Страница 114 из 134
Pamiętam jednak doskonale kilka pierwszych minut po tym, jak zabrano zmasakrowane ciało Joh
NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONA
NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONA MATKA NASZEGO ZBAWICIELA
NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONE NARZĘDZIE NASZEGO ODKUPIENIA
NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONA OBLUBIENICA STWORZYCIELA
NIECH BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONA
Byłam ra
Wiem jednak, że kiedy nadejdzie czas spotkania z Chyżwarem, Joh
Już od dawna było ciemno. Wagonik sunął, kołysząc się lekko, zawieszony w połowie drogi między gwiazdami a wiecznym lodem. Przez długi czas cała grupa siedziała w milczeniu, wsłuchując się w poskrzypywanie liny.
Ciszę przerwał Lenar Hoyt, który powiedział do Lamii:
– Ty także nosisz krzyżokształt.
Kobieta popatrzyła na niego bez słowa.
Fedmahn Kassad pochylił się w jej stronę.
– Myślisz, że tym templariuszem, który rozmawiał z Joh
– Możliwe – odparła Brawne Lamia.
– Czy to ty zabiłaś Masteena? – zapytał pułkownik z doskonale nieruchomą twarzą.
– Nie.
Martin Silenus przeciągnął się i ziewnął.
– Do wschodu słońca zostało już tylko parę godzin – powiedział. – Czy oprócz mnie ktoś chciałby się trochę zdrzemnąć?
Kilka głów skinęło potwierdzająco.
– Ja zostanę na warcie – oznajmił Kassad. – Nie jestem zmęczony.
– Dotrzymam ci towarzystwa – zaofiarował się konsul.
– A ja przygotuję wam kawę – dorzuciła Brawne Lamia.
Trzech pielgrzymów położyło się spać, pozostałych troje zaś siedziało przy oknie, spoglądając na odległe gwiazdy, płonące zimnymi ognikami na wysoko sklepionej czaszy nieba.
ROZDZIAŁ 6
Baszta Chronosa wznosiła się na wschodnim krańcu pasma potężnych Gór Cugielnych. Była to ponura, kamie
– Nie ma co, zajebiście miła chałupka! – powiedział Martin Silenus. Echo jeszcze przez kilka chwil powtarzało jego słowa.
Ojciec Hoyt postąpił kilka kroków w głąb ogromnego pomieszczenia. Popołudniowe promienie słońca wpadały przez umieszczony w zachodniej części sklepienia świetlik, spływając ku posadzce czterdziestometrowej wysokości kolumnami, wypełnionymi wirującymi drobinkami kurzu.
– Niewiarygodne… – szepnął. – Nawet bazylika świętego Piotra w Nowym Watykanie nie może się z tym równać!
Poeta roześmiał się głośno. Światło padało z góry na jego twarz, podkreślając kości policzkowe i nastroszone brwi satyra.
– Nic dziwnego. Ten przybytek budowano dla żywego boga.
Fedmahn Kassad postawił torbę podróżną na podłodze i odchrząknął.
– Wydaje mi się, że Basztę wzniesiono przed założeniem Kościoła Chyżwara – zauważył.
– Tak jest – potwierdził konsul. – Ale Kościół urzęduje tu już od dwustu lat.
– Nie wydaje mi się, żeby teraz ktoś tu mieszkał – odezwała się Brawne Lamia. W lewej ręce trzymała pistolet ojca.
Zaraz po wejściu do Baszty przez co najmniej dwadzieścia minut krzyczeli i nawoływali co sił w płucach, ale powracające znienacka echa oraz wypełniona bzyczeniem much cisza sprawiły, że wreszcie umilkli.
– Tę cholerną wieżę przez osiem miejscowych lat budowały klony i androidy Smutnego Króla Billy’ego – powiedział poeta. – Miał to być największy hotel w całej Sieci, pełniący rolę punktu wypadowego dla tych, którzy chcieli zwiedzać Grobowce Czasu i Miasto Poetów. Coś mi się jednak wydaje, że nawet te gówniane androidy znały miejscową wersję legendy o Chyżwarze.
Sol Weintraub stał w pobliżu okna, trzymając córeczkę w taki sposób, że rozproszone światło padało na policzek i zaciśniętą piąstkę.
– Teraz to i tak bez znaczenia – powiedział. – Lepiej poszukajmy jakiegoś w miarę czystego kąta, gdzie moglibyśmy zjeść kolację.
– Pójdziemy jeszcze dziś wieczorem? – zapytała Brawne Lamia.
– Do Grobowców? – Silenus chyba po raz pierwszy od początku podróży wyraził autentyczne zdumienie. – Chciałabyś spotkać się z Chyżwarem po ciemku?
Lamia wzruszyła ramionami.
– A co to za różnica?
Konsul stał z przymkniętymi oczami w pobliżu drzwi z oprawionych w ołów kolorowych szybek. Drzwi prowadziły na kamie
– Jesteśmy zmęczeni – powiedział. – Zostaniemy tu na noc, a jutro z samego rana zejdziemy w dolinę.
Ojciec Hoyt wyszedł na wąski balkon i oparł się o kamie
– Czy stąd widać Grobowce?
– Nie – odparł Silenus. – Są za tamtą linią wzgórz. Ale widzicie te białe punkciki na północ i odrobinę na zachód? Lśnią jak powybijane zęby.
– Tak.
– To Miasto Poetów, gdzie Król Billy chciał zgromadzić wszystko, co ce
– Czy ty jesteś jednym z nich? – zapytała z przekąsem Lamia.
Poeta spojrzał na nią gniewnie i już otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale zobaczył pistolet w ręku kobiety, pokręcił głową i odwrócił się bez słowa.