Страница 14 из 96
– Panie Ryan, mój przełożony czeka na zewnątrz. Chciałby zamienić z panem kilka słów.
Roy wstał i warknął:
– Najwyższy czas, do cholery.
Kiedy wyszedł z pomieszczenia, policjantka uśmiechnęła się do Sarah.
– Czy mogłaby pani opisać napastnika?
Pomarszczona twarz Sarah przybrała wyraz skupienia zawodniczki w teleturnieju, gdzie gra idzie o wysoką stawkę.
– Był dobrze zbudowany, przystojny i ubrany jak ksiądz.
Policjantka zareagowała półuśmieszkiem.
– Ksiądz? A to coś nowego.
– Będzie trupem, kiedy go dorwę.
Słysząc głos Be
Sarah próbowała ratować sytuację.
– Och, Be
To była prośba bardzo starej, kruchej kobiety, więc policjantka była zaskoczona jego bezceremonialną odpowiedzią.
– Przeżyjesz, babciu. Nie jojcz. Tata cię zabierze.
Wyszedł, a na twarz Sarah powrócił typowy dla niej mars i głos nabrał ostrych tonów.
– Mały skurczybyk.
Policjantka szybko spisała niezbędne zeznanie i z ulgą opuściła szpital, mając dość ich wszystkich.
Dopiero po powrocie na komisariat w pełni zdała sobie sprawę, z kim miała do czynienia. Nie znała osobiście najważniejszych Ryanów i była pod wrażeniem. Mogła teraz brylować w kantynie, co jej niezwykle pochlebiało. Cieszyło ją jednak, że nie zetknie się już nigdy więcej z tymi gangsterami.
Dom Rebekki Kowolski w Totteridge zaszokował Maurę. Był ogromny, miał elektronicznie sterowane bramy i odpowiednią liczbę groźnych dobermanów na terenie.
– Widać tu parę milionów, co? – rzucił z przekąsem Garry.
– Bóg z nimi – odparła Maura. – Nic mi do tego, jeśli powiedzą nam to, co chcę wiedzieć.
Rozmyślnie zlekceważyła uwagę brata, co musiało go rozdrażnić. Ale mogła myśleć jedynie o twarzy Sammy’ego Goldbauma, kiedy ona i Michael pojawili się wtedy u niego. Jedyne morderstwo, w którym brała udział osobiście, i to wspomnienie nadal nie dawało jej spokoju. Było to tak dawno temu, a mimo to wydawało się równie realne jak wtedy. Poczuła, że zawartość żołądka podchodzi jej do gardła, i przełknęła ślinę.
Zatrzymali się pod samą posesją i Ke
– Nikogo nie ma w domu.
– Sprawdzimy – powiedział Garry.
Otworzył puszkę domofonu i coś przy niej majstrował. Po minucie elektryczna brama rozsunęła się. Kiedy jechali w stronę domu, z rozbawieniem patrzyli, jak dobermany pospiesznie zmykają przez otwartą bramę.
Z bliska dom wydawał się jeszcze większy. Z krętego podjazdu widzieli kryty basen i saunę w przeszklonej przybudówce. To była naprawdę imponująca posiadłość. I oświetlona jak elektrownia Battersea, choć wyglądało na to, że nikogo tam nie ma.
Garry westchnął.
– Chyba nie bawi się z nami w chowanego? Powinien trzymać fason, no nie?
Ke
– Tak samo jak ty, Garry.
Zapadło milczenie. Gdy podjechali do drzwi wejściowych wszyscy wysiedli z samochodu. Było jakoś niesamowicie. Rezydencja sprawiała wrażenie zasiedlonej przez głuche echo jak to bywa z opuszczonymi przez ludzi wielkimi domami.
– Włam się, Gal – rozkazała Maura.
Natychmiast się do tego zabrał. Zauważyła, że Ke
– Nic się nie martw, Ken, on jest ekspertem. Żadne gliny nie przyjadą. Garry mógłby się dostać nawet do Bank of England.
– Jak go znam, jest tam częstym gościem.
Nawet Maura roześmiała się z tego żartu i atmosfera trochę się rozluźniła.
– Tylko tego nam teraz trzeba: dać się zamknąć za gówniane włamanie. Już nigdy nie moglibyśmy chodzić z podniesionym głowami – rzucił Ke
Maura i Garry zrywali boki ze śmiechu. Dwie minuty później drzwi wejściowe były otwarte i znaleźli się w przestro
– Ja pierniczę, widać tu niezły szmal. Muszą spać na forsie.
Podziw w głosie Kena nie uszedł uwagi Maury.
– Mówią, że najlepszy szmal robią kapusie – mruknęła.
Nic na to nie odpowiedział. Przeszli przez hol do imponujących podwójnych drzwi, które otworzyła sama Maura. Za chwilę miała tego żałować – ich oczom ukazała się bowiem scena rzezi, szokująca i obrzydliwa. Przywołała wspomnienia, które Maura od dawna starała się wymazać z pamięci. Domyślała się, że bezgłowe ciała na podłodze salonu to Rebekka i jej mąż, ale nawet nie próbowali tego potwierdzić, wszyscy troje natychmiast się wycofali.
Maura miała przed oczami Sammy’ego, ojca Rebekki. Też był bez głowy w momencie, gdy jej brat Michael dokonał aktu zemsty. Ten obraz tak bardzo przypominał dzisiejszą scenę mordu, że Maura poczuła na szyi lodowate języki strachu.
Ktokolwiek był sprawcą tej rzezi, wiedział o nich wszystkich zdecydowanie za dużo i to przerażało ją najbardziej.
To był ktoś, kogo oni wszyscy znali. To musiał być ktoś bardzo bliski.
Pozostawało pytanie – kto?
Lee spotkał się z jednym z informatorów Ryanów, starym wygą De
– No co tam, De
Lee rozglądał się po małym komunalnym mieszkaniu i bezskutecznie próbował znaleźć czysty sprzęt, na którym mógłby usiąść. Wreszcie zdecydował się na poręcz sfatygowanej skórzanej kanapy.
– Dalej, wyrzuć to z siebie, nie mam całej nocy.
De
– Ktoś próbował załatwić Vica Joliffa w Belmarsh.
Lee, osłupiały, zamknął oczy.
– Kto, De
De
– Nie wiem.
Lee starał się zapanować nad wzburzeniem. Tylko tego było im teraz trzeba. Widząc, że De
De
Gospodarz trzęsącą się ręką podał gościowi drinka.
– Jakiś młody facet czekał na mnie pod pubem. Siedział w nowiutkim saabie i miał ze sobą kolorowego typa… chyba Pakistańca. Kazali powiedzieć wam, że stary Vic omal nie przejechał się na tamten świat.
Lee wzniósł oczy do sufitu.
– Jaja sobie robisz?
De
– Myślisz, Lee, że chciałbym się w to wplątywać? Naprawdę tak myślisz? W dawnych latach pracowałem z twoim bratem Michaelem. Byłem częścią tej firmy, gdy ty jeszcze koszulę w zębach nosiłeś. Zostałem wciągnięty w to gówno przez obcych i tylko przekazuję wiadomość. To wszystko.
Bał się, to było po nim widać. Lee jeszcze raz poczuł litość. De