Страница 112 из 134
– Nie możemy skorzystać z transmitera – odparł cierpliwie Joh
– No dobrze, ale czy kapłani wpuszczą nas do środka?
Joh
– Tak naprawdę to tylko im powi
Podniosłam wizjer.
– Meina Gladstone powiedziała, że już żadna pielgrzymka nie otrzyma zgody na wyruszenie w drogę.
Czarna postać ponownie wzruszyła ramionami.
– Pieprzyć Meinę Gladstone – mruknął mój kochanek-poeta.
Nabrałam powietrza głęboko w płuca i podeszłam do wylotu niszy, w której się skryliśmy. Joh
– Gotowa, Brawne?
Skinęłam głową, wysunęłam do przodu lufę minidziałka i chciałam ruszyć naprzód, ale Joh
– Kocham cię, Brawne.
Ponownie skinęłam głową. Starałam się odgrywać twardziela, ale zapomniałam, że mam podniesiony wizjer i że każdy może zobaczyć łzy spływające mi po policzkach.
Kopiec funkcjonuje bez przerwy przez dwadzieścia osiem godzin na dobę, ale – chyba ze względu na jakąś tradycję – podczas trzeciej zmiany ruch jest zdecydowanie najmniejszy. Najwięcej szans na powodzenie mielibyśmy podczas szczytu komunikacyjnego w trakcie pierwszej zmiany, lecz jeśli istotnie czekali na nas goondowie i i
Wspinaczka na poziom głównego pasażu zajęła nam ponad trzy godziny. Szliśmy po kolei kilkunastoma klatkami schodowymi, niezliczonymi korytarzami technicznymi, opustoszałymi pochylniami, do których nikt nie zaglądał od osiemdziesięciu lat, to znaczy od ostatnich wielkich rozruchów na Lususie, a także po metalowych drabinach niemal zupełnie zżartych przez korozję. Wreszcie znaleźliśmy się na rampie jakiegoś magazynu niecały kilometr od świątyni Chyżwara.
– Nie wierzę, że poszło nam aż tak łatwo – szepnęłam do interkomu.
– Prawdopodobnie skoncentrowali ludzi w porcie kosmicznym i wokół największych skupisk transmiterów.
Ruszyliśmy odkrytą kładką w kierunku pasażu, trzydzieści metrów pod pierwszym poziomem sklepów i czterysta poniżej dachu. Bogato zdobiona, wolno stojąca świątynia Chyżwara wznosiła się w odległości najwyżej pół kilometra od nas. Nieliczni klienci sklepów i spacerowicze spoglądali na nas ze zdziwieniem, po czym skwapliwie usuwali nam się z drogi. Byłam pewna, że zawiadomiono już policję, ale zdziwiłabym się, gdyby pojawiła się zaraz po wezwaniu.
Z otworu pobliskiej windy grawitacyjnej wysypała się z wrzaskiem gromada poubieranych w jaskrawe stroje ulicznych łapserdaków. Mieli noże pulsacyjne, łańcuchy i wspomagane rękawice. Joh
Smarkacze stanęli jak wryci, wybałuszyli na nas oczy i odruchowo podnieśli ręce. Po sekundzie, kiedy osłupienie minęło, zniknęli w otworze windy.
Spojrzałam na Joh
Weszliśmy w prowadzącą na północ alejkę. Po obu jej stronach przechodnie pośpiesznie kryli się w sklepach. Od schodów świątyni dzieliło nas już tylko niespełna sto metrów. W słuchawkach mojego wojskowego hełmu wyraźnie słyszałam bicie własnego serca. Pięćdziesiąt metrów. Jakby wezwany naszymi myślami, jakiś akolita, kapłan albo i
Odwróciłam się do Joh
Uderzenie było tak silne, że zwaliło Joh
Dziesięć pięter w górze, na ścianie mieszkalnej części Kopca! Wizjer mojego hełmu ściemniał, a minidziałko zatrajkotało dokładnie tak samo jak piła łańcuchowa, którą widziałam kiedyś w zabytkowym holofilmie. Fragment balkonu i ściany o wymiarach co najmniej pięć na pięć metrów z donośnym hukiem zamienił się w bezkształtny obłok pyłu i kropelek stopionego szkła.
Kolejna porcja pocisków trafiła mnie w plecy.
Zamortyzowałam upadek rękami i obróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni. Na każdym poziomie było ich co najmniej kilku, wszyscy poruszali się z precyzją doskonale wyregulowanych mechanizmów. Joh
Nad naszymi głowami pojawił się nagle śmigacz z odkrytą kabiną. Ułamek sekundy później uderzyły w ziemię rakietowe pociski. Przeszklone wystawy rzygnęły na nas niezliczonymi ostrymi odłamkami, ja zaś podniosłam głowę, zamrugałam dwa razy i strzeliłam. Śmigacz przesunął się gwałtownie w bok, zawadził o ruchome schody, na których przycupnęło kilku przechodniów, i wraz z nimi runął w dół z łoskotem miażdżonego metalu. Buchnął ogień, a ja dostrzegłam jeszcze jakąś płonącą sylwetkę, która poszybowała w ślad za wrakiem ku oddalonej o ponad osiemdziesiąt metrów nawierzchni pasażu.
– Po lewej! – krzyknął Joh
Z jednego z niższych poziomów zeskoczyli czterej ludzie w pełnych zbrojach bojowych. Kameleonowe materiały usiłowały upodobnić się do tła, ale z powodu nie ustających rozbłysków i mnóstwa refleksów świetlnych uczyniły z napastników coś w rodzaju miniaturowego pokazu sztucznych ogni. Jeden z nich błyskawicznie ruszył w moją stronę, natomiast trzej pozostali skierowali się ku Joh
Uderzył nożem pulsacyjnym, tak jak to się robi w najciemniejszych zaułkach. Pozwoliłam, by ostrze zetknęło się z pancerzem, wiedząc, że pozostawi na moim ciele bolesną ranę, ale dzięki temu zyskałam bezce
Ich zbroje natychmiast stwardniały, więc nie pozostało mi nic i
Joh
– Zostaw mnie, Brawne – szepnął. Słyszalność była coraz gorsza. – Uciekaj. Schody…
– Odchrzań się – warknęłam, po czym objęłam go lewym ramieniem w taki sposób, aby pozostawić mojej broni jak najszersze pole ostrzału. – Przecież biorę pieniądze za to, żeby cię ochraniać.