Страница 40 из 96
Biorąc to wszystko pod uwagę, był to owocny ranek.
Zabrzęczała komórka Hicksa, ale ten widać wiedział, kto dzwoni, bo nie odebrał. Les zaśmiał się w duchu. To się nie spodoba Vicowi. O to nawet on, Les, mógłby się założyć o duże pieniądze. Nie był facetem, którego telefonów się nie odbierało.
Podtrzymywał rozmowę, żeby Hicks nie wyszedł za wcześnie. Dziesięć minut później Be
Biedny stary Jamie. Publika nie wykazała większego zainteresowania, gdy wyciągano go z lokalu przy akompaniamencie jego głośnych protestów. Gdy ucichł, słychać było tylko głosy komentatorów telewizyjnych i stałych bywalców, darmozjadów i mętów, wymieniających uwagi o koniach i psach.
Jeśli chodzi o Lesa, to właśnie lubił.
Vic był wściekły. Kiedy zatrzymywał się pod domem Kena Smitha, zanotował sobie w pamięci, żeby przy najbliższej nadarzającej się okazji skręcić kark Jamiemu Hicksowi. Jak on śmiał tak zniknąć! Cholerny lodziarz, będzie wkrótce wrzeszczał z bólu na moich oczach, mruknął do siebie.
Ke
Pieprzyć ich! Nie będzie się nimi przejmował na zapas.
Kiedy wpuszczał do domu radośnie uśmiechającego się Vica, ogarnęło go poczucie bezsilności – normalna reakcja ludzi na widok Joliffa. Nawet takich twardzieli jak Ke
– Jak tam, stary przyjacielu?
Dziś w głosie Vica słychać było wymuszoną wesołość. Kiedyś był w miarę porządnym gościem, przed śmiercią Sandry. Teraz wszystko wskazywało na rozwijającą się u niego paranoję. Przez chwilę Ke
– Czym mogę panu służyć?
Niegdyś tak się do siebie zwracali, wiele lat temu. Dwaj młodzi i głupi gangsterzy, którzy chcieli się czymś wyróżniać. No i się wyróżnili, obydwaj. Co z tego teraz mają?
– Już pokłóciłeś się z Jackiem? – zapytał Ke
Vic rozejrzał się po kuchni pogrążonego w ciszy domu.
– Jack zawsze był krętaczem. Niezła chałupa, Ken. Musiała kosztować parę funciaków.
– Dość, by doprowadzić mnie do łez. Lana chciała tej chaty bardziej niż ja.
Vic kiwnął ze zrozumieniem głową. Jego żona była taka sama.
– Wiesz, brakuje mi mojej Sandry. Czasami była wiedźmą. Gęba jej się nie zamykała i często miałem ochotę ukręcić łeb tej zgadze. Ale miała też w sobie coś takiego, że miękłem. O, tutaj. – Uderzył się w pierś. – Nie uwierzyłbyś, że serce może pękać z żalu za kobietą, co?
– Chyba nie. Ale teraz już nie jestem pewien. W każdym razie nie po tym, co się stało z moją żoną. Jej też każdy chciał łeb ukręcić. Nawet ksiądz unikał jej jak plagi.
Vic roześmiał się jak dawniej. Odprężył się, co ucieszyło Kena. Był absolutnie gotowy zastrzelić Vica w razie konieczności, ale wolałby nie. Vic należał w końcu do starej gwardii i znali się tyle lat.
Wydawało się, że Joliff czyta w jego myślach.
– Nie martw się, stary. Nie będzie dzisiaj żadnej rozróby, obiecuję.
– Dobrze to słyszeć. Herbaty, kawy, drinka?
– Wystarczy herbata.
Kiedy Ke
– No, teraz lepiej.
– Powinieneś odpuścić sobie na jakiś czas, pieprzy ci się od tego pod czachą.
Vic potrząsnął łysą głową.
– Nie mnie. Dużo lepiej mi się po tym myśli.
Ke
– Tak tylko ci się wydaje, Vic. To iluzja. Pamiętasz tego palanta z Baring’s Bank? Myślał, że jest niezniszczalny. Nie był. Koka zrobiła jak zawsze swoją brudną robotę.
Vic nie słuchał, wyglądał przez okno na różany ogród.
– Lubię róże. Pamiętam, że kiedyś w Parkhurst zapisałem się na warsztaty plastyczne. Prowadziła je taka jedna z twarzą tygrysicy i wielkimi cycami, więc pomyślałem sobie, że pójdę i rzucę okiem. Narysowałem różę. Powiedziała, że jestem dobry i w ogóle.
Znowu zamilkł, a Ke
– Chcę widzieć wszystkich Ryanów martwych.
Ke
Jamie Hicks był ledwo żywy ze strachu, niemal czuł jego smak w ustach. Be
– I co, Jamie, jak tam twoje dzieci? Chyba pamiętasz, jak wyglądają, co? Tylko że to my utrzymujemy je, dbamy, żeby miały, do czego przywykły. W każdym razie dba o to moja ciotka Maura. Pamiętasz moją ciotkę Maurę i mojego wuja Gala? Pracowałeś dla nich jakiś czas temu, zanim zapragnąłeś śmierci.
Zaśmiał się paskudnie.
– O ile dobrze pamiętam, mój wuj był dla ciebie bardzo dobry, prawda? Załatwił ci wygodną pojedynkę w więzieniu, zaopatrywał w drinki, dawał po parę funtów na hazard. Opiekował się Danielle i dzieciakami, o których ty nie pamiętasz… Myślę, że było ci jak w raju. Nie, Abul?
Popatrzył na przyjaciela, który przytaknął ochoczo. Abul miał nadzieję, że Garry i Maura wkrótce się pojawią. Be
– Masz ochotę na piwo i kanapkę, Be
To był jedyny znany mu sposób, żeby czymś Bena zając, póki nie nadejdą pozostali. Be
– A co masz?
Be
– Wszystko to, co lubisz.
Jamie z niepokojem patrzył, jak wypakowują torby. Nie zdziwiłby się, gdyby były w nich fiolki z kwasem albo płynem hamulcowym. Ale to było jedzenie. Odetchnął z ulgą.
– Kurczak i awokado. To, co uwielbiam.
Be
– Fajowo. Nalej piwa, Abul, robimy przyjęcie. Popatrzył na Jamiego i zapytał przyjaźnie – Głodny?
Jamie potrząsnął głową.
– Twoja strata, dupku. Wyrzekłeś się właśnie swojej Ostatniej Wieczerzy.
Śmiał się z własnego dowcipu. Abul mu wtórował, ale Hicksowi nie było do śmiechu. Z jego punktu widzenia nie było w tych słowach nic a nic zabawnego.
Podczas gdy Be