Страница 31 из 38
Parker po chwili namysłu skinął głową. Wyjął z kieszeni chusteczkę i uniósł krawędź okładki, na której nietoperz o lśniących oczach wzlatywał ponad konturem domu stojącego w blasku pełni księżyca na bezkresnym pustkowiu.
ALEXANDRA WARDELL
CZY I DLACZEGO DUCHY POJAWIAJĄ SIĘ
– mówiły białe, lśniące litery.
A tuż pod okładką, tam, gdzie tym samym pięknym kaligraficznym pismem nakreślono dedykację dla “Drogiego Mr. Parkera”, tkwiła długa, nie zaklejona koperta. Parker zręcznie wysunął z niej dwie złożone i zapisane po obu stronach kartki papieru. Nie miały one żadnego nagłówka:
“Nabywam się Alexandra Bramley i jestem wdową po sir Johnie Bralmey, przemysłowcu, który pozostawił mi to, co ludzie zwykli nabywać “wielką fortuną”. Gdy w kilka lat po śmierci mego drogiego męża nasza jedyna córka zginęła wraz, ze swym mężem w wypadku, zaczęłam zajmować się badaniami Tamtego Świata, w którym zniknęli. Badania te doprowadziły mnie do pewnych wniosków, które starałam się zawrzeć w kolejnych książkach. Celem tych książek była nie tylko próba poznania tego, co wydaje się niepoznawalne, ale także ulżenia tym wszystkim, którzy stracili kogoś kochanego i niesłusznie sądzą, że stracili go na zawsze.
Książki te wydawałam pod panieńskim nazwiskiem Wardell… Ale dość o tym. Córka moja pozostawiła mi swego synka, małego George’a, mego jedynego, ukochanego wnuka, który był od najwcześniejszych lat mądrym i łagodnym dzieckiem, sprawiając mi wyłącznie radość. Kiedy dorósł i nadszedł czas wyboru studiów, oświadczył mi, że czuje powołanie do stanu duchownego. Po powrocie z Cambridge przyjął święcenia i postał pastorem, a później udał się na rok do Afryki, gdzie kongregacja jego zajmowała się pracą misjonarską. Gdy wrócił stamtąd do Anglii, pognał pewną ładną i miłą dziewczynę, którą nazwę tu po prostu Alicją. Mieli się wkrótce pobrać.
Lecz nim to nastąpiło dotarła do mnie tragiczna wiadomość: George, który lubił żeglować na swym małym jachcie, wypłynął w morze i choć znaleziono pusty jacht miotany falami, nie było go na pokładzie. Po dwóch dniach wyłowiono zwłoki. Morze było burzliwe owego dnia i sądzono, że fala musiała zmyć go z pokładu, a wiatr pognał jacht, pozostawiając mego nieszczęsnego wnuka na pastwę fal. Choć wierzę, że śmierć jest tylko czasową rozłąką, lecz ból mój był wielki, a być może większy jeszcze okalał się ból biednej Alicji, pozbawionej tej pociechy…
Na drugi dzień po otrzymaniu wiadomości o śmierci George’a otrzymałam list… pisany jego ręką. To nie był tragiczny wypadek! List ten mój wnuk napisał i wrzucił do skrzynki tuż przed wyruszeniem na morze. Otóż w czasie pobytu w Afryce i po powrocie, pisał i opracowywał swój dzie
Żeby nie przeciągać tej spowiedzi, nie wystarczy, że Bóg czy Szatan, obdarował Grace Mapleton wielką urodą i magnetyczną siłą, której… jak mi napisał mój wnuk… nie umiał się oprzeć. Była jak owe straszliwe syreny wciągające swym śpiewem żeglarzy na dno. Ale choć kochając Alicję, uznał przelotne odurzenie za swój upadek, nie to było najstraszniejsze. Pa
Cóż miałam uczynić? Mogłam zaskarżyć Grace Mapleton do sądu. Jako szantażystka zostałaby pewnie ukarana. Lecz z pewnością sprawa dostałaby się do prasy i nabrała rozgłosu. A wówczas zadałabym drugi straszny cios biednej Alicji. Nie zna ona prawdy do dziś i nie powi
Tak więc, czekałam. Miałam świadomość, że wnuk mój z pewnością nie był jedyną ofiarą tej nikczemnej istoty, więc być może kto i
Alexandra Bramley
– Więc to było tak… – mruknął Parker – Szalony list!
– Być może… – Joe wzruszył ramionami – ale czy nie sądzisz, że ona ma słuszność? Ten nieszczęsny młody człowiek nie był chyba jedyną ofiarą Grace Mapleton?
Przymknął na chwilę oczy. Będę czekała… nie zasnę…
– Osobista sekretarka pana Quarendona miała okazję zawarcia znajomości z setkami osób… a przy takiej urodzie… – Parker wzruszył ramionami, nagle otrząsnął się ze swych rozważań i spojrzał na Alexa.
– Czy sądzisz, że to jednak możliwe?
– Co?
– Że mogła w napadzie szaleństwa zabić ją w jakiś niewytłumaczony sposób tym mieczem?
– Wiesz przecież, że to niemożliwe, Ben.
– W takim razie – powiedział Parker głucho – bez względu na to, kim była Grace Mapleton i jakie jeszcze popełniła grzechy i zbrodnie, jesteśmy znowu w punkcie wyjścia. Mamy zamordowaną, mamy ewentualny motyw morderstwa, ale nie mamy mordercy, albowiem w dalszym ciągu nikt nie mógł zabić Grace Mapłeton!
– Czy możesz dać mi na chwilę ten list i tę pożegnalną kartkę? – zapytał Alex.
– Mówiłem ci przecież o odciskach palców…
– Na tych papierach będą wyłącznie odciski jej palców. Mogę cię o tym upewnić. Wszystko to jest absolutną prawdą. Nikt tu nie podrzucił tych listów.
– I ja tak myślę, ale…
– Czy zauważyłeś, że ona napisała ten list przed przyjazdem tutaj? “Wyjeżdżam do Devonu”!
– Tak, ale…
– A to oznacza tylko jedno, Ben: pani Alexandra Bramley wiedziała już przed przyjazdem tutaj, że Grace Mapleton zginie, ale pani Alexandra Bramley nie zabiła jej.
– Weź te papiery, jeżeli chcesz – Parker potarł ręką czoło. – Wkrótce zwali się tu mrowie policjantów uzbrojonych w najnowsze osiągnięcia techniki śledczej, a ja będę miał im jedynie do zakomunikowania, że co prawda Grace Mapleton nikt nie mógł zabić, ale Ewa De Vere przestanie tu straszyć. Ciekaw jestem, jak to przyjmą?