Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 44 из 49

– Staram się – przyznałam się uczciwie. – Muszę z tobą poważnie porozmawiać.

– To zapraszam. – Lekko zdziwiony Len gości

– Lepiej chodź ze mną, tu nas mogą podsłuchać.

– Kto?

Wyrostek, żeby go, przypomniał sobie o rozkazie władcy i uciekł do domu.

– No weź, chodź, trochę pospacerujemy dla podniesienia mojego ducha! – zamarudziłam. – Jak nigdy przedtem potrzebne mi przyjacielskie wsparcie i płomie

– Gdybyś nie była magiczką, to bym cię związał i wysłał do Starminu z pierwszą karawaną kupiecką – rzekł Len po długiej chwili ciężkiego milczenia, niechętnie schodząc z ganku.

– Za późno, zaproszenia do gości są wysłane, mogą pojawić się w każdej chwili. O dziwo, mam nawet przygotowany plan działania. – Nerwowo miętosiłam prościutką miedzianą bransoletkę na lewym nadgarstku. Nigdy przedtem nie zakładałam błyskotek, ale Len nawet jeśli i zauważył, to nie pofatygował się zapytać, po kiego licha się tak stroję. Podnoszący na duchu spacerek wyszedł niewiele weselszy od próbnego pogrzebu – władca trzymał się tradycyjnego “dobrze albo wcale" i uparcie milczał. Na koniec dotarliśmy do malutkiego ogródka Kryny i zatrzymaliśmy się naprzeciwko wejścia do piwnicy. Wampir po raz pierwszy przerwał ciszę.

– No, to o czym takim poważnym i wyjątkowo poufnym chciałaś ze mną pomówić?

– Wiesz… Oj! – Wymęczona bransoletka ześlizgnęła się z ręki i podskakując dźwięcznie, uciekła w dół po schodach. – To stanowczo nie jest dobry dzień, wszystko mi z rąk leci.

Z roztargnieniem zajrzałam do piwnicy i nieprzenikniony mrok zalał moje myśli.

– Stój tu, ja znajdę – z westchnieniem obiecał Len.

Szybko zszedł po schodach, a ja czekałam, licząc uderzenia swojego serca. Kroki Lena stłumił chrzęst drobnego rzecznego piasku – znaczy, schody się skończyły. W ciągu dnia zbadałam tę piwnicę. Nic szczególnego, kamie

– O, znalazłem!

Westchnęłam głębiej, zamknęłam oczy i machnęłam rękoma od siebie i do góry, jak gdyby wypuszczając wolno niewidocznego ptaka. Drzwi jęknęły głucho, szczęknęła zasuwa.

Takie proste.

Powoli zeszłam w dół po śliskich kamie

– Wolha? – głos Lena ledwie słyszalnie dobiegał przez idealnie dopasowane deski. Jeszcze nie zrozumiał, co się stało, tylko się zdziwił.

– Złapałam waszą wysokość, władco – powiedziałam cicho. Nie było sensu krzyczeć. Wystarczyło, żebym pomyślała, ale z jakiegoś powodu przestraszyłam się ciszy. -

Obawiam się, że teraz nie będzie wasza wysokość mógł z czystym sumieniem mówić wszystkim razem i każdemu z osobna, że nie można waszej wysokości oszukać. Za odpowiedź posłużyło mi głuche uderzenie od wewnątrz. Drzwi nie drgnęły.

– Wypuść mnie natychmiast!

– Nie jestem wampirem, władco. Nie podlegam wam. Starczy. Wasza wysokość zbytnio przywykł do decydowania za i

Drzwi drgnęły tak, jak gdyby ktoś od środka próbował wyważyć je taranem.

– Len, to bezcelowe. Jeszcze w dzień zaklęłam i futrynę i ściany. Wytrzymają nawet wampira. Nawet nie próbuj. Rano cię wypuszczę… Albo sam wyjdziesz. Zaklęcie zniknie po śmierci maga.

Drzwi tłumiły prawie wszystkie dźwięki, ale wydało mi się, że w piwnicy zamknięto rozwścieczonego wilka – dziwny jękliwy odgłos, który rozległ się ze środka, najbardziej przypominał urwany skowyt.

Odwróciłam się i ledwie przestawiając nogi, powlokłam się po schodach. Gdy byłam w ich połowie, nadeszło uderzenie tak wściekłe, że wydało mi się, iż zadrżała ziemia. A potem – cisza. Czy on przypadkiem nie rozwalił sobie głowy? A może stracił przytomność? Albo ma uczulenie także na ziemniaki? Myśl o sprawdzeniu okazała się tak kusząca, że znowu zeszłam na dół i postałam przez chwilę przy drzwiach, nasłuchując, póki nie wyróżniłam słabego skrobania i wydało mi się, że do drzwi znowu skrobie przerażony wilk. Nie, drugiej takiej szansy nie dostanę. Jeśli Len stamtąd wyjdzie… Nie wiadomo, kto stanie się przyczyną mojej śmierci dzisiejszej nocy.

– Powodzenia – nieoczekiwanie wyraźnie, chyba opierając się o futrynę, wycedził wampir.

– Nie dziękuję! – rzuciłam i jak strzała wyleciałam z piwnicy.

Wcale nie było tak ciemno. Bezchmurna noc rozrzuciła gwiezdne skrzydła nad śpiącą ziemią. Las dyszał mszystą wilgocią i chłodem, a nad stygnącą drogą unosił się ciepły opar.

Trzeźwo oceniłam swoje możliwości, zarówno magiczne, jak i fizyczne i zrezygnowałam z łażenia za kudłakiem po krzakach. Jeżeli na otwartej przestrzeni, przy fonta

Czas płynął. Przeciwnik się spóźniał. Zgodnie z zasadami kodeksu pojedynkowego miałam pełne prawo uznać jego porażkę. We wzgardzonych przeze mnie krzakach wydzierały się słowiki, na przemian pogwizdując melodyjnie i rytmicznie kląskając. Wesołe nietoperze wykonywały akrobacje powietrzne nad fonta

Poszukałam spojrzeniem krzywej lipki, w okolicach której wczoraj straciłam ślad. Hm, dziwne. Jeżeli kudłak wyskoczył z krzaków, starł się ze mną, zrejterował i znowu schował się w krzakach, to jako pierwsze powi

Na moją potylicę spadła kropla. Potrząsnęłam głową. Kolejna kropla spłynęła po szyi za kołnierz. “Wiatr się zmienił" – zdecydowałam, odwracając się.

Nade mną wibrował i skręcał się kipiący pęcherzykami słup wody ze zlewających się w jedno strumieni.

“Tego tylko brakowało" – pomyślałam w oszołomieniu. Słup mi się z jakiegoś powodu nie spodobał. Nie analizując przyczyn tak gwałtownej antypatii, zapobiegawczo powiększyłam oddzielającą nas odległość, odskoczywszy do tyłu o jakieś dziesięć kroków. W samą porę: słup wygiął się łukiem, przechylił przez skraj basenu i zaczął pełznąć za mną, pulsując i zmieniając kształt. Najpierw pojawiła się pełna zębów paszcza. Potem podniósł się na krzywe łapy, a na całym ciele wyrosło i napuszyło się bure futro. Witaj, kudłaku!

“Witaj, późna kolacjo!" – kłapnął zębami stwór.

Plecami do przodu porzucałam pole bitwy z maksymalną możliwą prędkością. Chociaż, uczciwie mówiąc, nie bardzo mogłam sobie wyobrazić, jak kudłak miałby mnie zjeść. Nawet arcymag nie był w stanie utworzyć prawdziwego ciała z czystej wody. Za efektowną fasadą pluskała się nadal i cały czas ta sama woda – to właśnie dlatego ruchy kudłaka wydawały się tak pły