Страница 51 из 63
– Mało – rzucił admirał. – Pod miastem są katakumby. Doktor pomyślał, że te hufce, których nawet on nie podejrzewał, wylazły właśnie stamtąd. Rób półsferę, Phil.
– Tam jest kijowa tektonika. Boję się, że urządzimy trzęsienie ziemi.
– No to wylicz wszystko. Co to znaczy: boję się?
– Przecież liczę.
– Musi być lej! – zażądał Raszyn. – Krater. Wypalić.
– Dobrze – westchnął Essex. – Może nie będzie silnych wstrząsów. A po manewrze dokąd? Przecież ujawnimy się jak cholera. Tak się pokażemy, że w Chicago będzie widać. Akurat flota jest na podejściu, sprawimy im kupę radości.
– Pionowo na orbitę – powiedział admirał. – Będę tam na was czekał. Tylko wydam polecenia co do… co do Lindy i już lecę.
– Dobra. My startujemy. Do widzenia, Aleks.
– Spal to miasto – już nie polecił, a poprosił Raszyn. – Dobrze je spal.
Dowódca wstał, znowu podniósł worek i wyszedł na zewnątrz.
– Co to za kurewstwo? – zdziwił się commander Fein, kiedy skanery „Ripley” wykryły jasny błysk na powierzchni Ziemi.
– Nasi walczą z Ruskimi – podpowiedział ktoś.
– Idiota! – ryknął dowódca. – Nie widziałeś globusa? Pamiętasz mapę? Gdzie to wybuchło?
– Gdzieś we wschodniej Europie…
– Policz moc… – polecił Fein, uspokajając się. – Cała optyka na Ziemię. Patrzeć mi. Myśleć. Wspólnie!
– Koordynaty wybuchu mniej więcej zgadzają się z lokalizacją starej stolicy Rosji.
– To nie był wybuch – pokręcił głową Abe.
– Widzę silne zakłócenia atmosferyczne. Ktoś tam manewruje. Co najmniej eskadra.
– Nie eskadra – wykluczył Fein.
– Przepraszam, sir. Może nam pan po prostu wszystko opowie?
– Licz, Johny.
– Ma pan rację, to nie wybuch i nie bombardowanie, jeszcze raz przepraszam, sir.
– Przepraszam?! Ty powinieneś siedzieć nie w zwiadzie, tylko w gównowozie. Myśl!
– Idealny podział mocy na cel. Sądząc z danych, zakładają wklęsłą półsferę. Tak, dowódco, to nie eskadra, to brygada średnich okrętów bojowych. Ciekawe, kogo oni tam wypalali?
– Dowiemy się. Załoga, do hamowania. Johny, kurs na Ziemię.
– Znowu?! – jęknął drugi pilot.
– Przecież to nasi! – roześmiał się Fein. – Nie rozumiesz, dupku, że to nasi? Nie wyłapali ich, oni tam są! Dlatego teraz „Pirx” lata w składzie armii! Stary Raszyn pooddawał duże okręty, żeby nie krępowały mu rąk!! Zrobił z Grupy F skrzydło! I przed chwilą dał komuś ostro popalić! Hur-r-ra!
– Maszyna do startu – rozkazał Raszyn. – No to jak, doktorze? Z nami, co?
– Przepraszam – pokręcił głową Lloyd. – Tu jestem bardziej potrzebny. Gospodarka zrujnowana, trzeba będzie ją odtwarzać, mężczyźni poginęli. Jak to będzie wyglądało, jeśli ucieknę?
– Niech pan będzie świadomy, że teraz wie pan za dużo. Jeśli przegramy, prędzej czy później znajdą pana Dyrektorzy. I nie będzie litości.
– Pan nie przegra, admirale – powiedział etnograf. – Nie ma pan prawa. A mnie tak łatwo nie znajdą. Prostego rosyjskiego chłopa z przeciętną gębą…
– Rosyjskiego chłopa? – zapytał Raszyn. – Doktorze, może mi pan w końcu wyjaśni… Co to za magią dysponuje ten kraj? Po co pan, wykształcony człowiek, chce dzielić z tym narodem jego durny los?
– Niech się pan odczepi, Aleks. I jeszcze jedno. Jeśli pan przeżyje, proszę tu przyjechać. De Ville powie, gdzie będę. W najgorszym wypadku proszę pytać ludzi, czy nie widział ktoś Żeni Łożkina.
– Ale serio, po co to panu, doktorze?
– Obawiam się, że mnie pan nie zrozumie – westchnął Lloyd. – Po prostu nie udało się panu tu pomieszkać. Jeszcze nie jest pan Rosjaninem, admirale Raszyn.
Siedem cruiserów i cztery ogniwa destroyerów Grupy F ustawiły się w wymyślnym szyku bojowym na orbicie. Remontowiec został usunięty z dyspozycją przyczajenia się, a w razie wykrycia poddania okrętu bez bohaterskich wyskoków… Admiralski kuter zanurkował pod pachę w boku „Skoczka”. W śluzie stał już wyprężony jak struna adiutant flagowy Moser i ZDO Borowski. Moser był nie jak zwykle w mundurze paradnym, a w speckostiumie. W ręku trzymał nie manierkę z przemyconym napitkiem, a mobilny terminal.
– Panie admirale, sir… – zaczął regulaminowo pierwszy oficer, salutując.
– Nie mam czasu – machnął ręką Raszyn. – Moser, za mną! Borowski, zatankować kuter. Natychmiast.
U siebie w kajucie dowódca otworzył sejf, wyjął kilka dysków z danymi i włożył je do ręki adiutanta.
– Archiwum? – zdziwił się tamten.
– Nadeszła i twoja wielka chwila – powiedział admirał do Mosera. – Dasz radę dolecieć kutrem do Wenus?
– To byłby rekord, szefie.
– No to będziesz rekordzistą. Każdy chłopiec o tym marzy. I
– Ja tylko tak… Bo mnie pan zaskoczył. Dolecieć się da. Tylko…
– No to słuchaj rozkazów. Bierzesz archiwum. Daję ci półtorej godziny na test systemów i załadowania procesora marszowego. Za dziewięćdziesiąt minut startujesz na Wenus. Zadanie: przeżyć i rozgłosić prawdę o nas. Wszystko.
– Dlaczego ja, szefie?
– A kto jeszcze może przelecieć kutrem taki dystans i nie wykitować? Będziesz miał na styk wszystkiego: paliwa, powietrza, jedzenia. Kto i
– Pan. Ive Kendall. Może Essex. Proszę wysłać Ive, szefie.
– Z przyjemnością. Ale ty nie dasz rady zastąpić jej tutaj.
– Przepraszam, sir.
– Poza tym dla wenusjańskiego Konwentu ona jest tylko dziewuszką z kupą medali za zabójstwa. Nie wiadomo, jak ją potraktują. A ty jesteś oficerem sztabowym, moim osobistym przedstawicielem. To coś zupełnie i
– Będę tam za miesiąc, sir. Czy może nawet trochę wcześniej.
– Idź, Helmut – powiedział admirał, pierwszy raz w życiu nazywając swojego adiutanta po imieniu. – I powodzenia.
– Rozwali ich pan, szefie! – Moser zarumienił się. – Będzie mi bardzo przykro, że w tym nie uczestniczyłem.
– Sześć battleshipów – oznajmił Essex, wodząc kursorem po ekranie. – Megadestroyer „Stark”. Fighterów nie wiem ile, ale pewnie sporo. Mobilne miny. Utworzą szyk i zablokują tę część powierzchni, która nie jest osłonięta bateriami orbitalnymi. Już się nam nie uda zanurkować cichcem w atmosferę. Czego nie wymyślimy, będzie atak frontalny.
– Załogi mają do dupy – zauważył Borowski. – Tępe.
– Ale lojalne wobec Dyrektorów.
– Lojalne, bo tępe.
– Co mówi wywiad? – zapytał Raszyn.
– Godzinę temu specjalnym dekretem Rada Dyrektorów wprowadziła stan woje
– To dobrze – pokiwał głową admirał. – Niech poczują na własnej skórze, jakich gnoi wybrali.
– Nic dobrego. Jak będziemy śledzić opinię społeczną?
– Nie będziemy jej śledzić. Będziemy ją kształtować. Gdy tylko wylądujemy w Orly, od razu ją ukształtujemy.
– Wymyśliłeś coś? – ucieszył się Essex.
– Nie. Po prostu wyjdziesz do ludzi i powiesz: władza – ludowi, fabryki – robotnikom, ziemię – farmerom, żołnierzy – na emeryturę. Dyrektorów – na latarnię. A potem w zależności od tego, co się będzie działo.