Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 96

– Nie będziesz mi mówić, z kim mogę, a z kim nie mogę rozmawiać. Nawet mój Michael nie miał prawa…

Napastliwy ton babki doprowadził Be

– Zamknij się, głupia stara krowo! Mamy na pieńku ze starym Vikiem Joliffem. Nie przyszedł tu, żeby złożyć ci wizytę, wykorzystał cię, żeby nas wkurzyć i postraszyć. Nie widzisz tego, kobieto? Przeszedłby obojętnie obok ciebie nawet wtedy, gdyby atak serca powalił cię na progu jego domu. Nic by go to nie obeszło.

Sarah poczuła się upokorzona. Wyglądała, jakby uszło z niej życie, i wnuka ruszyło sumienie.

– Przestań, Ben – powiedziała cicho Carol. – Nie widzisz, że jest całkiem rozstrojona? Ma dość.

Próbowała pocieszyć Sarah, ale stara kobieta odtrąciła ją z zadziwiającą siłą.

– Posłuchaj, babciu… – zaczął Be

Jego głos był teraz spokojniejszy, lecz Sarah zbyła go machnięciem ręki, mówiąc ze znużeniem:

– Rozumiem, Be

Gdy wychodziła z kuchni, uświadomił sobie, jaka krucha malutka zrobiła się z wiekiem. Wyszedł za nią. W holu odwróciła się do niego z dumnie uniesioną głową.

– Może już sobie pójdziesz? I zamknij za sobą drzwi, Be

Dotarło do niego, że od lat od nikogo nie dostała kwiatów. Było mu wstyd, był zły i poprzysiągł sobie, że dorwie Vica Joliffa i przetrąci mu kark za to, że ich tak poniżył. I zrobi to, choćby to miała być ostatnia rzecz, jakiej dokona w życiu.

Sarah siedziała w sypialni, rozdrażniona i przygnębiona. Ciężko przeżyła upokorzenie ze strony ukochanego wnuka, krwi z jej krwi. Be

Docierała do jej świadomości atmosfera narastającej paniki; niebyła głupia: czyż nie wychowywała Michaela i jego siostry? Czy nie przechowywała broni w przybudówce i nie miewała kryminalistów przy stole? Be

Odgrodziła się w tym momencie niepamięcią od demontowanego zwykle sprzeciwu wobec trybu życia synów. Była wściekła na Bena. Chętnie by mu wykrzyczała, że jest matką najbardziej liczącego się gangsterskiego klanu na południowym wschodzie. Z tego powodu należał jej się szacunek i nagle stało się to dla niej bardzo ważne. Z nostalgią wspominała, jak to kiedyś kłaniali jej się nisko sklepikarze i sąsiedzi. Michael czuwał nad nią, była jego matką i uwielbiał ją. Gdyby jeszcze żył, Be

Niekiedy bardzo pragnęła, żeby wróciły tamte dawne czasy. Czasy, gdy Michael, młody i silny, był głową rodziny. Miał wtedy jeszcze w sobie sporo z chłopca, dopiero później stał się bandytą. Pokłóciła się z nim o Maurę, bo choć akceptowała fakt, że synowie są kryminalistami, chciała, żeby córka była i

Bogiem a prawdą imponowała jej sława matki Ryanów i tęskniła do przeszłości, zwłaszcza w takich chwilach jak ta, kiedy własny wnuk potraktował ją, jakby była nikim. Zapomniał, że nie byłoby go na świecie, gdyby nie ona.

Wiele lat temu, kiedy po śmierci Geoffreya próbowała doprowadzić do aresztowania Maury, była pewna, że chce jedynie, by jej synowie zeszli z przestępczej drogi. Teraz pragnęła, by okazywano jej szacunek należny matce sły

Sarah westchnęła, zachciało jej się płakać. Czemu Be

Głupia stara krowa, myślałby kto! Zabrakło męża, który by dał gówniarzowi nauczkę.

Brakowało jej również Janine. Zawsze się rozumiały.

Usłyszała nagle, że otwierają się drzwi wejściowe, i na schodach zadudniły czyjeś kroki. Ogarnął ją lęk, a gdy drzwi sypialni gwałtownie się otworzyły, omal nie krzyknęła z przerażenia.

Ale to był Lee. Złapał ją w ramiona i ze sposobu, w jaki ją przytulił, zrozumiała, że bał się o nią. Dała w końcu upust łzom.

– Już dobrze, mamo. Jestem przy tobie.

Zerknąwszy przez okno, zobaczyła, że Ben i Carol jeszcze nie odjechali. To też ją ucieszyło. Jej wnuk nie był złym chłopcem, tylko w gorącej wodzie kąpanym. Czyż nie poczekał, aż ktoś do niej przyjedzie? W głębi serca musi się o nią troszczyć. Na pewno.

Ta myśl była jak balsam na jej zbolałą duszę.

Rozdział 10

Trevor Tanks, ciągnięty za włosy w górę schodów, czul narastający strach i bał się, że napaskudzi w spodnie. Nie dopuszczał jednak myśli, że się zblamuje, w końcu miał nie byle jakie doświadczenie w takich sprawach jako siejący postrach egzekutor długów. Ale te typy były naprawdę ostre, wolał nie próbować niczego, co mogłoby sprowokować Bena Ryana do sklejenia mu powiek albo użycia bydlęcego paralizatora. Znalazł się nagle po tej drugiej stronie i z psychologicznego punktu widzenia lekcja miała być bardzo upokarzająca. Usiłował zapanować nad strachem, mając nadzieje, że zdoła zadowolić te typy z piekła rodem bajeczkami, jakie chcą usłyszeć.

Maura stała na szczycie schodów w swoim biurze na Dean Street. Przywlekli go właśnie tutaj, bo był częstym gościem klubu „ La Buxom ” na dole, i gdyby okazał się skło

Trevor odetchnął nieco, kiedy ją zobaczył. Jeśli ona tu była, sytuacja nie wymknie się spod kontroli. Przynajmniej taką miał nadzieję, mimo że Maura nie miała zachęcającej miny.

– Witaj, Trevor.

Choć jej głos był przyjazny, pocił się ze strachu.

– Usiądź.

Be

– Może drinka? – zaproponowała Maura.

Jej głos był nadal spokojny, neutralny. Jakby sytuacja była zupełnie normalna – ot, zwyczajne spotkanie przy herbatce.

– A czy będę go pił, czy ścierał z gęby? – zapytał.

Nawet Be

Maura zaśmiała się.

– To zależy od Bena.

Chłopak zarechotał.

– Możesz się napić, Trev. Co chcesz? To co zwykle?

Trevor skinął głową, odprężając się trochę.

W ciągu kilku sekund postawiono przed nim bacardi z colą.

– A więc, co ja takiego zrobiłem?

Udawał pewnego siebie.

Maura uśmiechnęła się.

– A kto powiedział, że coś zrobiłeś, Trevor?

Cały czas była sympatyczna, wiedziała, jak to rozgrywać. Na szczęście Trevor Tanks też wiedział. Pociągnął łyk trunku.

– Niech pomyślę…

Odgrywał scenę namysłu, na jego ruchliwej zwykle twarzy pojawił się wyraz skupienia.