Страница 46 из 53
Byłam szczęśliwa.
Boleśnie zapiekły mnie policzki.
Ocknęłam się. Sala szpitalna. Sufit z sześcioma plafonami. Siostra przykładała mi coś do twarzy. Ręcznik zmoczony w gorącej wodzie. Zapach spirytusu. Ślad po ukłuciu w zgięciu ręki.
Bezszelestnie wszedł jakiś pułkownik. Siostra i ręcznik znikły.
Skrzypnęło krzesło. I but.
– Jak się czujecie?
Zamknęłam oczy. Przyjemniej było oglądać świat sercem.
– Możecie mówić?
– O czym? – wyartykułowałam z trudem. – O tym, że boicie się utonąć? Już dwa razy tonęliście, prawda?
– Skąd to wiecie? – Uśmiechnął się niepewnie.
– Pierwszy raz na Uralu. Popłynęliście z trzema chłopcami, pozostaliście w tyle, a koło mostu wpadliście w wir wodny. Uratował was jakiś żołnierz. Ciągnął was za rękę i powtarzał: „Trzymaj się, dupku żołędny, trzymaj się, dupku żołędny…” A drugi raz topiliście się w Morzu Czarnym. Daliście nurka z mola. I popłynęliście do brzegu, jak zwykle. Nigdy nie wypływaliście w morze, od brzegu. Ale w ślad za wami skoczył bezdomny pies, ulubieniec plażowiczów. Poczuł, że boicie się utonąć, i szczekając, popłynął obok, starał się pomóc. Wpadliście w panikę. Zaczęliście młócić wodę rękami, ostro ruszyliście do brzegu. Pies szczekał i płynął obok. Paraliżował was strach. Byliście przekonani, że pies chce was utopić. Zaczęliście się krztusić. Widzieliście swoją rodzinę – żonę w leżaku i córkę z piłką. Były całkiem blisko. Przełykaliście słoną wodę, puszczaliście bańki powietrza. I nagle dotknęliście nogami dna. Stanęliście. Ciężko dysząc i kaszląc, wrzasnęliście na psa: „Won, draniu!” I chlapaliście na niego wodą. Pies wyszedł na brzeg, otrząsnął się i pobiegł do straganu, gdzie jednoręki Aszot piekł szaszłyki. A wyście stali po pas w wodzie i pluli.
Zdrętwiał. W zielonkawoszarych oczach zagościło przerażenie. Przełknął ślinę. Zaczerpnął powietrza. I wypuścił je.
– Powi
– Co?
– Coś zjeść.
I szybko wyszedł.
Po raz pierwszy przypomniałam sobie o jedzeniu. W celi i w szpitalu podsuwali mi miski z czymś szarobrązowym. Ale nie jadłam. Przywykłam jeść tylko owoce i warzywa. Chleba nie jadłam od czterdziestego trzeciego roku.
Chleb – to pastwienie się nad ziarnem. Co może być gorszego od chleba? Tylko mięso. Chyba po raz pierwszy od tych dwóch tygodni zachciało mi się jeść. Zawołałam pielęgniarkę.
– Nie mogę jeść kaszy i chleba. Ale zjadłabym niezmielonego ziarna. Macie takie?
Wyszła w milczeniu, żeby zameldować pułkownikowi. Przez ceglaną warstwę ścian widziałam, jak ten, zgarbiony i ponury, podnosi słuchawkę w swoim gabinecie.
– Ziarna? No… to dajcie, skoro prosi. Co? Dajcie jej owsa.
Przynieśli mi miskę owsa.
Leżałam i żułam.
Potem spałam.
W nocy przyszedł do mnie pułkownik. Przymknął za sobą drzwi, przysiadł na brzeżku pryczy.
– Nie przedstawiłem się wtedy – powiedział cicho.
– To nie jest konieczne. Nazywacie się Wiktor Nikołajewicz Łapicki.
– Rozumiem, rozumiem… – Machnął ręką. – Wszystko o mnie wiecie. I… o wszystkich z pewnością.
Patrzyłam na niego. Rozpiął kołnierzyk munduru, spazmatycznie westchnął i wyszeptał:
– Nie bójcie się, tu nie ma podsłuchu. Możecie… możecie powiedzieć: aresztują mnie czy nie?
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze.
Zamilkł, potem zerknął w bok i szybko wyszeptał:
– Już osiem dni nie spałem. Osiem! Nie mogę zasnąć. Po środkach nase
– Ja pracowałam dla nas.
– Dwóch moich przyjaciół z wydziału trzeciego aresztowano. Masle
Milczałam. Moje serce wiedziało, czego on chce. Spocił się:
– Przeżyłem dwie czystki – w trzydziestym siódmym i w czterdziestym ósmym. Cudem ocalałem, nie wpadłem w tryby. Po prostu nie mam sił na jeszcze jedną. Wiecie, nie spałem osiem dni. Osiem!
– Mówiliście już.
– Tak, tak.
– Czego ode mnie chcecie?
– Ja… chcę… wiem… – jesteście prawdziwym wywiadowcą. Prawdziwym agentem. Czyim – nie wiem. Może Amerykanów. Ale prawdziwym, rzeczywistym wywiadowcą! Nie jak ci lipni, których setkami produkują nasi śledczy, żeby zamknąć dochodzenie. Proponuję wam umowę: ja was stąd wywiozę, a wy mi pomożecie wyjechać za granicę.
– Zgadzam się – odparłam szybko.
Był zdziwiony. Otarł pot z czoła i zaczął szeptać:
– Nie, zrozumcie, to nie jest żadna tania prowokacja i nie… nie bredzenie niewyspanego czekisty. Ja to proponuję serio.
– Rozumiem. Przecież powiedziałam, że się zgadzam.
Łapicki spojrzał badawczo. W jego rozgorączkowanych oczach pojawiło się zrozumienie.
– Byłem pewien! – wyszeptał z zachwytem. – Nie wiem… Nie rozumiem… dlaczego, ale byłem pewien!
Spojrzałam w sufit.
– Ja też byłam pewna, że stąd wyjdę.
I to była prawda.
Pułkownik Łapicki wyprowadził mnie z izolatki śledczej w Lefortowie 18 sierpnia 1953 roku.
Padał drobny deszcz. Służbowym samochodem pułkownika dojechaliśmy do Dworca Kazańskiego; tam zostawił go już na zawsze. Potem wsiedliśmy do podmiejskiego pociągu i pojechaliśmy do wsi Bykowo. Tam na daczy krewnych siostry Jus mieszkali Szro i Zu.
Przywitali mnie z wielką radością, ale nie jak zmarłą i cudem zmartwychwstałą: ich serca wiedziały, że żyję.
Udusiliśmy pułkownika Łapickiego i przez dwie doby oddawaliśmy się obcowaniu serc. Moje stęsknione serce szalało. Piłam i piłam swoich braci. Do utraty tchu.
Zakopawszy nocą trupa Łapickiego, rano opuściliśmy Moskwę.
Trzy dni później w Krasnojarsku na dworcu czekali na nas Aub, Nom i Re. Wszystkich przywróciliśmy do życia razem z Adr w piwnicy Wielkiego Domu.
Tak znalazłam się na Syberii.
W ciemny grudniowy poranek moje serce dwukrotnie drgnęło z bólu: w dalekiej Moskwie rozstrzelano Ha i Adr. Maszyny z mięsa na zawsze zatrzymały ich gorące i silne serca.
A my nie mogliśmy temu zapobiec.
Minęło sześć lat.
Wróciłam do Moskwy.
Trzech braci zmarło śmiercią naturalną. Umarła też stara Jus. Światłość Pierwotna połyskująca w nich przyoblekła się w i
Obóz wydobywający LÓD rozwiązano. Profesorów, którzy uzasadniali doniosłość badań „tunguskiego fenomenu lodowego”, pośmiertnie nazwano pseudouczonymi, tajny projekt „Lód” został zlikwidowany. Zlikwidowano też „szaraszkę”, w której wyrabiano lodowe młoty.
Niemniej jednak bractwo rosło w siłę. Zapasów lodu, wydobytego jeszcze w czasach stalinowskich, wystarczało na wszystko. W 1959 roku z wdzięcznością myśleliśmy o zekach obozu nr 312/500. Swoimi kilofami stworzyli niezbędną lodową bazę. Całe metry szeście
Używaliśmy ich rzadko, bo zawęziło się pole poszukiwań NASZYCH. Miało teraz zasięg lokalny. Obecnie, bez wsparcia MGB, szukaliśmy swoich ostrożnie, stara