Страница 7 из 49
Następna propozycja Starszych miała jeszcze większy posmak nowości i osobliwości. Nijak nie mogłam dostroić się do trajektorii lotu ich myśli.
– Ale proszę go poszukać. A nuż się znajdzie – powiedziano mi.
Jeszcze lepiej. Jestem w Dogewie niecałą godzinę, a już proponują mi przeczesanie jej w poszukiwaniu władcy, o którego miejscu pobytu sami tubylcy mają mgliste pojęcie!
Starsi i przewodnik zaczęli jeden przez drugiego przekonywać mnie, że władca się lada chwila znajdzie i mogę poczekać na niego tutaj, przy fonta
Starzyzna obiecała najgorliwszą pomoc w osiągnięciu tego szczytnego celu i z ukłonami oddaliła się, zostawiając mnie sam na sam z przewodnikiem.
– A jak on chociaż wygląda? – zainteresowałam się tonem straceńca.
– Zobaczy pani, to pani pozna.
– Młody, stary?
– Jeszcze zupełny dzieciak. W zeszłym roku skończył siedemdziesiąt trzy – powiedział to całkiem poważnym tonem, jakim mówi się kłamstwa malutkiej dziewczynce, więc trochę się obraziłam. Co oni ukrywają? Przecież ten Arr'akktur mnie nie zje. Czy zje?!
– Gdzie mogłabym się wykąpać i umyć konia? – przypomniałam sobie. Stokrotka, jako strona jak najbardziej zainteresowana, położyła pysk na moim ramieniu.
– Trzeba przejechać kawałek południowym ramieniem krzyża i skręcić w czwartą ścieżkę po lewej.
Zacięłam się na chwilę, nie od razu rozumiejąc, że “krzyżem" nazywa główne skrzyżowanie dróg, z których każda wskazuje jedną ze stron świata.
– A pan…
– Tak? – odwrócił się. Długie ciemne włosy rozsypały się na ramionach.
– Nie odprowadzi mnie pan?
– Muszę wracać. Jestem strażnikiem, nie mogę na długo porzucać granicy.
– Proszę poczekać… Ostatnie pytanie… – zająknęłam się, nie wiedząc, jak je zadać. – Czy wy… Czy wy się nie boicie?
– Czego?
– No, ja… Pan pewnie mi tego nie powie wprost… Ale jestem tu obca. Nie boicie się, że coś nabroję? Znaczy, ja tak w ogóle to za siebie ręczę, ale przecież wy mnie wcale nie znacie! Ktoś i
– Wydawało mi się, że lubi pani samotność – spokojnie odpowiedział strażnik. – Pomyślałem, że samodzielna wycieczka po mieście sprawi pani więcej przyjemności niż obstawa za plecami. Ale jeżeli pani się czuje samotnie albo nieswojo, mogę znaleźć przewodnika.
– Nie, nie, ma pan rację – zgodziłam się szybko. – Nigdy nie zdarzyło mi się nudzić we własnym towarzystwie. No ale… Nie boi się pan puścić mnie samej?
– Jest pani w Dogewie – odpowiedział poważnym łonem, wskakując na siodło. – Tu nigdy nie będzie pani sama.
Rozdział 3
Już od jakichś ośmiu minut wątpiłam w swoje zdolności matematyczne. Chyba powiedział – czwarta ścieżka. I chyba w czwartą skręciłam. Czy wampiry mają jakiś i
Nagle jednak w mój policzek zachła
Jeziorko było zajęte. Szare spodnie konkurenta nonszalancko wisiały sobie na krzaku olchy, obok poniewierała się podniszczona skórzana kurtka, rozsznurowane wysokie buty i koszula dziwnego kroju, z dwoma wąskimi rozcięciami na plecach.
Przyjrzawszy się dokładnie, zauważyłam tył jego rozczochranej i jeszcze suchej głowy – płynął powoli w kierunku lilii wodnych. Nad zasnutą wieczorną mgiełką wodą chlupot niósł się daleko. Długie włosy nasiąkły na końcach i kleiły się do szyi, gdy pływak unosił się nad wodą w kolejnym silnym zamachu. Zachodzące słońce wyzłociło czubek jego głowy. Nie widziałam w Dogewie nikogo jasnowłosego – a tym bardziej o tak niezwykłym, bladozłocistym, lnianym odcieniu.
W tym momencie pływak zanurkował, a pociemniałe pukle oblepiły jego głowę jak macki leżącej na potylicy ośmiornicy. Przecież nie będę czekać, aż on się tu wypluska i pójdzie do łóżka! Stokrotka ostro zalatywała potem, co nasuwało wniosek, że ja również. Koniec końców wspólna kąpiel w jednym jeziorze jeszcze do niczego nie zobowiązuje. Zarzuciwszy wodze na gałąź brzozy, drżącymi ze zmęczenia palcami spróbowałam rozsiodłać niecierpliwie tańczącą kobyłkę. Derka przykleiła się do jej przepoconego grzbietu, a siodło okazało się tak ciężkie, że wyleciało mi z rąk i spadło na trawę. Machnąwszy na nie ręką, poprowadziłam konia do wody, po drodze niedbale pozbywając się fragmentów garderoby. Jako ostatnia opadła na wpół przezroczysta jedwabna koszula, cała w smugach potu. Zostałam w koronkowym komplecie, który z pewną poprawką na jego mikry rozmiar można było nazwać dwuczęściowym kostiumem kąpielowym.
Dopiero wtedy zauważyłam, że lnianowłosy delikwent, który ośmielił się zmącić moje jezioro, stoi przy brzegu po pas w wodzie i z rosnącym zadowoleniem podziwia darmowy striptiz, w celu uzyskania lepszej widoczności pochylając się do przodu.
– A teraz będzie najbardziej pikantny kawałek – poinformowałam z kuszącą obietnicą w głosie i wypuściłam wodze. Moja wymęczona kobyłka rozwinęła niesamowitą prędkość. Z rozpędem wbiła się w wodę szeroką piersią, a spieniona fala zwaliła uciekającego gościa z nóg i zanurzyła z głową.
Korzystając z jego dekoncentracji, ruszyłam śladem I kobyłki. Stokrotka, zanurzona po szyję, zamarła w zachwycie, rozrzuciwszy po powierzchni wody białą grzywę. Spod jej kopyt atramentowymi strumykami podnosił się gruby ziarnisty muł z kawałkami zgniłych liści i szyszek olchy. Pędy kłującej rogownicy oplatały nogi jak sieć zarzucona przez staruszka w oczekiwaniu na złotą rybkę. Stęskniwszy się za kąpielą (trudno za jej ekwiwalent uznać pomyje wylane na moją głowę z okna na jednej z wąskich uliczek Kamieńca), pluskałam się w wodzie przez bitą godzinę, wypłukując z włosów podróżny kurz i czyszcząc Stokrotkę pęczkiem wodorostów, dopóki nie i zrobiła się lekko zielonkawa i nie nabrała przyjemnego i zapachu szlamu. Gdy uznałam, że starczy tego dobrego, poprowadziłam kobyłę do brzegu i dopiero wtedy zauważyłam, że świeżo umyty gość, o którym zdążyłam całkiem zapomnieć, nie poszedł sobie. W spodniach, ale z nagim torsem, siedział na trawie, rozłożywszy do wyschnięcia szare skrzydła. Czarne jak węgiel brwi i rzęsy ostro kontrastowały z mokrymi, ale nadal zbyt jasnymi włosami niedbale zarzuconymi na plecy. Sympatyczny chłopak, nieco zbyt chudy, ale zgrabny, czuć w nim siłę. Na piersi na cienkim rzemyku wisiał amulet w kształcie pazura z brązowego mieniącego się złocistymi iskrami kamienia.
– Cześć – powiedział wampir z uśmiechem ozdobionym kłami, lustrując mnie wzrokiem. Miał spokojne spojrzenie i lekko śmiejące się szare oczy.
– Przyjemna kąpiel – prychnęłam, pochylając się, by wyciągnąć spod impertynenta mój lewy but.
A i owszem – odpowiedział z ironią. – Len jestem. Trafne imię, bardziej podobne do przezwiska z dzieciństwa, które przylgnęło na dobre. Gdy patrzyłam na jego schnące włosy, przed oczami stawało mi pole dojrzałego lnu, cicho i z namysłem szeleszczącego oleistymi nasionami w pękatych mieszkach.
– Berenika – zmyśliłam na poczekaniu.
– Kłamiesz – wampir nie zastanawiał się nawet chwili.
– No dobra, Wolha – burknęłam z rozdrażnieniem. – Czy w całej Dogewie nie ma ani jednego wampira przebywającego w głębokiej nieświadomości odnośnie faktu istnienia mojej skromnej osoby?
Wampir obserwował mnie z niesłabnącym i wybitnie niezdrowym zainteresowaniem.