z łóżka i krzywiąc się z bólu. Goły i zirytowany otworzył drzwi na taras.
– Jezu! – Burke cisnął na ziemię niedopałek papierosa i obrzucił ciało Tuckera uważnym spojrzeniem. Była to paleta barw. Czerń, zieleń, różne odmiany żółci. – Nieźle cię poturbował, co, synu?
– Przyjechałeś taki kawał drogi, żeby mnie obudzić i dokonać tej ce
– Zejdź na dół, to powiem ci, dlaczego tu jestem. I włóż coś na siebie, zanim cię przymknę za obrazę moralności.
– Sam się przymknij, szeryfie.
Tucker wrócił do sypialni, spojrzał tęsknie na zmiętą pościel, po czym chwycił bawełniane spodnie i okulary przeciwsłoneczne. Uznał, że to wystarczy.
Ponieważ darzył Burke'a sympatią, zaszedł do łazienki, by opróżnić pęcherz i umyć zęby.
Cholera, nie piłem nawet kawy – mruknął, wchodząc na werandę. Burke siedział na bujanym fotelu. Sądząc po stopniu wypolerowania butów i sztywności kołnierzyka, wracał prosto z kościoła.
– Przepraszam, że budzę cię tak wcześnie. Zdaję sobie w pełni sprawę, że jest dopiero południe.
– Daj mi papierosa, ty draniu.
Burke spełnił jego żądanie i odczekał, aż Tucker dokona obrządku z obcinaniem koniuszka.
– Naprawdę myślisz, że skracając fajki oduczysz się palenia? – prędzej czy później. – Tucker zaciągnął się, skrzywił, wydmuchał dym. Spróbował jeszcze raz i poczuł się odrobinę lepiej. Usiadł. – A więc, Burke, co cię do mnie sprowadza?
Burke spojrzał na peonie, które Tucker próbował ratować, i zmarszczył brwi.
– Rozmawiałem przed chwilą z tym doktorem Rubensteinem. Jadł śniadanie w „Chat'N Chew”.
– Aha. – Tucker pobiegł myślą do własnego śniadania. Może uda mu się namówić Delię na zrobienie naleśników.
– Chciał poinformować mnie o paru sprawach, głównie po to, żeby napsuć krwi Burnsowi. Ma bzika na punkcie regulaminu, to znaczy Burns. I lada chwila przejmie moją robotę. Nie żebym się martwił.
– Masz moje pełne współczucie. Czy teraz mogę wróci do łóżka?
– Tucker, tu chodzi o Eddę Lou. – Burke bawił się bezwiednie odznaką szeryfa. Wiedział, że nie powinien przekazywać żadnych informacji Tuckerowi, zwłaszcza w sytuacji, gdy FBI uważała go za podejrzanego. Ale lojalność bierze czasem górę nad przepisami. – Nie było dziecka, Tucker.
– Słucham? Burke westchnął.
– Nie była w ciąży. Wyszło podczas sekcji. Nie było dziecka. Pomyślałem, że powinieneś o tym wiedzieć.
Tucker patrzył na czubek swojego papierosa. W głowie narastał mu szum.
– Nie była w ciąży – powtórzył wolno, z namysłem.
– Nie.
– Jesteś pewien?
– Rubenstein zna się na swojej robocie. Twierdzi, że nie była. Tucker odchylił się na oparcie i zamknąwszy oczy, bujał się w fotelu.
Uświadomił sobie, że ból i żal, który odczuwał w związku ze śmiercią Eddy Lou, brał się w dużej mierze z myśli o dziecku. Ale to dziecko nie istniało i żal Tuckera w jednej chwili zmienił się we wściekłość.
– Okłamała mnie!
– Nie da się ukryć, synu.
– Stała tam, przed tymi wszystkimi ludźmi i kłamała w żywe oczy. Burke poczuł, że nic tu po nim, i wstał.
– Uznałem, że masz prawo wiedzieć. To by było nie w porządku, gdybyś… To znaczy, pomyślałem, że powinieneś o tym wiedzieć.
Ponieważ słowo „dziękuję” wydawało się zupełnie nie na miejscu, Tucker skinął tylko głową. Z zamkniętymi oczami słuchał, jak Burke zapuszcza silnik terenowego wozu i odjeżdża długą, krętą aleją.
Czuł w sobie zimną, ślepą furię, która wyrastała gdzieś z żołądka i wędrowała ku górze. Rozpoznał symptomy i w i
Chciał coś zniszczyć, zmiażdżyć, rozerwać na strzępy i zmienić w pył.
Poderwał się z fotela i ruszył pędem w stronę domu. W paru susach pokonał schody. W swoim pokoju chwycił kluczyki do wozu i sprawił sobie tę satysfakcję, że stłukł lampę. Porwał koszulę z krzesła i, wypadając na korytarz, naciągnął ją na siebie.