Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 34 из 53

I wszyscy jedzą rękami. Nie ma ani noży, ani widelców, ani łyżek.

Patrzę na melona – nigdy go nie jadłam, tylko na targu widziałam. Jeden z mężczyzn pochwycił moje spojrzenie, wziął największego melona. I przysunął sobie jakiś taki ostry kamień. Zamachnął się – i trzask melonem o kamień! Aż się rozbryzgnął w różne strony! Wszyscy się uśmiechają. A on wybrał kawałek i podaje mi. Resztę rozdał i

Potem zjadłam truskawki, słodką paprykę i jeszcze jakieś trzy różne płody. A czereśni zjadłam tyle, że mało nie pękłam.

Po jedzeniu wszyscy wstali i rozeszli się każdy w swoją stronę.

Tylko staruszek Bro podszedł do mnie. Chwycił mnie za łokieć i poprowadził. Do takiego małego pokoiku. A tam pełno książek. Posadził mnie przy niedużym stoliku, usiadł naprzeciw. Mówi:

– Hram, co czujesz?

Mówię:

– Trochę boli mnie w piersi.

– A co jeszcze?

– No – mówię – nie wiem… nic nie rozumiem.

– Dobrze ci było z nami?

– Tak – mówię.

– Twojemu sercu było przyjemnie?

– Bardzo – odpowiadam. – Nigdy mi nie było tak dobrze.

Popatrzył na mnie z uśmiechem i mówi:

– Takich jak my jest bardzo mało. Tylko sto pięćdziesiąt trzy osoby na całej ziemi.

Pytam go:

– Dlaczego tak?

– Dlatego że – mówi – jesteśmy i

– Dlaczego?

– Bo to żywe trupy. Absolutna większość mieszkańców naszej planety to chodzące trupy. Rodzą się martwi, żenią się z martwymi, rodzą martwych, umierają; ich martwe dzieci rodzą nowe trupy – i tak z pokolenia na pokolenie. To kołowrót ich martwego życia. Nie ma z niego wyjścia. A my jesteśmy żywi. Jesteśmy wybrańcami. Wiemy, czym jest język serca, w którym już z tobą rozmawialiśmy. I wiemy, czym jest miłość. Prawdziwa Boska Miłość.

– A co to takiego miłość?

– Dla setek milionów martwych ludzi miłość to po prostu chuć, pragnienie, by posiąść cudze ciało. Dla nich wszystko sprowadza się do jednego: mężczyzna spotyka kobietę, która mu się podoba. Nie zna jej serca, ale jej twarz, figura, chód, śmiech pociągają go. Chce patrzeć na tę kobietę, być z nią, dotykać jej. I zaczyna się choroba pod nazwą „ziemska miłość”: mężczyzna stara się o kobietę, obsypuje ją prezentami, umizga się, przysięga miłość, obiecuje kochać tylko ją jedną. Ona zaczyna odczuwać zainteresowanie jego osobą, potem sympatię, potem jej się wydaje, że to właśnie ten człowiek, na którego czekała. W końcu zbliżają się na tyle, że gotowi są dokonać tak zwanego „aktu miłości”. Zamknąwszy się w sypialni, rozbierają się, kładą do łóżka. Mężczyzna całuje kobietę, ściska jej piersi, leży na niej, wbija w nią swój członek, sapie, stęka. Ona jęczy najpierw z bólu, potem z pożądania. Mężczyzna wypuszcza w łono kobiety swoje nasienie. I zasypiają w pocie, wyjałowieni i zmęczeni. Potem zaczynają żyć razem, poczynają dzieci. Namiętność stopniowo ich opuszcza. Zamieniają się w maszyny: on zarabia pieniądze, ona gotuje i sprząta. W tym stanie mogą przeżyć do samej śmierci. Albo zakochać się w kimś i

Chciałam o coś zapytać, ale nagle wyciągnął do mnie rękę. I ujął moje dłonie. Nawet nie zdążyłam nic powiedzieć, a on zamknął oczy. I jakby zasnął.

Nagle w sercu – szturch!

I wszystko było jak wtedy w pociągu. Tylko jeszcze mocniej. Jakbym w odmęt wpadła, cała, z głową – aż świeczki mi w oczach stanęły. Jakby mi wystrzelił z pistoletu prosto w serce.

A potem zaczęło się coś zupełnie i

I to było tak słodkie i niezwykłe, że po prostu umierałam ze szczęścia.

A on dalej wlecze moje serduszko i wlecze.

Wyżej i wyżej.

I to jest coraz słodsze i słodsze.

A potem – raz! Ostatni stopień. Najsłodszy.

I nagle pojęłam sercem, że tych schodków jest dwadzieścia trzy.

Ale ich nie liczyłam. Pojęłam to sercem.

I wtedy on przestał. A ja – jak siedziałam, tak siedzę. Wszystko wkoło płynie, a serce po prostu płonie żywym ogniem. I nie mogę mówić.

Wtedy on mówi do mnie:

– Teraz rozmawiałem z tobą językiem serca. Wcześniej wszyscy mówili ci sercem tylko parę słów. Ale wszystkich słów serca jest dwadzieścia trzy. Ja ci je wszystkie powiedziałem. Teraz znasz wszystkie.

A ja siedzę, ruszyć się nie mogę, tak mi dobrze. Nigdy w życiu nie było mi tak dobrze. I nagle wszystko zrozumiałam. I rozpłakałam się. Ale tak, że aż mnie całą zmogło: padłam na podłogę i ryczę na cały głos. A on wstał i pogłaskał mnie po głowie.

– Płacz, siostro.

Ryczę. Ale tak ryczę, jak nigdy: całą mnie wywraca na lewą stronę.

Zawołał kogoś, zanieśli mnie do sypialni. A ja wiję im się na rękach jak wąż, wylewam strugi łez!

Zanieśli mnie do sypialni, rozebrali, położyli. A ja się tak rozryczałam, że nie mogę przestać. Zanoszę, no, zanoszę się od płaczu, aż do utraty przytomności, całkiem jakbym umierała. W końcu się ocknęłam: gdzie jestem? Leżę plackiem w łóżku. Ledwie trochę mi przejdzie – i znów w płacz. I znów całą mnie skręca. I znów ryczę do nieprzytomności.

I tak przeryczałam siedem dni i siedem nocy.

Wreszcie doszłam do siebie. Leżę. Płakać już mi się nie chce. W sercu zagościł spokój. Taki przyjemny! Jest spokojnie, dobrze. Ale jakoś mi słabo. Że nie mogę nawet ręką poruszyć. Leżę, przez okienko patrzę. A tam – choinki w śniegu. I takie śliczne te choinki, takie zgrabne. Śnieg na nich leży, połyskuje w słońcu.

Nie wiem, ile tak przeleżałam.

Potem weszła jakaś kobieta. Przyniosła mi pić. Napiłam się.

I wszedł staruszek Bro. Usiadł przy mnie na łóżku, wziął mnie za rękę. I mówi:

– Wszystko już minęło, Hram. Twoje serce płakało ze wstydu za minione życie. To normalne. To spotkało każdego z nas. Od tej pory nigdy więcej nie będziesz płakać. Będziesz się tylko cieszyć. Cieszyć, że żyjesz.

I tak rozpoczęłam nowe życie.

Czy można je opowiedzieć? Oczywiście nie. Pamięć wychwytuje tylko rzeczy wyraziste i drogie nam. A całe moje nowe życie składało się z rzeczy wyrazistych i drogich.

Trzy lata spędziłam w naszym Domu w Alpach Austriackich. Potem, kiedy wojna dotarła i do naszych gór, porzuciliśmy Dom i przedostaliśmy się do Finlandii. Tam, w lesie nad jeziorem, czekał na nas i

Pamiętam wszystko: twarze sióstr i braci, ich głosy, ich oczy, ich serca, uczące moje serce tajemnych słów.

Pamiętam…

Pojawiali się nowi niebieskoocy blondyni o sercach rozbudzonych lodowym miotem, wtapiali się w nasze bractwo, poznawali radość przebudzenia, płakali łzami serdecznej skruchy, odkrywali boski język serca, zastępując doświadczonych i starych, tych, którzy w pełni poznali dwadzieścia trzy słowa.

Wreszcie nadszedł pamiętny dzień: szóstego lipca 1950 roku.

Wstałam o wschodzie słońca, jak i