Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 97 из 134

– Kto?

– Mój facet i kucyk.

– Nie. Kurwa, zresztą nie wiem. – Popatrzył na banknoty w swojej śniadej od brudu dłoni, na butelki whisky nad barem i chyba nagle uświadomił sobie, że nie dostanie już ode mnie ani jednego, ani drugiego. – A tak w ogóle, to po co mnie o to wypytujesz?

– Szukam tego gościa – wyjaśniłam, po czym rozejrzałam się po wnętrzu lokalu. Przy stolikach siedziało około dwudziestu klientów. Większość wyglądała na mieszkańców najbliższej okolicy. – Myślisz, że ktoś jeszcze mógł go zauważyć? A może zapamiętałeś kogoś, kto wtedy tu był?

– Nie – bąknął. Dopiero teraz zauważyłam, że jego oczy są tego samego koloru co whisky, którą pije. Wstałam i położyłam na stole jeszcze jeden banknot, tym razem dwudziestomarkowy.

– Dzięki, przyjacielu.

– Zawsze do usług, siostro.

Zanim zdążyłam dotrzeć do drzwi, kelner już sunął w jego stronę.

Idąc w kierunku biblioteki, zatrzymałam się na ruchliwym placyku i stałam tam przez jakąś minutę. Wszystko wskazywało na to, że wydarzenia rozegrały się według następującego scenariusza: Joh

Za dużo luk, za dużo niejasności. W sumie niezbyt imponujące efekty, jak na cały dzień pracy.

Zastanawiałam się właśnie, czy wracać już na Lususa, kiedy mój komlog zaświergotał na zastrzeżonej częstotliwości, którą podałam Joh

Mówił szybko, krótkimi zdaniami.

– M. Lamia, proszę, przyjdź szybko. Chyba znowu próbowali mnie zabić.

Koordynaty wskazywały na Wschodni Kopiec Bergsona.

Popędziłam do najbliższego transmitera.

Drzwi do mieszkania Joh

Wyjęłam z kieszeni płaszcza pistolet odziedziczony po tacie i jednym pły

Skoczyłam naprzód nisko pochylona, trzymając oburącz broń, którą kierowałam błyskawicznie to w lewo, to w prawo. Czerwony punkcik tańczył po ciemnych ścianach przedpokoju, przyozdobionych niezbyt gustownymi tapetami. Przedpokój był pusty, podobnie jak salon i pokój telewizyjny.

Joh

Pośpiesznie sprawdziłam pojedynczą szafę, niewielki hol i kuchnię, po czym wystawiłam głowę na balkon. Znajdowałam się na wysokości co najmniej dwustu metrów na zakrzywionej ścianie Kopca, skąd roztaczała się zapierająca dech w piersi panorama dwudziestokilometrowego pasażu. Sto metrów wyżej zaczynała się plątanina kratownic, oznaczająca bliskość dachu. Wnętrze gigantycznej, zakrytej przestrzeni rozświetlały niezliczone holoreklamy i neony, łącząc się w oddali w jednolitą, rozedrganą elektryczną mgiełkę.

Na ścianie Kopca znajdowały się setki identycznych balkonów, ale wszystkie były puste. Pośrednicy z pewnością zachwalali je jako szczyt luksusu – Bóg wie, ile Joh

Schowałam pistolet i wróciłam do sypialni, aby zająć się Joh

Rana biegła od linii włosów aż do brwi. Nie była głęboka, ale bardzo krwawiła. Poszłam do łazienki, wzięłam z apteczki sterylny opatrunek i przycisnęłam go do rozciętego miejsca.

– Co się stało? – zapytałam.

– Dwaj ludzie… Czekali na mnie w sypialni. Wyłączyli system alarmowy i weszli przez balkon.

– Powinieneś dostać bonifikatę w firmie ubezpieczeniowej. I co potem?

– Walczyliśmy. Mam wrażenie, że starali się zaciągnąć mnie do drzwi. Jeden z nich miał iniektor, ale udało mi się wytrącić mu go z ręki.

– Dlaczego uciekli?

– Włączyłem wewnętrzny alarm.

– Ale nie ten, który łączy cię z ochroną Kopca?

– Nie. Wolałbym, żeby o niczym nie wiedzieli.

– Kto cię uderzył?

Joh

– Ja sam. Kiedy mnie wypuścili, rzuciłem się za nimi w pogoń, ale potknąłem się i rozbiłem sobie głowę o nocny stolik.

– A więc ani ty, ani oni nie błysnęliście nadmierną sprawnością – zauważyłam, po czym włączyłam lampkę i przy jej świetle szukałam na dywanie tak długo, aż wreszcie znalazłam ampułkę iniekcyjną.

Joh

– Jak myślisz, co to jest? – zapytałam. – Jeszcze trochę AIDS II?

Potrząsnął głową.

– Znam miejsce, gdzie zrobią dla nas analizę – powiedziałam. – Moim zdaniem to tylko jakiś narkotyk. Chcieli cię uprowadzić, a nie zabić.

Joh

– Komu mogłoby zależeć na porwaniu cybryda?

– Ty mi to powiedz. Zaczynam podejrzewać, że to tak zwane morderstwo też było nieudaną próbą porwania.

Ponownie potrząsnął głową.

– Czy jeden z tych ludzi miał kucyk?

– Nie wiem. Na głowach mieli kapelusze, a na twarzach maski osmotyczne.

– A może jeden z nich był zbudowany jak Luzyjczyk, drugi zaś wysoki jak templariusz?

– Templariusz? – powtórzył Joh

– Czyli rzuciłeś się z gołymi rękami na Luzyjczyka. Masz może jakieś bioprocesory albo implanty, o których nie wiem?

– Nie. Po prostu się wściekłem, i tyle.

Pomogłam mu wstać.

– Więc Sztuczne Inteligencje potrafią się wściekać?

– Ja potrafię.

– Znam tu w pobliżu automatyczną klinikę, która udziela korzystnych zniżek – powiedziałam. – Opatrzą cię tam jak należy, a potem na jakiś czas zamieszkasz u mnie.

– Z tobą? Dlaczego?

– Dlatego że nie potrzebujesz już detektywa, tylko ochrony osobistej.

Moja dodatkowa pakamera nie była zarejestrowana w głównym komputerze Kopca jako lokal mieszkalny. Mieściła się w części odnowionego magazynu należącego do jednego z moich przyjaciół, który w pewnym momencie doszedł do wniosku, że nigdy w życiu nie spłaci licznych kredytów zaciągniętych w celu rozwinięcia jakiegoś bliżej nie sprecyzowanego interesu i dyskretnie przeniósł się na jedną z najdalszych kolonii. Wkrótce potem za psie pieniądze wynajęłam to miejsce. Okolica nie należała może do najsympatyczniejszych, a hałas z pobliskich doków załadunkowych bywał czasami tak duży, że nie dało się rozmawiać, ale za to dysponowałam dziesięciokrotnie większą powierzchnią niż w standardowym mieszkaniu, dzięki czemu mogłam ćwiczyć podnoszenie ciężarów i sporty walki, nie wychodząc z domu. Joh

– Dlaczego mieszkasz na Lususie? – zapytałam. – Większość obcych uważa, że tutejsze ciążenie jest dokuczliwe, a sceneria monoto