Страница 83 из 102
Dalsza część podziemi tonęła w mroku. Nie pozostawało mi nic i
Nie puszczał mnie nawet na moment. Wolną ręką sięgnął ku mojej twarzy i gładkim kciukiem musnął moje wargi. Co jakiś czas przyciskał mi też policzek do czubka głowy. Uświadomiwszy sobie, że to nasze ostatnie chwile razem, przywarłam do niego tak ściśle, jak pozwalało na to energiczne tempo marszu. Edward zachowywał się, jakby mu na mnie zależało, i to wystarczało, bym nie myślała zbyt dużo o niekończących się podziemiach czy sługach Volturi podążających za nami. Skąd ten przypływ czułości? Chłopakiem kierowały najprawdopodobniej wyrzuty sumienia – te same, z powodu których postanowił odebrać sobie życie, uważając, że to z jego winy skoczyłam do morza. W rzeczywistości było mi wszystko jedno, co go motywuje – najważniejsze było to, że całował mnie właśnie w czoło. Całował mnie! Był przy mnie! A straciłam przecież nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze się spotkamy! Ach, za takie błogosławieństwo warto tyło zginąć tragicznie w wieku osiemnastu lat!
Marzyłam, żeby spytać go, co się z nami dokładnie stanie – jak Volturi planują nas zabić, gdzie i w jakiej kolejności. Nie wiedziałam, po co mi ta wiedza, ale kwestie te niezmiernie mnie nurtowały. Niestety – nie mogłam się odezwać – nawet najcichszym szeptem. Nasi przeciwnicy usłyszeliby każde słowo, tak jak słyszeli każdy mój oddech. Kiedy szliśmy w dół zaułkiem, schodziliśmy, być może zboczem wzgórza, ale teraz, poniżej poziomu ulicy, zagłębialiśmy się niechybnie w trzewiach średniowiecznego grodu. Wyobraziwszy sobie, ile metrów jesteśmy pod ziemią, jakby tego tylko mi brakowało, poczułam przypływ klaustrofobii. Tylko dotyk Edward chronił mnie przed atakiem histerii.
Stopniowo wszechobecna czerń przeszła w szarość, choć nie dostrzegłam żadnego źródła światła. Szliśmy w niskim tunelu o łukowatym sklepieniu. Po ścianach spływały niespiesznie wąskie strużki, jakby kamienie krwawiły atramentem.
Cala dygotałam. Wpierw myślałam, że to ze strachu, ale potem zaczęłam szczękać zębami i doszłam do wniosku, że jest mi najzwyczajniej w świecie zimno. Ubranie miałam mokre, a powietrze w podziemiach było lodowate. Podobnie jak skóra przytulającego mnie Edwarda.
Uzmysłowił to sobie równocześnie ze mną i odsunął się, nie puszczając jednak mojej ręki.
– N… n… nie – wyjąkałam, rzucając mu się na szyję. Mogłam sobie marznąć. Nie wiadomo, ile czasu nam pozostało.
Edward spróbował mnie rozgrzać, masując w marszu moje ramię.
Przemieszczaliśmy się bardzo szybko, ale tylko z mojego punktu widzenia. Raz po raz jeden z wampirów – stawiałam na Feliksa – wzdychał za naszymi plecami, poirytowany ludzką ślamazarnością.
Tunel kończył się kratą o rdzewiejących prętach grubości mojej łydki. Zamocowane w niej drzwiczki były otwarte. Edward schylił się, żeby zmieścić się w otworze, i wciągnął mnie za sobą do większego, jaśniejszego pomieszczenia. Za nami brzęknął metal kraty, a potem ktoś przekręcił klucz w zamku drzwiczek. Wolałam nie oglądać się za siebie.
Na przeciwległym krańcu długiej komnaty zobaczyłam kolejne drzwi, tym razem potężne, ciężkie i drewniane. Były bardzo grube – wiedziałam to, bo i one stały przed nami otworem.
Jeszcze trzy kroki, jeszcze dwa… Za progiem czekała niespodzianka. Mimowolnie się rozluźniłam. Zerknęłam na Edwarda. Zamiast pójść w moje ślady, zesztywniał i zacisnął szczęki.
21 Werdykt
Drzwi szczęknęły za nami, huknęła głucho zasuwana sztaba. Za wrotami krył się niewi
Edward wydawał się być i
Za nami do kabiny wślizgnęli się Feliks i Demetri. Jako że byli już na swoim terytorium i nie obawiali się przypadkowych obserwatorów, zrzucili kaptury i rozchylili peleryny. Obaj, chociaż wampirzo bladzi, mieli nieco oliwkową karnację, co dawało niecodzie
Skuliłam się w kącie, tuląc się do Edwarda. Nie przestawał tarciem rozgrzewać mojego ramienia i nie spuszczał z oczu niepomnej Jane.
Nie jechaliśmy długo, a kiedy wyszliśmy z windy, znaleźliśmy się w czymś na kształt lobby ekskluzywnego hotelu. Ściany pokrywała tu ciemna boazeria, podłogi zaś gruba, butelkowozielona wykładzina. Duże podświetlone obrazy przedstawiające toskańskie pejzaże zastępowały okna. Obite beżową skórą kanapy pogrupowano w wygodne wyspy, a na lśniących stolikach ustawiono wazony z ogromnymi, wielobarwnymi bukietami. Przyszło mi na myśl, że tak samo pachnie kwiatami w domu pogrzebowym.
Jak przystało na lobby, była tu i recepcja. Za eleganckim mahoniowym kontuarem stała śniada brunetka o zielonych oczach Na widok kobiety rozdziawiłam usta i to bynajmniej nie z powodu jej oszałamiającej urody. Piękna recepcjonistka była człowiekiem! Nie mogłam zrozumieć, skąd wzięła się w kwaterze głównej wampirów. W dodatku promie
– Witaj, Jane.
Widząc, kogo dziewczynka z sobą prowadzi, brunetka wcale się nie zdziwiła. Ani półnagi Edward, ani to, w jakim byłam stanie, nie zrobiło na niej najmniejszego wrażenia.
– Witaj, Gia
Za drzwiami czekała na nas kolejna dziwna postać. Blady chłopiec w perłowoszarym garniturze mógłby być bratem bliźniakiem Jane. Miał wprawdzie ciemniejsze włosy i nie tak pełne wargi, ale twarz równie uroczą, co ona. Podobnie jak Gia
– Jane!
– Alec.
Pocałowali się w oba policzki.
– Hm. – Alec przyjrzał nam się ciekawie. – Nieźle się spisałaś.
Wysłali cię po jednego, a wracasz z dwoma, z dwoma i pół.
To pół to byłam ja.
Jane wybuchła rozkosznie melodyjnym śmiechem. Alec przeniósł wzrok na mojego ukochanego.
_ Milo cię znowu widzieć, Edwardzie. Wydajesz się być w lepszym nastroju niż rano.
– Marginalnie – burknął Edward. Miał tak nachmurzoną minę, że zachodziłam w głowę, jak wyglądać jeszcze smutniej.
Chłopiec zainteresował się teraz dla odmiany mną. Tuliłam się do boku Edwarda, mokra i potargana.
– I to ma być przyczyna całego tego zamieszania? – spytał Alec sceptycznie.
Edward tylko pogardliwie się uśmiechnął. Nagle zamarł. Ułamek sekundy później za naszymi plecami odezwał się Feliks.
– Zamawiam! – zawołał niczym w jakiejś dziecięcej grze podwórkowej.
Edward błyskawicznie się odwrócił. Z głębi jego piersi dobywał się złowrogi charkot. Ręka sługi Volturi była nadal wyciągnięta wysoko w górę. Wampir opuścił ją i gestem dłoni zachęcił przeciwnika, by podszedł bliżej.
Alice przysunęła się do brata i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Opanuj się – szepnęła.