Страница 104 из 134
– Biskup! – wykrzyknął, próbując odsunąć się ode mnie jak najdalej.
– Jaki biskup?
– Świątynia Chyżwara… Lusus… proszę, nie… Kurwa mać!…
– Co mieliście z nim… z nami zrobić?
– Nic… Nie, proszę! Potrzebuję lekarza!
– Zgadza się. Odpowiadaj.
– Ogłuszyć i sprowadzić do… do Świątyni… na Lususie. Błagam! Nie mogę oddychać!
– A co ze mną?
– Mieliśmy cię zabić, gdybyś stawiała opór.
– W porządku – powiedziałam, odciągając mu głowę jeszcze bardziej do tyłu. – Jak na razie, idzie nam całkiem nieźle. Do czego był im potrzebny?
– Nie wiem. – Wrzask, który rozległ się w chwilę potem, był bardzo głośny. Przez cały czas trzymałam w prawej ręce ogłuszacz i nie spuszczałam oka z drzwi mieszkania. – Nie wiem… – Powtórzył słabym głosem. Krew coraz szybciej kapała na podłogę.
– Jak się tu dostaliście?
– EMV… na dachu…
– A skąd?
– Nie wiem… słowo honoru… jakieś miasto w wodzie. EMV wróci tam automatycznie… Proszę!
Rozdarłam mu koszulę, przeszukałam błyskawicznie wszystkie kieszenie. Ani komlogu, ani żadnej ukrytej broni. Tuż nad sercem miał wytatuowany niebieski trójząb.
– Goonda? – zapytałam.
– Tak… Bractwo Parvati.
Poza Siecią, przypuszczalnie bardzo trudni do wyśledzenia.
– Wszyscy?
– Tak… Proszę… sprowadź pomoc… cholera…
Zwisł mi bezwładnie w ręku, prawie nieprzytomny z bólu.
Pozwoliłam mu opaść na podłogę, odsunęłam się o krok i posłałam w niego spory ładunek z ogłuszacza.
Joh
– Ubieraj się – rzuciłam. – Znikamy.
EMV okazał się starym, przezroczystym vikkenem scenic bez czytnika linii papilarnych przy stacyjce. Jeszcze nad Francją dogoniliśmy uciekającą noc, a w chwilę potem znaleźliśmy się nad czarną pustką – według Joh
– Dlaczego zabraliśmy ich pojazd? – zapytał Joh
– Chcę sprawdzić, skąd tu przybyli.
– Powiedział, że ze świątyni Chyżwara na Lususie.
– Rzeczywiście. Teraz przekonamy się, czy mówił prawdę.
Twarz Joh
– Myślisz, że ci ludzie umrą?
– Jeden już był trupem – odparłam. – Ten z przebitym płucem potrzebuje pomocy, a dwóm nic nie będzie. Nie mam pojęcia, co się stało z tym, który wypadł przez okno. Naprawdę cię to obchodzi?
– Tak. Ten pokaz przemocy był… barbarzyński.
– “Choć uliczna burda jest ze wszech miar godna potępienia, to nie ma nic złego w energii, jaką wyzwala ona w ludziach” – zacytowałam. – Żaden z nich nie był chyba cybrydem?
– Raczej nie.
– A więc masz co najmniej dwóch przeciwników: SI oraz biskupa Kościoła Chyżwara. Wciąż jednak nie wiemy, dlaczego chcą cię zabić.
– Chyba już się tego domyślam.
Rozsiadłam się wygodnie w miękkim fotelu. Gwiazdy nad naszymi głowami – ułożone w konstelacje, jakich nie widziałam ani na hologramach ze Starej Ziemi, ani na żadnej z planet Sieci – dawały tylko tyle światła, żebym mogła dostrzec oczy Joh
– Wobec tego powiedz mi.
– Naprowadziła mnie na to twoja wzmianka o Hyperionie, a raczej fakt, że nic o nim nie wiem. W tym przypadku brak informacji świadczy o jej wadze.
– Zupełnie jak z psem szczekającym w nocy – mruknęłam.
– Proszę?
– Nieważne. Mów dalej.
Joh
– Istnieje tylko jeden prawdopodobny powód wystąpienia takiej luki w mojej pamięci: ingerencja TechnoCentrum.
– Twój cybryd… – Czułam się trochę głupio mówiąc do niego w ten sposób. – Większość czasu spędzałeś w Sieci, prawda?
– Tak.
– Przecież mogłeś w każdej chwili natrafić na jakąś informację o Hyperionie, szczególnie w kontekście kultu Chyżwara.
– Możliwe, że natrafiłem, i właśnie dlatego zostałem zamordowany.
Spojrzałam w górę, na gwiazdy.
– Najlepiej będzie, jeśli zapytamy o to biskupa – powiedziałam.
Joh
Wysokie budynki, symbole fallicznej epoki w architekturze miejskiej, wyrastały bezpośrednio z bagien i trzęsawisk przybrzeżnego zalewiska. W wielu płonęły światła.
– Empire State Building – powiedział Joh
– Cokolwiek to jest, EMV chce właśnie tam lądować.
– Czy nic nam nie grozi?
Uśmiechnęłam się do niego.
– Przez całe życie grożą nam różne rzeczy.
Pozwoliłam pojazdowi skierować się w stronę niewielkiej platformy pod samą iglicą budynku. Kiedy EMV wylądował, wyszliśmy na zewnątrz i stanęliśmy na popękanym tarasie. Było zupełnie ciemno, jeżeli nie liczyć gwiazd oraz świateł w niższych budynkach. Niedaleko od nas, w miejscu gdzie kiedyś zapewne były drzwi windy, znajdował się rozjarzony błękitnym blaskiem portal transmitera.
– Pójdę pierwsza – powiedziałam, ale Joh
Nigdy przedtem nie byłam w świątyni Chyżwara na Lususie, lecz nie ulegało dla mnie wątpliwości, że teraz właśnie tam się znalazłam. Joh
– Wygląda na to, że sami wleźliśmy im w łapy – szepnęłam do Joh
Światło przybrało nieco na sile – co prawda nie wydobyło z ciemności ścian wielkiego pomieszczenia, ale rozszerzyło swój zasięg, dzięki czemu przekonaliśmy się, że otacza nas półkolem kilkunastu mężczyzn. Niektórzy z nich nazywali się egzorcystami, i
Nawet nie starałam się ukryć ogłuszacza. Możliwe, że gdyby wszyscy rzucili się na nas, zdążyłabym kilku położyć. Możliwe, ale mało prawdopodobne. Co prawda nie widziałam żadnej broni, lecz pod obfitymi szatami dałoby się ukryć spory arsenał.
Joh
Joh
– Dlaczego próbowałeś porwać mojego cybryda? – zapytał dostojnika, nie zwracając najmniejszej uwagi na pozostałych.
Biskup roześmiał się cicho i potrząsnął głową.
– Moja droga… istoto! To prawda, że chcieliśmy ujrzeć cię w naszym przybytku, ale nie dysponujesz żadnymi dowodami, że staraliśmy się osiągnąć to w tak nieelegancki sposób.
– Nie interesują mnie dowody – odparł Joh