Страница 64 из 134
Leżałem z policzkiem przyciśniętym do kamie
– P-p-przykro mi, Martin, ale t-t-to szaleństwo musi dobiec końca – rozległ się znajomy głos. W moim polu widzenia pojawił się Smutny Król Billy z naręczem zapisanych kartek. Spory ich stos leżał już u stóp zmagającego się z gadami Trojańczyka. Obok stała otwarta bańka z naftą.
Udało mi się zamrugać. Odniosłem wrażenie, że moje powieki zrobione są z zardzewiałego żelaza.
– Działanie ogłuszacza p-p-powi
– Nie! – zdołałem krzyknąć mimo zaciśniętych szczęk.
Płomienie tańczyły przez kilka sekund, po czym zgasły. Billy wrzucił nie dopalone resztki do fonta
– Ty go sprowadziłeś i ty go m-m-musisz zniszczyć!
Próbowałem się poruszyć, ale osiągnąłem tylko tyle, że ramiona i nogi wykonały kilka nie skoordynowanych wymachów niczym kończyny uszkodzonej marionetki. Ból był nie do zniesienia. Krzyknąłem ponownie, a mój udręczony głos odbił się echem od marmurów i granitów.
Król Billy znieruchomiał na chwilę i odczytał z kartki, która znajdowała się na wierzchu kolejnego naręcza:
…Bez wskazówki żadnej ni podpory
Dźwigałem w mojej kruchej śmiertelności
Potężne brzemię wiecznego spokoju,
Niezmie
Ciążące zmysłom moim – zimny księżyc.
A jako że mym mózgiem rozpalonym
Strąciłem w otchłań nocy srebrne kwadry,
To zdało mi się, że z dniem każdym blednę,
Niknę jak widmo; i modły gorące
Wznosiłem, aby śmierć mnie stąd zabrała
Z całym brzemieniem trosk mych, a niewładny
Nic zmienić, przeklinałem sam siebie w rozpaczy.
Billy wzniósł twarz ku gwiazdom, po czym rzucił tę stronę na pastwę płomieni.
– NIE! – wrzasnąłem najgłośniej, jak mogłem. Jedna noga ugięła się pode mną, opadłem na kolano, usiłowałem jeszcze podeprzeć się ręką i runąłem ciężko na bok.
Postać w płaszczu chwyciła kolejną porcję papieru, zbyt grubą, żeby zwinąć ją w rulon, i spojrzała na pierwszą stronę.
…Ujrzałem wtedy twarz bladą,
Nie tkniętą żadnym przyziemnym zmartwieniem,
Lecz tak bezkrwistą, jak w ciężkiej chorobie,
Co krew wysysa, ale nie zabija,
Której śmierć nawet nie położy kresu.
Ku śmierci idąc, widzę – to nie jej oblicze,
I choć majaczy mi coś jak biel śniegu,
Że to jest ta twarz – myśleć mi nie wolno…
Król Billy zbliżył zapalniczkę, a w chwilę potem ta kartka wraz z pięćdziesięcioma i
– Proszę!… – jęknąłem. Zacisnąłem ręce na krawędzi kamie
Trzecia postać nie tyle pojawiła się obok nas, co raczej ujawniła swoją obecność, jakby była tam przez cały czas, a Król Billy i ja nie zauważyliśmy jej, dopóki płomienie nie zaczęły rzucać wystarczająco silnego blasku. Ogromny, czwororęki, wykuty z kości i stali, Chyżwar skierował na nas krwistoczerwone spojrzenie.
Król Billy krzyknął coś niezrozumiale i cofnął się o krok, ale zaraz potem zaczął z jeszcze większą gorliwością wrzucać kartki do ognia. Płatki sadzy i rozżarzone skrawki ulatywały w górę wraz z gorącym powietrzem. Stado gołębi wzbiło się z łopotem skrzydeł z oplecionej bluszczem konstrukcji kopuły.
Chwiejąc się na nogach, ruszyłem powoli naprzód. Chyżwar nawet nie drgnął ani nie odwrócił rubinowego wzroku.
– Odejdź! – ryknął z pasją Król Billy, trzymając w rękach płonące rulony poezji. Nagle przestał się jąkać. – Wracaj do otchłani, z której wyszedłeś!
Odniosłem wrażenie, że Chyżwar lekko pochylił głowę. Stalowe ostrza i szpikulce lśniły w czerwonym blasku płomieni.
– Mój panie! – krzyknąłem. Nie wiem, czy miałem na myśli Smutnego Króla Billy’ego, czy potwora, i nie wiedziałem tego również w tamtej chwili. Zatoczyłem się i wyciągnąłem rękę, by złapać Billy’ego za ramię.
Nie było go tam. Jeszcze sekundę wcześniej starzejący się władca stał zaledwie metr ode mnie, a teraz zawisł bezradnie wysoko nad kamie
– Zniszcz go! – krzyknął Billy, niezdarnie usiłując wyrwać się z żelaznego uścisku. – ZNISZCZ GO!
Ciężko dysząc oparłem się o krawędź fonta
Chyżwar właściwie nie poruszył się, tylko powoli przycisnął do piersi Króla Billy’ego. Billy wierzgnął kilka razy i krzyknął bezgłośnie, kiedy długi stalowy kolec wyłonił się z jego stroju arlekina tuż nad mostkiem. Przez kilka sekund stałem jak sparaliżowany, myśląc o motylach, które kolekcjonowałem w dzieciństwie, a potem metodycznie zacząłem polewać naftą rozrzucone w fonta
– Zabij go! – wycharczał Król Billy. – Martin, na litość boską…
Podniosłem z ziemi jego zapalniczkę. Chyżwar nadal stał nieruchomo. Krew przesiąkała powoli ubranie Billy’ego, aż wreszcie czarne kwadraty niczym nie różniły się od szkarłatnych. Pstryknąłem zabytkową zapalniczką: raz, drugi, trzeci… Tylko iskry. Przez łzy cieknące mi obficie z oczu widziałem dzieło mego życia leżące na dnie wyschniętej fonta
Billy wrzasnął przeraźliwie i szarpnął się raz jeszcze. Usłyszałem ohydny odgłos, z jakim metalowe ostrza ocierały się o kości.
– Zabij go, Martin! O, mój Boże…
Odwróciłem się, zrobiłem pięć kroków, po czym cisnąłem w nich na pół jeszcze pełną bańką. Nafta chlusnęła obfitym strumieniem, wsiąkając w ubranie Billa i spływając po metalowym ciele Chyżwara. W chwilę później żarzące się strzępy mojego poematu, które Billy wciąż jeszcze ściskał w rękach, zetknęły się z łatwopalną cieczą.
Zasłoniłem dłońmi twarz – za późno, gdyż broda i brwi spłonęły mi dosłownie w okamgnieniu – i zacząłem się cofać po omacku, aż wreszcie oparłem się o krawędź fonta
Przez sekundę miałem przed sobą doskonale nieruchomą, ognistą rzeźbę, błękitnożółtą Piętę z czteroręką Mado
W życiu tak zazwyczaj bywa, że wszystko kończy się byle jak, zupełnie inaczej niż powi