Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 19 из 49

– Robi wrażenie – przyznałam. – Można obejrzeć z bliska?

Okazało się, że broń miała nie jedno ostrze, a trzy, przytulone do siebie jak płatki w pąku. Najmniejszy opór na drodze ostrza aktywował ukrytą sprężynę i płatki rozchylały się. Cios w pierś mógł rozerwać na kawałki serce, w brzuch – zamienić flaki w siekankę. Za szerokim kielichem ostrzy lekko wchodziła “łodyga" – drewniana część laski. Fakt, po czymś takim zadrapaniami się nie skończy, dobrze, jeśli się uda w ogóle wyciągnąć z powrotem.

– Kiedy wyciągasz, ostrza mechanicznie się ściskają – dodał kowal, wyraźnie dumny ze swego dzieła. – I co teraz o nim myślisz?

– Paskudztwo – przyznałam uczciwie.

– Skoro tak mówisz. – Obrażony kowal zacisnął wargi. – Ale nie radziłbym uderzać z mieczem na gword.

– A co, uważa pan, że ktoś uzbrojony w gword ma zamiar mnie zaatakować?

Ale kowal już odwrócił się i odszedł w stronę paleniska. Chyba mój niechętny stosunek do broni narodowej zranił jego krwiożerczą duszę.

Pozbywszy się miecza, wróciłam na plac i ze zdziwieniem zobaczyłam tam jarmark najwyraźniej znajdujący się u szczytu aktywności. Zwykle targi urządza się z rana. Ale może dla wampirów wieczór jest jak ranek? Chociaż w dzień przecież czuwają…

Sprzedawano z wozów, przede wszystkim jedzenie i ubrania. Zadawszy parę pytań tu i tam, byłam mile zaskoczona – kupcy prosili o realne sumy, o rząd wielkości niższe niż w Starminie. Zakupiwszy gigantyczną, ważącą prawie półtora funta brzoskwinię, powoli przeszłam się wzdłuż rzędów straganów – były tylko dwa, ale za to długie, dookoła całego placu. Połowa kupców okazała się miejscowa, skrzydlata, ale były też krasnoludy ze swoimi niezmie

Pokręciwszy się trochę przy kramie i dla picu przymierzywszy gigantyczne rude wąsy, podsłuchałam rozmowę dwóch wampirów, z której wynikało, że w najbliższym czasie mają zamiar odwiedzić Kamieniec w celu zwiedzenia go i nawiązania stosunków handlowych z niejakim Seliwanem Drażnią, przedstawicielem gildii płatnerzy. Ciekawe, jaki procent koszmarnie zarośniętych mężczyzn w płaszczach, kręcących się po karczmach Starminu, tylko udaje ludzi? Uważajcie, obywatele, oni są wśród nas… Czego nie można powiedzieć o nas pośród nich. Ani jednego, powtarzam, nawet jednego sprzedającego czy kupującego człowieka na jarmarku nie zauważyłam. Pozostałe rasy istniały na równych prawach, wykłócały się o cenę, dobijały targów i oblewały zakupy ciemnym piwem z beczki przywiezionym na sprzedaż przez wampira-piwowara. Ja znalazłam jasnozieloną jedwabną sukienkę z delikatnym haftem na piersi, ale wahałam się, próbując obliczyć, czy starczy mi pieniędzy na drogę powrotną.

– Coś sobie, dziecko, wybrałaś? – usłyszałam znajomy głos mojej gospodyni.

Właśnie doszłam do wniosku, że zakup zaskutkuje dietą z czarnego chleba i wody, po której znacznie stracę na wadze i sukienka będzie na mnie wyglądać jeszcze lepiej.

– Ładna sukienka, prawda?

– Na ładnej dziewczynie wszystko dobrze wygląda – uśmiechnęła się Kryna. Z koszyka, który trzymała na zgiętym ręku, sterczał zielony szczypiorek. Wilk z urwanym uchem szedł za nią krok w krok, ale spacer w gąszczu nóg i kopyt nie dostarczał mu szczególnej satysfakcji. W tej chwili smętnie patrzył na Krynę, która powoli wędrowała wzdłuż straganów.

Jej słowa podwoiły siłę przyciągania sukienki i wydobyłam sakiewkę, w myślach błogosławiąc ograbionego rozbójnika za moją podwyższoną wypłacalność. Kryna właśnie zbierała się do domu, więc powierzyłam sukienkę jej opiece.

Nadal miałam brzoskwinię, którą przerzucałam z ręki do ręki, wypatrując spokojniejszego miejsca. O, a tu jest strasznie wygodne obrzeże! Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał pretensji o zbezczeszczenie fonta

Rozdział 10

Śledząc z podciągniętymi nogami na kamie

– Witam waszą wysokość.

– Niech sławne będą na wieki pani czyny, szacowna adeptko. – Len, zachowując kamie

– Przepraszam?

– Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. – Len usiadł obok, niedbale mącąc wodę dłonią. Zaintrygowane rybki podpłynęły bliżej i zamarły, usilnie pracując przednimi płetwami.

– Trzymam się etykiety.

– Tak, ale wygląda to bardzo głupio.

– Zgadzam się.

– Wolho…

– Len, nie pojadę sobie.

Zamilkliśmy na chwilę. Fonta

– Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym bliżej zapoznać cię z Dogewą. Wydaje mi się, że wiedza autora “Krwiopijców" jest nieco przestarzała i raczej nie może stanowić wiarygodnego źródła do pracy zaliczeniowej.

– Kryna opowiedziała?

– Tak, bardzo ją to rozbawiło.

– Nie wątpię – przyznałam bez uśmiechu. – Prawdopodobnie rozbawiłam wielu miejscowych. Naprawdę chcesz zostać moim przewodnikiem?

– Chcę. Obawiam się, że w przeciwnym razie stracisz na eksperymenty całe swoje zdrowie.

– I do wszystkiego się dogrzebię?

– Przeciwnie. Beze mnie nie uda ci się zobaczyć niczego niedozwolonego. Dogewa jest jak szkatułka z setkami skrytek. Wydaje ci się, że jest otwarta i pusta, ale pod okuciem zawsze ukrywa się niewidoczna dziurka od klucza.

– A ty masz klucz?

– Ja jestem kluczem – powiedział poważnie. – To co, zabieramy się do oględzin skarbca?

– Obiecaj, że nie będzie więcej rozmów o moim odjeździe.

– Zgoda.

Nasze palce splotły się i Len silnym pociągnięciem podniósł mnie na nogi.

Droga prowadziła pod górę. Tak naprawdę, drogi jako takiej nie było w ogóle. Len zaprowadził mnie do rzadkiego boru świerkowego udekorowanego sromotnikami ustawionymi w prawdziwe czarcie kręgi. Czarny dzięcioł przefruwał pomiędzy pniami jak nietoperz. Trudno o lepsze miejsce, by zakopać wysuszonego trupa.

Rozmowa stawała się coraz mniej i mniej oficjalna. Obcując z jąkałą, po chwili sam będziesz się jąkać. Pa

– A co z wizytami u władców zaprzyjaźnionych państw?

Len uśmiechnął się, pokazując kły.

– Władcy wolą przyjaźnić się na odległość.

– Portretów posażnych księżniczek, jak rozumiem, też nikt nie przysyła? – Ja i mój ostry język!

– Znaczy, takie tam księżniczki. – Wampir wzruszył ramionami.

– Len?