Страница 36 из 38
Odetchnął i ciągnął dalej.
– Zanim dojdę do najważniejszego, pomyślmy o kluczu. Jeśli powstał tak precyzyjny plan zabicia Grace, czy można przypuszczać, że morderca mógłby nie mieć klucza? A przecież Dorothy Ormsby po wejściu do Grace, zamknęła ponownie drzwi na klucz wychodząc i zgodnie z instrukcją włożyła klucz do garnka w kominku, żeby mógł go tam znaleźć następny z biorących udział w konkursie. Wyobraźmy teraz sobie panią Wardell, która wie, co się za kilkanaście minut musi stać, a nie ma klucza i stara się rozpaczliwie odgadnąć kolejne dwuwiersze, żeby go znaleźć! Nie, panie Tyler! Harcroft i Wardell nie mogli nawet marzyć o wypełnieniu swego planu, gdyby nie wiedzieli, gdzie tego klucza szukać! A kto mógł im powiedzieć? Jedna jedyna osoba, pan! A kto mógł powiedzieć Harcroftowi, że zastanie Grace leżącą na wznak z zamkniętymi oczami, a w zasięgu ręki miecz, którym zdąży ją przebić, zanim dziewczyna zdoła się poruszyć?… Przecież nie wiedząc o tym wszystkim Harcroft nigdy by nie pędził jak wicher po schodach. Musiał dokładnie wiedzieć, ile mu to zajmie czasu. I musiał oczywiście mieć pod ręką ten klucz! Ale sądzę, że klucz pozostawiła mu w umówionym miejscu pani Wardell…
A teraz sprawa, która byłaby nawet zabawna, gdyby wolno było w tej chwili użyć tego słowa. Otóż cały plan Harcrofta i Wardell musiał być, oczywiście, oparty na tym, że wyruszy ona jako przedostatnia, powracając zemdleje, a Harcroft będzie miał absolutne alibi, ponieważ byłby wylosowany jako ostatni, gdyby nie przerwano konkursu. Oznacza to, że aby plan mógł się spełnić musieli oni mieć kolejne numery 8 i 9. Oczywiście mieli! Może pan powiedzieć, że to przypadek, ale pamiętajmy, że ich precyzyjny plan tego właśnie wymagał. A czy pan wie, jaka była przypadkowa szansa takiego układu przy losowaniu?…
Czekał przez chwilę na odpowiedź. Tyler milczał. – Tak potrafią wprowadzać ludzi w błąd małe liczby… – westchnął Joe – Otóż gdyby urządzał pan taki konkurs codzie
Alex urwał. Tyler nie odezwał się.
– Może pan sądzić, że druga część tego, co powiedziałem o waszej przeszłości, oparta jest na moich pospiesznych spekulacjach myślowych… Ale nie zna pan policji. Kiedy ludzie pana Parkera zaczną zbierać wiadomości o pańskim życiu, nie spoczną aż nie przebadają każdego dnia i każdej godziny, a wówczas cała prawda wypłynie na powierzchnię. Być może doktor Harcroft znajdzie dla siebie okoliczności łagodzące, bo był ofiarą, a żadna ława przysięgłych nie stoi po stronie szantażystów. Ale pan zabił z zimną krwią osobę, która była pańską wspólniczką w niezliczonych przestępstwach… Pana zdjęcia staną się dowodami rzeczowymi i pewien jestem, że nie ujrzy pan już nigdy drzewa ani łąki. Kara śmierci została zniesiona, ale dożywotnie więzienie jest chyba gorsze niż ona. Nie chcę rozwodzić się nad zniszczonym życiem Amandy…
Siedzący przed nimi człowiek poderwał się jak dzikie zwierzę. Parker rozkrzyżował ręce i zasłonił sobą drzwi. Ale Tyler w dwóch skokach znalazł się przy wąskich drzwiczkach prowadzących na wieżę.
– Zatrzymaj go! – krzyknął Parker.
Joe ruszył w chwili, gdy Tyler otworzył drzwiczki i zniknął.
Wypadli za nim.
– Biegnie w górę! – powiedział Joe – Nie ucieknie! Słyszał nad sobą kroki biegnącego, Spiralne schodki wirowały przed nim. Nagle Alex potknął się, a biegnący za nim Parker wpadł na niego. Podnieśli się i ruszyli słysząc wysoko nad sobą trzask otwieranej klapy. Ostatnie stopnie. Uderzył w nich wiatr. Joe wysunął głowę nad powierzchnię wieży i zobaczył biały dres Tylera, który stał na obramowaniu, patrząc na nich.
– Stój! – zawołał Parker,
– Tyler odwrócił głowę, spojrzał w dół i skoczył. Podbiegli do obramowania; pod nimi w ciemności, która zaczynała już szarzeć, fale wściekle tłukły w wystrzępione zęby skał. Bliżej można było dostrzec białą nieruchomą plamę.
– To chyba on… – powiedział Parker przekrzykując szum wiatru.
Joe bez słowa skinął głową.
– Może żyje…? – Parker wyjrzał raz jeszcze.
– Nie! – zawołał Alex przekrzykując huk tłukących w skały fal. – Nikt by tego nie przeżył! I nie dotrzemy tam przed odpływem… Jeżeli woda go nie zabierze wcześniej…
Parker otworzył usta, ale nie odpowiedział. I on miał absolutną pewność, że Frank Tyler zginął na miejscu.
– Deszcz przestał padać – powiedział Joe.
– Tak.
Przeszli wokół obwodu wieży, smagani wiatrem. Teraz naprzeciw nich zamigotały latarnie przy wiejskiej uliczce. Bliżej także były światła, reflektory kilku aut, stojących na krawędzi drogi u wylotu grobli, przez którą przewaliła się właśnie wysoka fala wzbijając obłok piany. Ale biegnąca aż ku zamkowi poręcz była już częściowo widoczna.
Parker zawrócił i zaczął schodzić. Alex poszedł za nim nie zamykając klapy. Uczuł nagłe zmęczenie.