Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 51

– Ajza-Szi? – zdziwił się Kreol, z trudem przypominając sobie imię swego niewolnika kąpielowego.

Oprócz kąpielowych, mag był jedyną osobą, jaka miała możliwość zobaczyć przepięknego gościa nago. Ajza-Szi został pozbawiony męskiej dumy, zanim jeszcze zaczął się na dobre rozwijać. Do tego rzeczywiście był jednooki. – Do czego może mi się przydać?

– Nie, przyjacielu, oczywiście nie miałam na myśli tego bezmózgiego eunucha. Mówiłam o twoim dżi

– A, on… – Kreol skrzywił się.

Mag sam nie pojmował, dlaczego do tej pory nie pozbył się Hubaksisa. Korzyści, jakie przynosił, były niewielkie w porównaniu z umiejętnością doprowadzania ludzi do białej gorączki. Każdy na miejscu Kreola dawno już odprawiłby dżi

– Nie zajmie dużo miejsca – uśmiechnęła się Najpiękniejsza. – Nie trzeba będzie nawet uwzględniać go w zaklęciu. Dżi

– Wiem. – Kreol zmarszczył się z niezadowoleniem. – Dobrze, zrobię tak, jak mówisz. Sądzę, że trzeba będzie zbudować grobowiec… porządny grobowiec…

– Najważniejsze – sekretny grobowiec! – surowo zauważyła dama. – Będziesz musiał dobrze się postarać, aby ochronić go przed nieprzyjaciółmi! W tym względzie polegam na tobie, w twoim interesie leży, aby…

– Panie, alarm!!! – wrzasnął Artod, rzucając w górę krótki oszczep.

Kreol uniósł głowę i z jego palców wystrzeliła w mgnieniu oka oślepiająca błyskawica. W powietrzu miotało się z pół setki stworów przypominających ogromne gargulce. Miały ciemnobrązową wężową łuskę, pyski nieco przypominające lwie, błoniaste skrzydła, a ich łapy wyposażone były w sierpowate szpony. Jeszcze przed sekundą nic nie zapowiadało niebezpieczeństwa – pojawiło się dosłownie znikąd.

– Kimkarowie! – warknął Kreol, podnosząc laskę i aktywując jakieś zaklęcie. – To wszystko, na co cię stać, Troyu? Podnieść tarcze, odsłonić kryształy, wypuścić płanetników!

Artod i Artedian posłusznie pomknęli wykonać polecenia pana. Dżi

Kimkarowie szybko zorientowali się w sytuacji, zbili się w ciasną gromadę i pomknęli prosto na Kreola, wystawiając do przodu mordercze pazury. Najpiękniejsza cofnęła się kilka kroków, nie robiąc nic, by pomóc arcymagowi. Ten zresztą nie przejął się tym zbytnio – z laski Kreola wystrzeliła jeszcze jedna błyskawica i jeden z kimkarów upadł gdzieś za murem z dzikim wrzaskiem. Ale pozostali uderzyli prosto na Kreola.

Uderzyli i odbili się. Na chwilę przed tym, jak pazury kimkarów dosięgły maga, otoczył go pomarańczowy blask Błyszczącej Zbroi. Stwory zawyły z bólu i znowu wzbiły się wyżej, gdzie jeszcze jednego doścignęła błyskawica Kreola.

Kimkarowie raz za razem starali się dosięgnąć celu, ale wciąż napotykali Błyszczącą Zbroję i odlatywali z wrzaskiem. Tymczasem na wszystkich pięciu wieżach pojawiły się duże romboidalne kryształy, a pośrodku dziedzińca otworzył się ogromny kwadratowy luk.

– Zabić wszystkich! – rozkazał Kreol, wyjmując z torby opasły pergaminowy tom w okładce z zaśniedziałej miedzi. – Pokażę wam, gdzie pieprz rośnie!

Kryształy wystrzeliły jednocześnie w miotających się kimkarów jasnozielonymi promieniami. Dwa stworzenia spadły, upieczone jak szaszłyki. W ślad za pierwszą salwą nastąpiła druga, potem trzecia…

Z otwartego luku wyleciało dziesięć stworzeń niewiadomej postaci. Niewiadomej, gdyż każde z nich otaczała niewielka chmura burzowa, a sami płanetnicy pozostawali niewidzialni. Stworzenia w milczeniu rzuciły się na kimkarów i dwa stada zmieszały się. Skrzydlate bestie rozrywały płanetników pazurami, natomiast płanetnicy atakowali kimkarów prądem.

– Ot, jest! – zwycięsko krzyknął Kreol, znalazłszy w księdze zaklęcie, którego szukał. – No, Troyu, czeka cię niespodzianka…

Przy każdym zdaniu Kreol rozsypywał w powietrzu biały proszek, po którym pozostawały tęczowe błyski. Gdy tylko wymówił ostatnie słowo zaklęcia, kimkarowie, jak na rozkaz, zakończyli bitwę z płanetnikami, a kryształy wróciły na swoje poprzednie miejsca. Ocalali kimkarowie przysiedli na murze i pokornie zgromadzili się wokół Kreola, patrzącego na nich z nieukrywaną ironią.

Zostało ich niewiele ponad trzydziestu. Trzech zginęło od błyskawic Kreola, dziesiątkę zniszczyły promienie ochro

– Komu służycie teraz, kimkarowie? – zapytał drwiąco Kreol.

Kimkarowie nie umieli mówić, a mag świetnie o tym wiedział. Ale patrzyli na niego wzrokiem tak pełnym oddania, że każdy głupi domyśliłby się, komu teraz służą.

– Udacie się teraz do swego poprzedniego pana! – rozkazał Kreol. – Zachowujcie się jakby nigdy nic. Udawajcie, że jesteście mu oddani tak samo jak przedtem. A gdy tylko nadarzy się okazja – zabijcie go!

Kimkarowie zatrzepotali skrzydłami, wzbili się w powietrze i znikli z cichym świstem. Pochodzące z dalekich Indii demony wolały pokonywać duże odległości nie na skrzydłach, a… w i

– No i jak, Najpiękniejsza? – z dumą zapytał Kreol. – Można mieć ze mną do czynienia?

– Naprawdę sądzisz, że te głupie stwory są w stanie wykonać tak złożony rozkaz? – Pokiwała głową z niedowierzaniem.

– Oczywiście, że nie! Ale zapewnią Troyowi kilka nieprzyjemnych minut, a mnie niczego więcej nie potrzeba. Jeśli nawet uda mu się z powrotem je sobie podporządkować (w co osobiście wątpię), więcej ich do mnie nie przyśle. Nie, Najpiękniejsza, Troy wymyśli coś nowego.

Kreol wychylił się ponad zwieńczeniem muru i z przyjemnością popatrzył na walające się w dole trupy kimkarów. Wyglądały niezbyt reprezentacyjnie – poczerniałe, zwęglone. Mniej więcej w całości ostał się tylko jeden – zabity jako pierwszy oszczepem. Nawet zwykły niewolnik był w stanie zabić jednego z tych pół-demonów.

– Kimkarowie… – mruknął Kreol z pogardą, patrząc na trupa. – W pojedynkę nie są warci więcej niż ten złamany oszczep. Ale kiedy zbiorą się w stado…

– Na co liczył ten, kto ich posłał? Czyżby Troy miał nadzieję, że uda mu się cię zabić, mój przyjacielu?

– Oczywiście, że nie! – obruszył się mag. – Żeby mnie zabić, trzeba by co najmniej pięć takich stad… chociaż nie… Zaklęcie Podporządkowania działa tak samo na jednego, jak i na tysiąc – bez względu na liczbę, wszystkich czekałby taki sam los… O, co i

– Dlaczego, w takim razie, nie zrobił tego do tej pory? – Najpiękniejsza uniosła brwi.

– Z tego samego powodu, co i ja. – Kreol wzruszył ramionami. – Jesteśmy z Troyem zaciekłymi wrogami. Nic nie zyska na mojej śmierci…