Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 25 из 63

– No to chodź do mnie.

– Nie mam zamiaru.

– Dlaczego?

– Najpierw mnie złap.

– A jak nie złapię?

– Jak to: nie złapiesz? – zdziwiła się Candy. Podobnie jak Andrew miała zaróżowioną skórę pokrytą drobnymi kropelkami wody. Kto nie chodził przez kilka tygodni w speckostiumie, nie wie, jaki to odlot, rozebrać się i stanąć pod prysznicem.

– Na pewno złapiesz – powiedziała z daleka, zerkając Wernerowi między nogi.

– Akurat teraz nie bardzo. Niewygodnie się biega…

– No to podejdę trochę. O!

– Jeszcze trochę.

– Wstręciuch! Masz! – Ive ze śmiechem zrobiła fikołka do wody, ochlapując Andy’ego tęczową fonta

– Ach tak! – wrzasnął. – Pani kapitan, proszę łapać bombę głębinową! – I również rzucił się na główkę do wody.

Candy pływała dobrze, ale Andrew lepiej. Przez kilka minut ganiał ją od brzegu do brzegu, wreszcie przyparł dziewczynę do rogu, odwrócił do siebie twarzą i objął mocno.

– Teraz zostanie pani storpedowana, pani kap… – nie dokończył, ponieważ zamknęła mu usta pocałunkiem, mocnym i namiętnym.

Najpierw kochali się w wodzie, co było dla nich nowym i nader interesującym przeżyciem. Tylko cały czas musieli się czegoś trzymać, co kosztowało wiele wysiłku. Wyszli więc na brzeg. I tu, na brzegu, na plastykowym materacu, który cudem umknął uwadze Borowskiego, miało miejsce coś magicznego, coś, w co Ive wcześniej by nie uwierzyła. Andrew wzniósł ją na takie wyżyny rozkoszy, że krzyczała z całych sił, a w końcu na kilka sekund straciła przytomność.

– Co ty ze mną wyprawiasz? – wyszeptała, z trudem wracając do siebie.

– Kocham cię – odpowiedział poważnie Andrew.

– Kochany… – Przejechała palcem po jego poharatanej piersi, potem chwyciła rękę i delikatnie ucałowała kolejną długą, białą szramę.

– Czy to z tego desantowca? Tego „Dekarda”? – zapytała.

Werner skinął głową.

– Obiecałeś mi opowiedzieć – przypomniała. – Nie zapomnij.

– Wszystko? – zapytał. – Jak było naprawdę?

– Nie możesz pewnie? Zabronili ci? – domyśliła się Candy.

– Zabronili – przytaknął. – Ale tobie opowiem. Ty powi

– Pewnie tak – zgodziła się Ive. – Raszyn jest dla mnie jak rodzina. Czasem wydaje mi się, że mój ojciec był taki sam.

– Wy naprawdę zachowujecie się podobnie. Ja to widzę, bo stoję z boku, zwłaszcza że znam starego od wielu lat i też ciebie mam jak na dłoni. On też cię kocha za to, że… za to, że… Jak to powiedzieć… Rozumiesz, w jego życiu zawsze było miejsce na niezwykłe czyny. To jego naturalna reakcja na zagrożenie: nie uciekać, nie kryć się za plecami i

– Czy

– Właśnie do tego zdążam. Są tacy ludzie, którzy w niebezpiecznej sytuacji walczą przede wszystkim o własne życie. Mogą uratować statek, ale tylko przy okazji ratowania siebie. Tacy ludzie to większość. Ale są też i tacy, którzy najpierw ratują i

– No to co?

– Nie mam pojęcia – przyznał Werner. – Ja tylko tak głośno myślę.

– Coś spaprałeś? Tam, na „Dekardzie”? – ostrożnie zapytała Candy.

– Nie wiem. Może ty mi to powiesz.

– Chodźmy do kajuty – zaproponowała Ive. – Położymy się, przytulimy, będę się na ciebie patrzyła, a ty mi będziesz opowiadał.

– A mogę też się w ciebie wpatrywać? – zapytał Andrew i po raz pierwszy, odkąd zaczął filozofować, jego twarz rozjaśnił uśmiech.

– Oczywiście! – odparła wesoło Candy.

Jak wszystkie desantowce, „Rick Dekard” był cylindryczną barką z własnym napędem. Kilometrowa rura gęsto oklejona z zewnątrz lądownikami. Połowę wewnętrznej przestrzeni zajmowały sale treningowe i koszary na półtora tysiąca ludzi, drugą połowę wypełniała część napędowa i pomieszczenia służbowe załogi. Desantowiec nie był uzbrojony, miał za zadanie tylko przemieszczać się w ogonie atakującej eskadry, a po przygotowaniu artyleryjskim – wyrzucić na powierzchnię planety ciężko uzbrojoną piechotę.

Mięso armatnie, w roli którego występował rozmieszczony na „Dekardzie” wzmocniony pułk desantowo-szturmowy, mało przypominało legendarny ziemski specnaz z czasów Kotłowaniny. Pododdziały dywersyjne, w których każdy żołnierz wart był plutonu piechoty, odeszły w niepamięć z powodu braku zapotrzebowania. Pozostała tylko nazwa – desant. Oraz przerażające insygnia, dumne hasła i różnokolorowe berety. Tyle że ludzie w tych beretach byli już i

Werner dość często bywał w koszarach, sprawdzając działanie systemów podtrzymywania życia. Najpierw łaził tam z brygadą, potem zaczął chodzić sam. Tak – sądził – jest pewniej. Wolał dawać do potrzymania swoje testery któremuś z żołnierzy, na co ci zgadzali się niemal z dzieci

Załoga natomiast patrzyła na Wernera zezem, spluwała za jego plecami i uważała, że skoro to Ruski, człowiek bez rodziny i plemienia, to nie ma też pojęcia o kontaktach międzyludzkich. Andrew nie odzywał się i wykonywał, co do niego należało. Cała ta sytuacja na „Dekardzie” drażniła go, wcześniej nie latał na jednostkach, gdzie ludzie dzielili się na naszych i nie naszych. Permanentny konflikt między załogą a jego żywym ładunkiem, stale tlący się i gotowy wybuchnąć, zdaniem Wernera był czymś dzikim. Niestety, neurastenik Fush nie tylko podtrzymywał ten stan zapalny, ale jeszcze go nakręcał, drąc stale koty z dowództwem desantu.

Andrew z przyjemnością spieprzyłby z tej kloaki, ale wtedy miałby wstawione w papierach ograniczona zdolność z powodu nieodpowiedniej psychiki. Stare urazy, jeszcze z „von Reya” i nurkowania w Jowiszu, dawały o sobie znać. Więc Werner łykał transwitalizatory, niecierpliwie czekając na następną komisję medyczną. W konfliktach między załogą a piechotą starał się nie brać udziału. Lecz gdyby przyszło co do czego, wolałby znaleźć się po stronie tych, co zostali lepiej wyszkoleni w walce wręcz.

Szczególnie, że żal mu było desantowców.

W ich szeregi przyjmowano osobników intelektualnie opóźnionych i bezpłodnych. Niejeden żołnierz spełniał nawet oba te warunki. Cały system werbowania polegał na przekonywaniu ludzi, że po dziesięciu latach (o ile się je przeżyje, rzecz jasna) zarobią na skomplikowaną i drogą operację albo przeszczep komórek. Niektórym piechociarzom rzeczywiście udawało się, przeszedłszy ogień i wodę, doczekać emerytury i mieć nawet dzieci. Ale dla większości z nich już samo życie wojskowego było niezłą premią. Nie każdy mógł wyrwać się z hydroponicznej farmy albo z odlewni metalu – tu potrzebna była dobra kondycja fizyczna, wytrzymałość i głupkowata odwaga. Desantowcy czuli więc dumę i szczerze kochali swój los. Jeśli człowiek od czternastego roku życia zapieprzał na plantacji chlorelli, a po przyjściu do domu musiał sam myśleć o tym, co można zeżreć i skąd wziąć na to pieniądze, to odmierzony i opisany armijny tryb życia koszarowego może przypominać raj. Fakt, troska dowództwa o żołnierzy przejawiała się w nieco szorstki sposób, ale byli zawsze syci, czyści, schludni i wyspani. Krótko mówiąc – los się do ciebie, człeku, uśmiechnął. Tym bardziej że poza wszystkim desantowcy byli szkoleni – niektórzy z wysiłkiem odkrywali tajemnice alfabetu, a i