Страница 21 из 66
– Jeśli jej nie zabiorę, pójdzie tam sama. Chyba lepiej, żebym przy tym był.
– Chcesz, żebym z wami poszedł? Mogę odwołać spotkania.
– Poradzę sobie. – Musiał sobie poradzić. Qui
Miała ochotę na kieliszek wina, coś chłodnego z subtelnym, owocowym posmakiem. Piwniczka hotelowa okazała się lepiej zaopatrzona, niż można było się spodziewać, ale Qui
Przebrała się w czarne spodnie i kaszmirowy sweter w dwóch subtelnych odcieniach błękitu. Miała wspaniałe włosy, uznała Qui
Qui
Qui
To ślizgało się po lśniącej dębowej posadzce, zostawiając za sobą obrzydliwą wstęgę krwawego śluzu. Najpierw Qui
Ciało stwora, grube jak opona tira, nakrapiane czerwienią i czernią, pełzło po stole, zostawiając na śnieżnobiałym obrusie paskudny ślad, a para śmiała się i flirtowała.
Do sali weszła żwawo kelnerka, nadepnęła na krwawy śluz i podała tamtym dwojgu przystawki.
Qui
A jego oczy, które napotkały jej wzrok, były oczami chłopca, lśniły czerwono, z rozbawieniem. Zsunął się z obrusa i popełzł w stronę brunetki.
Kobieta stała jak wmurowana, twarz miała białą niczym płótno. Qui
– Ty też to widziałaś – powiedziała szeptem. – Widziałaś to coś. Wyjdźmy stąd.
– Co? Co? – Brunetka rzucała przez ramię przerażone spojrzenia, gdy razem z Qui
– Oślizgły stwór, z czerwonymi oczyma, zostawia paskudny ślad. Jezu, Jezu. – Stanęła na hotelowym ganku, chwytając ustami zimne lutowe powietrze. – Oni tego nie widzieli, ale ty tak. I ja. Dlaczego? Niech mnie szlag, jeśli cokolwiek rozumiem, ale znam kogoś, kto może wiedzieć. Tam stoi mój samochód. Jedziemy.
Brunetka nie odezwała się ani słowem, dopóki nie wsiadły do auta i Qui
– Kim ty, do diabła, jesteś?
– Qui
– Layla Darnell. Co to jest za miejsce?
– Tego właśnie chcę się dowiedzieć. Nie wiem, czy miło cię poznać, Layla, w zaistniałych okolicznościach.
– I vice versa. Dokąd jedziemy?
– Do źródła. A w każdym razie do jednego z nich. – Qui
– Niech mnie diabli, jeśli wiem, ale chyba właśnie postanowiłam skrócić wizytę.
– W pełni zrozumiałe. A tak przy okazji, ładna torba. Layla zdobyła się na słaby uśmiech.
– Dzięki.
– Już niedaleko. No dobrze, nie wiesz, dlaczego tu jesteś, a skąd przyjechałaś?
– Z Nowego Jorku.
– Wiedziałam. Ten styl. Lubisz to miasto?
– Tak. – Layla przeczesała włosy palcami i popatrzyła za siebie. – Przez większość czasu. Prowadzę butik w Ho – ho. Prowadziłam. Prowadzę. Już sama nie wiem.
Już niedaleko, pomyślała znowu Qui
– Założę się, że masz fantastyczne zniżki.
– Tak, przywilej menedżera. Widziałaś kiedykolwiek coś takiego? Jak tamto coś?
– Tak. A ty?
– Tylko we śnie. Nie jestem wariatką – stwierdziła Layla. – A może jestem i ty też.
– Nie zwariowałyśmy. Wszyscy wariaci tak mówią, więc musisz uwierzyć mi na słowo. – Skręciła w uliczkę i przejechała po małym mostku w stronę domu Cala, gdzie – Bogu dzięki – jarzyły się światła.
– Czyj to dom? – Layla chwyciła siedzenie obiema rękami. – Kto tu mieszka?
– Caleb Hawkins. Jego przodkowie założyli to miasto. On jest w porządku. Zna to, co widziałyśmy.
– Jak to?
– To długo historia z mnóstwem białych plam. A teraz myślisz: Co ja robię w tym samochodzie z kompletnie obcą kobietą, która każe mi wejść do domu znajdującego się w środku głuszy.
Layla złapała mocno pasek torebki, jak gdyby miała jej użyć jako broni.
– Przeszła mi przez głowę taka myśl.
– Instynkt kazał ci wsiąść ze mną do samochodu, Layla. Może spróbuj posłuchać go jeszcze raz. Poza tym jest zimno, a my nie wzięłyśmy kurtek.
– No dobrze. – Layla westchnęła ciężko, otworzyła drzwi i poszła za Qui
– Szok kulturowy dla nowojorczyka.
– Wychowałam się w Altoona w Pensylwanii.
– Żartujesz. Ja w Filadelfii. Jesteśmy praktycznie sąsiadkami. – Qui
Była już w połowie salonu, gdy pojawił się gospodarz.
– Qui
– Kto tu jest? – chciała wiedzieć Qui
– Fox. Co się stało?
– Pytanie za sto punktów. – Pociągnęła nosem. – Czyżbym czuła zapach kurczaka? Macie jedzenie? Layla… To jest Layla Darnell, Cal Hawkins. Layla i ja nie jadłyśmy kolacji.
Minęła Cala i poszła prosto do kuchni.
– Przepraszam, że tak cię nachodzimy… – zaczęła Layla. Cal nie wyglądał na seryjnego mordercę. Ale w końcu skąd mogłaby wiedzieć, jak wygląda seryjny morderca.
– Nie wiem, co się dzieje ani dlaczego tu jestem. Ostatnie dni były dość zaskakujące.
– W porządku. Proszę, wejdź. Qui
– Layla Darnell, Fox O'Dell. Tak naprawdę nie mam nastroju na piwo – poinformowała Cala. – Miałam właśnie zamówić kieliszek wina, gdy coś ohydnego przerwało nam kolację, Layli i mnie. Masz wino?
– Tak, tak.
– Przyzwoite? Bo jeśli kupujesz takie w kartonie lub z odkręcanym kapslem, to zostanę przy piwie.
– Mam naprawdę przyzwoite wino. – Wyjął talerz i postawił z hukiem przed Qui
– On zachowuje się w kuchni jak paniusia – wyjaśnił Fox i odsunął krzesło. – Wyglądasz na zdenerwowaną… Layla, tak? Może usiądziesz?
Layla po prostu nie mogła uwierzyć, żeby psychopatyczni mordercy przesiadywali w przytulnych kuchniach, jedząc pieczonego kurczaka i dyskutując o wyższości wina nad piwem.
– A dlaczego nie? Prawdopodobnie tak naprawdę mnie tu nie ma. – Usiadła i oparła głowę na rękach. – Pewnie jestem w jakimś pokoju bez klamek i wyobrażam sobie to wszystko.
– Co sobie wyobrażasz? – zapytał Fox.
– Może ja opowiem? – Qui
– W porządku. Tak będzie dobrze.
– Layla wprowadziła się do hotelu dziś rano. Jest z Nowego Jorku. Kilka minut temu siedziałam sobie w hotelowej jadalni i zamierzałam zamówić sałatkę, rybę i kieliszek dobrego, białego wina. Layla właśnie weszła, pewnie też, żeby zjeść kolację. A przy okazji, chciałam wtedy cię poprosić, żebyś się przysiadła.
– Och. To miłe.