Страница 42 из 134
Kassad powoli wyszukiwał drogę wśród unoszących się szczątków. Nie miał najmniejszej ochoty się poddawać. Przez wrak przebiegło wyraźne drżenie, kiedy co najmniej jedna z kałamarnic przycumowała do rozprutego kadłuba. Myśl, nakazał sobie Fedmahn Kassad. Bardziej niż kryjówki potrzebował jakiejś broni. Czy w zdewastowanym statku szpitalnym mogło znajdować się coś, co posłużyłoby mu jako oręż?
Pogrążony głęboko w myślach, zawisł nieruchomo, trzymając się jakiegoś kabla. Łóżka, hibernatory, aparatura medyczna i cała reszta wyposażenia oddziału, w którym go umieszczono, uleciała w kosmos przez dziury w kadłubie. Ramię, korytarz, ciała w klatce transportera, ciała na schodach. Żadnej broni. Większość zwłok naga w wyniku gwałtownej dekompresji. Liny, na których wisiała winda? Nie, za długie, a bez narzędzi z pewnością nie uda mu się ich przeciąć. Narzędzia? Nic takiego nie zauważył. Pozbawione ścian pomieszczenia wzdłuż korytarzy za głównym szybem. Hibernatory, komory regeneracyjne i hermetyczne wa
Kassad zastanawiał się jeszcze przez chwilę, po czym rozejrzał się, aby odzyskać orientację w labiryncie przemieszczających się powoli przedmiotów, i energicznie odepchnął się nogami.
Liczył na dziesięć minut, otrzymał natomiast niespełna osiem. Wiedział, że Intruzi będą przeczesywać resztki statku sprawnie i metodycznie, nie spodziewał się jednak, jak bardzo sprawni okażą się w zerowej grawitacji. Liczył na to, że podzielą się na dwuosobowe zespoły – taka była standardowa procedura, wypracowana podczas całych tysiącleci walk ulicznych na Starej Ziemi: jeden wskakuje do bramy, drugi zabezpiecza jego tyły. Gdyby jednak było inaczej, gdyby Intruzi podzielili się na trójki albo czwórki, Kassad niemal na pewno pożegnałby się z życiem.
Unosił się pośrodku sali operacyjnej nr 3, kiedy w drzwiach pojawił się pierwszy Intruz. Regenerator właściwie przestał już działać. Kassad ciężko łapał stęchłe powietrze, obserwując nieprzyjaciela, który najpierw błyskawicznie rozejrzał się po pomieszczeniu, a następnie skierował broń na nieruchomą postać w mocno sfatygowanym skafandrze marines.
Pułkownik liczył na to, że dzięki fatalnemu stanowi skafandra oraz temu, że wizjer był zachlapany od środka krwią i mózgiem komandosa, zyska bezce
Minione osiem minut spędził na podłączaniu awaryjnego generatora do nie naruszonych obwodów zasilających sali operacyjnej. Spośród kilkunastu laserów zabiegowych katastrofę przetrwało sześć. Kassad wycelował cztery mniejsze w przestrzeń po lewej stronie drzwi, dwa większe zaś, przeznaczone do cięcia kości, skierował na prawo od wejścia. Intruz znalazł się w ich zasięgu.
Skafander nieprzyjaciela eksplodował bezgłośnie. Lasery dalej zataczały kręgi, tak jak zostały pośpiesznie zaprogramowane, Kassad natomiast rzucił się naprzód, unikając zetknięcia z ich promieniami, doskonale widocznymi w chmurze kipiącej krwi i bezużytecznego uszczelniacza, wyrwał paralizator z dłoni Intruza i skierował go w kierunku drzwi dokładnie w tej samej chwili, kiedy pojawił się w nich drugi napastnik, zwi
Kassad przyłożył paralizator do hełmu Intruza i nacisnął spust. Ciało nieprzyjaciela natychmiast znieruchomiało we wnętrzu skafandra, i tylko uzbrojony w groźny szpikulec ogon wykonał kilka gwałtownych, spazmatycznych ruchów. Używając paralizatora na tak krótki dystans, należało liczyć się z tym, że nie uda się wziąć przeciwnika żywcem. Bezpośrednie uderzenie ultradźwięków zamieniało mózg w coś podobnego do rozgotowanej owsianki.
Kassad nie chciał nikogo brać żywcem.
Oderwał się od Intruza, wysunął broń na korytarz i zatoczył nią szerokie koło. Dwadzieścia sekund później sam wyjrzał ostrożnie. Nikogo.
Kassad zostawił w spokoju zwłoki pierwszego komandosa, z drugiego trupa natomiast pośpiesznie ściągnął nienaruszony skafander. Okazało się, że Intruz nie miał na sobie żadnego ubrania i że był kobietą. Miała jasne, krótko obcięte włosy, nieduże piersi i tatuaż nad włosami łonowymi. Z oczu, uszu i nosa wyciekły jej kropelki krwi. Kassad zanotował w pamięci, że w siłach kosmicznych Intruzów służą także kobiety. Zwłoki, które widział na Bressii, należały wyłącznie do mężczyzn.
Odepchnął ciało na bok, zrzucił swój bezużyteczny skafander, pozostawiając na głowie hełm i regenerator, po czym zaczął wciągać nowy skafander. Potworny mróz natychmiast wbił mu się w ciało lodowatymi zębami, a naczynia krwionośne w skórze zaczęły szybko pękać, wystawione na działanie niemal całkowitej próżni. Bezce
Światełka na tablicy kontrolnej jarzyły się fioletowo i bursztynowo. Kassad usłyszał świst napływającego powietrza, a w chwilę potem o mało nie zakrztusił się pierwszym oddechem; śmierdziało straszliwie, choć zapewne dla Intruzów był to słodki zapach domu. Ze słuchawek płynęły nieprzerwanie rozkazy – a może komunikaty – w języku, który brzmiał jak staroangielski nagrany na taśmę, a następnie odtworzony wstecz z potrójną prędkością.
Plan Kassada mógł powieść się tylko wtedy, jeśli okazałoby się, że kosmiczne oddziały Intruzów były zorganizowane w podobny sposób jak ich siły lądowe: małe grupki, których członkowie porozumiewali się przez radio, nie zaś przez odpowiednik używanej przez Armię/ląd sieci wszczepionych komlogów. Dzięki temu dowódca oddziału komandosów, jeżeli nawet wiedział, że dwaj jego żołnierze zginęli, nie był w stanie ustalić, gdzie dokładnie to się stało.
Kassad doszedł do wniosku, że najwyższa pora przestać teoretyzować i wziąć się do roboty. Zaprogramował lasery operacyjne w taki sposób, żeby otworzyły ogień do każdego ruchomego przedmiotu, który pojawi się w drzwiach sali, po czym ruszył niezdarnie wzdłuż korytarza. Czuł się trochę tak, jakby próbował chodzić w normalnym polu grawitacyjnym, używając jako szczudeł własnych spodni. Zabrał ze sobą oba paralizatory, a ponieważ nie mógł znaleźć żadnych pasów, sprzączek, kabur ani rzepów, aby przytroczyć je do skafandra, ściskając broń w każdej ręce obijał się od ścian niczym jakiś pijany korsarz z holofilmu. Kiedy mu się to wreszcie znudziło, z żalem rozstał się z jednym paralizatorem i zaczął pomagać sobie wolną ręką. Rękawica była za duża co najmniej o kilka numerów, a cholerny futerał na ogon to wlókł się z tyłu, to znów wyczyniał przedziwne łamańce, obijając się o hełm. Krótko mówiąc, prawdziwy wrzód na dupie.
Dwa razy krył się w rożnych zakamarkach, gdyż zauważył przed sobą poruszające się światła. Zbliżał się już do miejsca, z którego dostrzegł przedtem kałamarnice, kiedy zza rogu wyłoniło się trzech Intruzów.