Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 2 из 49

Materiały i metoda

Rozdział 1

Jakąś bezsensowną granicę ma ta cała Dogewa. Elfy mają wysokie trawy. Krasonoludy – skały. Wałdacy – kopce wyrzuconej na powierzchnię ziemi. Driady – sięgające chmur dęby. Druidzi – kamie

A tu – osiki. Jakaś kpina, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że mieszkańcy Dogewy są wampirami. Naprawdę ładne osiki, takie srebrzyste i drżące. Za osikami rozciągają się spiczaste świerki, jak dywan, z którego gdzieniegdzie wyglądają umęczone brzózki i sosny. Sama Dogewa leży w dolinie, jak bułeczka z kruszonką na dnie zdobionej miseczki. Patrząc ze wzgórz, widać białą obwódkę z osik, drugą, trochę szerszą, ze świerków, a na środku – szeroką zieloną dolinę z plamkami: Dogewa wśród pól uprawnych i w oparach mgły.

– Jak dojedziesz do drzew – tłumaczył mi mistrz – wyślij sygnał myślowy w głąb lasu. Dowolny. Możesz myśleć o czymkolwiek, żeby tylko powstała silna fala telepatyczna.

– A do kogo mam ją kierować?

– Na ogólnej częstotliwości. Któryś ze strażników granicy usłyszy.

Odchrząknęłam speszona.

– Lepiej by było, jakby nie słyszał…

– Nie musisz rozmyślać nad kolejnym wrednym kawałem. Wiem, wiem, jesteś w tej materii nadprzeciętnie zdolna, ale tym razem postaraj się powstrzymać. O czym to ja? A tak, o fali. Wampiry są bardzo wyczulone na telepatię, więc natychmiast zareagują na jej obecność, nawet jeśli nie będą potrafiły do końca odczytać przekazu. Tak więc skup się na ilości, a nie na jakości.

– O tak?

Z czołem zmarszczonym od wysiłku wbiłam spojrzenie w unoszący się nad łaźnią dym i na moją falę telepatyczną natychmiast zareagowało pięciu czy sześciu adeptów, którzy owiani parą wysypali się przez drzwi i okna, zaatakowani przez ożywione miotełki. Ręce kolegów po fachu zajmowały miednice, użyte do osłonięcia przed miotełkami tego, co najce

– Powiedziałem “pomyśleć", a nie przesyłać zaklęcia. Szkoda, że lata spędzone w tych murach jednak nie nauczyły cię myślenia.

Tak więc myślę. Stoję pod osiką ze zmarszczonym czołem, a Stokrotka już coś żuje – zielonkawa ślina sączy się z czarnych kącików jedwabistych warg rozdzielonych pierścieniami wędzidła. Kontakt telepatyczny to świadome współdzielenie myśli z kimś i

Albo zadanie okazało się dla mnie za trudne, albo zszokowani strażnicy upadli, gdzie stali, ścięci z nóg siłą mojej myśli. Moje starania zostały uwieńczone sukcesem dopiero po jakichś czterdziestu minutach, podczas których zdążyłam przemyśleć sobie więcej spraw niż w ciągu poprzednich osiemnastu lat.

Ale oto jest rezultat. Zadziałało. A może po prostu przechodził obok?

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam wampira. Może gdyby pojawił się znikąd, był blady jak śmierć i niedwuznacznie szczerzył zakrwawione kły, to bym się go przestraszyła, tak jak w zasadzie planowałam. Moja wiedza w dziedzinie wampirologii bazowała na ludzkich legendach i opowieściach charakteryzujących się zadziwiającym pesymizmem. W dodatku wszystkie miedzioryty, obrazy, gobeliny i rysunki naskalne przedstawiają wampiry wyłącznie w nocy i w ciemnościach. Skrzydła, zęby, pazury – to wszystko wydaje się gigantyczne i koszmarne wyłącznie dlatego, że tak naprawdę nic nie widać.

Światło dzie

Wampir uśmiechnął się, pokazując długie kły. Każdy by się uśmiechnął, widząc, jak spełzam – zsuwam się po stromym boku Stokrotki. Przerzuciłam wodze przez głowę kobyły i spojrzałam na niego wyczekująco. Strażnik granicy okazał się wyższy ode mnie o pół głowy, szeroki w barach i całkiem niczego sobie. Długie ciemne włosy otaczały wąską opaloną twarz, a złożone za plecami skrzydła nadawały mu pewne podobieństwo do Moro-ja, demona – wysła

– Kim pani jest i czego szuka w Dogewie? – zapytał z mocą, gardłowym i całkiem groźnym głosem.

– Ja? – Skupiona na wysyłaniu sygnału telepatycznego, zapomniałam o przygotowanej zawczasu odpowiedzi.

– No przecież nie ja! – Wampir zniżył się do żartu. Mnie jakby jakiś leszy podkusił.

– O, ja jestem po prostu młodą, przepiękną i niewi

Wampira zamurowało tak, że dużo bardziej ode mnie zaczął przypominać skrzywdzoną przez los pa

– Przepraszam? – zapytał zdumiony. Posłusznie powtórzyłam.

Po twarzy strażnika przemknął cień zrozumienia.

– Pa

Tym razem ja się zdziwiłam. – Skąd pan…

– Proszę za mną. – Wampir odwrócił się i zniknął w otaczającym polankę osikowym gąszczu.

– A koń?

– Proszę przeprowadzić – usłyszałam spokojną odpowiedź. – Do drogi jest kilka kroków, a obejście tego to co najmniej pół mili.

Stokrotka, delikatnie mówiąc, nie była zachwycona perspektywą pakowania się w krzaczory. Zawisłam na wodzach. Bez efektu. Kobyła zatańczyła w miejscu, stając dęba i próbując się odwrócić. Wysokie i gęste zarośla osiki z jej punktu widzenia nijak nie nadawały się dla szanujących się koni. Rozważyłam utworzenie iluzji drogi, ale w ferworze walki nieco zmaltretowałyśmy giętkie gałęzie i Stokrotka zobaczyła w głębi lasu drogę prawdziwą. Parsknąwszy parę razy dla formalności, uspokoiła się, a ja zdecydowanie pociągnęłam ją za sobą.

Myśl, czy dogewska dzicz nadaje się dla ludzi, nigdy wcześniej nie przyszła mi do głowy. Wysiłkiem woli odpędziłam ją i teraz. No wampiry, niechaj sobie będą. Koniec końców nie strzygi. Ostatecznie to rozumna rasa. Jakoś się dogadamy.

Wampir czekał cierpliwie, oparty o pień osiki, wyglądając jak poglądowa rycina z księgi “Ludzkie przesądy i ich przyczyny". Stokrotka zareagowała na niego właściwie, czyli wcale, chociaż powi

Przekonawszy się, że jesteśmy w komplecie, wampir z widoczną niechęcią oderwał plecy od gości

Trochę mroczny, ale majestatyczny bór, wyścielony kobiercem świerkowych igieł, niczym nie różnił się od dziesiątków i setek i

Wampir milczał. Ja rozmyślałam. Tym razem wyłącznie na własny rachunek.