Страница 31 из 49
Wiały tu dość paskudne wiatry, ale jeśli chciał mógł je wyłączyć. Zapikał pager. Ktoś chciał się z nim skontaktować ale nie wiedział gdzie jest. Wcisnął guzik podając mu dokładny namiar. W ułamek sekundy później zmaterializował się koło niego ten sam X'htla z którym rozmawiał w cytadeli. Tym razem przemodelował nieco swoją twarz i tylko w ogólnych zarysach przypominał cara. Jego oczy stały się jak u wszystkich przedstawicieli jego rasy jednolicie czarne. Zmaterializował się na podłodze i odruchowo spojrzał pod nogi. Należał do rasy nieulękłych wojowników i zdobywców przestrzeni kosmicznej, toteż prezydent Koćko omal się nie posikał ze śmiechu, słysząc obłędny skowyt, jaki wydał jego gość. Pstryknął jednak przełącznikiem niwecząc obraz miasta pędzącego do góry. Zmaterializował z powietrza krzesło i podsunął je przybyszowi. Gość usiadł ciężko i chyba usiłował się uspokoić. Koćko zmaterializował miedzianą czarę wypełnioną czymś co wyglądało jak ropa naftowa zmieszana z towotem. Gość wypił zawartość czary kilkoma dużymi łykami.
— Nie za dużo fluorosilikonów? — zapytał z udaną troską gospodarz.
— W porządku — powiedział gość. — Już mi przeszło.
— Zapewne przybył pan tu z oficjalnym wypowiedzeniem wojny? — zagadnął Koćko nie wychodząc z roli uprzejmego gospodarza.
— Dokładnie tak ale chcę zaproponować coś i
— Wobec tego zamieniam się w słuch.
— Ta planeta przeżyła już wystarczająco dużo wojen. Zniszczenia będące skutkiem tych ostatnich były najpotwornieszą jatką w całej poznanej części kosmosu.
— Tym razem zapewne będzie podobnie. Ludzie z Ziemi potrafią walczyć za swoją wolność.
Gość zamachał rękami.
— Przecież nie o to chodzi. Edonici przeprowadzili analizę pańskich prądów mózgowych podczas przekazywania ultimatum rady. Utrzymanie dotychczasowego statusu jest dla pana jedynie sprawą honoru.
— W zasadzie tak.
— Nasza propozycja jest następująca. Zamiast toczyć walkę rasa przeciw rasie proponujemy pojedynkę dwu wybranych osobników obu ras. Były precedensy w waszej historii.
— Hmm?
— Pojedynek polegałby na starciu w przestrzeni wokół planety za pomocą dwu lekkich kutrów pościgowych. Uzbrojenie — konwencjonalne rakiety bojowe. Obaj piloci zabezpieczeni zostaną za pomocą przenośnych pól siłowych. Ten kto zostanie zestrzelony lub w i
— Tak.
Gość wyjął z sakwy przy pasie niedużą latającą kamerę i wyrzucił ją w powietrze. Zawisła ponad nimi. Wydobył też dwa dokumenty. Dwie kartki papieru pokryte wyraźnymi drukowanymi literami w języku Esepranto oraz X'thla'txyht.
— Chwileczkę — powiedział Koćko.
Wydobył z torby laptopa i wczepił sobie końcówkę kabla w gniazdo na skroni. Wystukał kombinację klawiszy. Jedno jego oko zeskanowało tekst dokumentu. Mózg rozszerzony o słownik porównał oba teksty. Były identyczne. Rozłączył sprzęg.
— Kiedy?
— Damy panu dwa dni czasu na przygotowanie maszyny.
Podpisał się na obydwu. W dwu językach.
Nieco przed godziną dziewiątą Nodar Tuszuraszwili zasiadł przed lusterkiem w stacji. Delikatnie wykonał nacięcie na czole i spokojnie zdarł spory płat martwej skóry. Ta pod spodem była całkiem dobra. Najwięcej problemów sprawiły mu powieki. Zdzierał z nich kawałkami ale wreszcie i je udało mu się oczyścić.
— Nu ładno — powiedział sam do siebie.
Wyciągnął z szuflady zostawiony tu widocznie przez jakąś techniczkę zestaw kosmetyków i stara
— Sztandar ojczysty — mruknął do siebie po polsku.
Trochę go ogarnęło wzruszenie. Jednoczenie jego umysł pozostał sceptyczny.
— Przypadkowa zbieżność kolorów — wydedukował.
Zauważył, że idzie. Nogi same niosły go na miejsce. Zatrzymał się przed budynkiem i popatrzył jeszcze raz na flagę powiewająca na tle błękitnego nieba. Wszystko się zgadzało. Potem spuścił wzrok niżej i spostrzegł tablicę wiszącą na bramie.
MISJA WOJSKOWA KRÓLESTWA GRUZJI
Poskrobał się po głowie. Wydobył z pamięci strzępy informacji z przeczytanej dnia poprzedniego gazety. Część dotycząca polityki zagranicznej czy też stosunków międzynarodowych, bo z przeczytanych artykułów nie wynikało aby ktokolwiek zajmował się tu polityką. Przeleciał w pamięci ich treść. Nic o wojnach, i o żołnierzach.
— Może o jakiś relikt — pocieszył się.
Wielu mężczyzn, których widział dnia poprzedniego miało na plecach samurajskie miecze. Wsunął dłoń w rozcięcie gabliji i poprawił nóż. Spokojnie przeszedł przez bramę i zadzwonił dzwonkiem. Rozległ się cichy brzęczyk. Od domofonu. Pociągnął za drzwi i wszedł do środka zatrzaskując je za sobą. Artur Kładkowski zmaterializował się chwilę wcześniej w pomieszczeniu obok i teraz stanął w drzwiach. Ubrany był jak przedstawiciel gruzińskich sił zbrojnych. Miał na sobie panterkę, przez plecy przewiesił sobie starożytny automat Kałasznikowa zawieszony na taśmie splecionej z konopnych sznurków. Na głowie miał hełm z demobilu po Armii Czerwonej. Na jego piersi pysznił się znaczek z portretem Zwiada Gamsachurdii.
— Czym mogę służyć? — zapytał w języku esperanto.
Nodar zamyślił się na sekundę. To znaczy myślał od dobrej chwili, od momentu gdy zobaczył tego cudaka.
— Przepraszam chciałem skorzystać z ubikacji — powiedział.
Na twarzy rzekomego przedstawiciela gruzińskiej misji wojskowej odbiło się niedowierzanie.
— To placówka dyplomatyczna — powiedział.
— To znaczy że nie wolno?
— No chyba nie.
— Co tu jest właściwie grane? — zapytał Nodar ostro po gruzińsku. — Jestem obywatelem Republiki Gruzji znajdującym się w misji wywiadowczej zleconej przez generała Jenderbidze. Na mocy praw naszego kraju zobowiązany jesteś udzielić mi wszelkiej możliwej pomocy. I dlaczego jesteś wystrojony jak strach na wróble?