Страница 17 из 49
Nieznajoma bardzo przypomniała mi gawrona. Czarny płaszcz, czarne ubranie zapięte pod samą szyję. Czarne buty, na prawym ramieniu buja się czarna torba na długim poskręcanym rzemieniu. I uroda jakaś czarna, złowieszcza: delikatna blada twarz, jakby właścicielkę dopiero co wypuszczono z grobowca, ostry nos, czarne oczy, spod kaptura uciekają bujne czarne loki. Jedyna jaskrawa plama – nienaturalnie karmazynowe wargi, które dziewczyna co chwilę przygryzała. W sumie normalna wampirzyca. Klęczała na czworakach metr od drogi i z uporem godnym lepszej sprawy grzebała w twardej leśnej ziemi zaostrzoną metalową łopatką. Mało prawdopodobne, by gawronopodobna ślicznotka zajmowała się poszukiwaniem dżdżownic. Nie, dłubała w ziemi z takim entuzjazmem, jakby odkopywała skarb albo grób. Zastanowiwszy się przez chwilę, powróciłam do uprzednio odrzuconej możliwości, ponieważ dziewczyna odłożyła łopatę i teraz obiema rękami ciągnęła coś przypominającego przerośniętą dżdżownicę. Pociągnąwszy trochę z jednej strony obiegła dziurę i wznowiła swe tytaniczne wysiłki. Dżdżownica wiła się, opierała i chłostała ją ogonem po twarzy. Postanowiłam się wtrącić.
– Hej, może pomóc?
– A jak myślisz? – nieoczekiwanie krwiożerczo wrzasnęła wampirzyca. – Podkopuj ją, szybciej, bo ucieknie!
Z bliska rozpoznałam mechaty korzeń trawy żmijanki. Wijąc się i pulsując, tylko czekał na okazję, by prześlizgnąć się pomiędzy palcami i uciec pod ziemię. Zaczęłam gwałtownie odgrzebywać ziemię, jednocześnie chwyciwszy za niego, by pomóc wampirzycy. Oczywiście można było obciąć korzeń, ale resztka i tak zginie, a każdy jego cal jest na wagę złota, będąc składnikiem wielu mieszanek, wywarów i eliksirów. Żmijanka nie jest jakoś wyjątkowo rzadka, ale złapanie jej dla znachora jest równie trudne jak dogonienie zająca pieszo. Korzeń o długości trzech do sześciu stóp kończy się nierzucającym się w oczy pędem z zielonkawym kwiatkiem na końcu, który przy najmniejszym zagrożeniu “nurkuje" pod ziemię i tam przeczekuje niebezpieczne czasy.
We dwójkę udało nam się pokonać oporną trawkę. Wyciągnięta z ziemi straciła wigor, zwisając jak lisi ogon na kołnierzu dorodnej żony kupca.
– Dzięki, mała – niedbale rzuciła dziewczyna, pakując zwinięty w pierścień korzeń do płócie
“Dziecko", “malutka", “mała" nawet od koleżanki-zielarki… Odkąd skończyłam czternaście lat, “ty" mówili do mnie tylko koledzy z klasy i mistrz. A tu jakby się wszyscy zmówili. Jakbym miała nie osiemnaście, tylko osiem lat. Czy oceniają na podstawie intelektu? Bo w takim razie chyba jednak mam siedem…
– Zawsze do usług, babciu – powiedziałam jadowicie.
Nasze oczy spotkały się. Dziewczyna z niezrozumieniem ściągnęła brwi.
– Jak mnie nazwałaś? -A ty?
Wampirzyca potarła czoło i westchnęła.
– Ale… ano tak, przecież jesteś człowiekiem. W takim razie przepraszam pa
Zbytnia oficjalność też mi się nie spodobała.
– Możemy być na “ty", w końcu jesteśmy koleżankam po fachu.
– Hm?
– Jestem magiczką – wyjaśniłam niedbale, nie zwracając uwagi na to, jak wyciągnęła się twarz rozmówczyni. – Co prawda nie zielarką, ale z ogólnego zielarstwa mam celujący.
Wyglądało na to, że Starmińska Wyższa Szkoła nie budziła zaufania miejscowych specjalistów.
– Znowu?! – piskliwie jęknęła dziewczyna, upuszczając torbę.
– Co – znowu?
– Zupełnie mu odbiło!
– Komu?!
– Mało ma problemów, teraz go jeszcze nazwą zabójcą dzieci! – wampirzyca urwała, stykając się spojrzeniem z krzakiem czeremchy. Wydało mi się, że mignęło w nim coś białawego, głowy bym nie dała, ponieważ czeremcha właśnie kończyła kwitnienie i była biaława sama z siebie.
– A, w takim razie w porządku – dziewczyna westchnęła z ulgą, powoli się uspokajając. – A już myślałam, że jesteś sama.
– A kim jest ten drugi?
– A może się poznamy? – uniknęła odpowiedzi. – Kella jestem.
– Po prostu Kella – dokończyłam za nią. – Myślę, że ja się nie muszę przedstawiać. Chociaż nadal nie mogę zrozumieć, czemu.
– Telepoczta. Wyprzedziła cię o dwa dni. Aż dziwne, że cię nie poznałam od razu.
– Chyba nie aż tak trudno się poznaje w człowieku człowieka?
– W Dogewie jest wielu ludzi – zaprzeczyła Kella. -Nie znam ich wszystkich z wyglądu. W ogóle w naszych lasach można napotkać, kogo się tylko chce – ci, których nazywacie “rasami rozumnymi", nie unikają wampirów tak, jak to robicie wy, ludzie.
Na słowie “ludzie" od razu wyobraziłam sobie wilgotne podziemia, kupę szkieletów, zakurzone flasze na krew, zardzewiałe klatki i i
– A czemu w takim razie nikogo z nich nie widziałam? – spytałam ostrożnie, oczekując na odpowiedź z gatunku “Zaraz zobaczysz!", po której usłyszeniu natychmiast zostanę zaciągnięta i zamknięta razem z pozostałymi w niespełniającym norm sanitarnych grobowcu.
Kella się zauważalnie zmitygowała i nie tylko nigdzie mnie nie zawlokła, ale chyba sama zażyczyła sobie szybkiej zmiany miejsca pobytu.
– Oni… eee… Już ich nie ma w mieście. Ale bliżej granicy…
Do reszty zmieszała się i zamilkła. Pomyślałam, że nawet jeśli w Dogewie mieszkają jacyś ludzie, to tylko dlatego, że nie wpuszczono ich do ludzkich miast – strażnicy przy bramach mniej więcej trzymają się wytycznych w tej materii: “Żebraków i kretynów wywalać na kopach".
Przespacerowałam się do krzaka czeremchy. Wiedziałam!
– Był tu wilk – ogłosiłam zdecydowanym tonem, rozcierając pomiędzy palcami kawałek wilgotnej gliny wygrzebany z głębokiego śladu.
– Kto? – najeżyła się zielarka.
– Wilk, wilk. Taki biały, o czarującym pysku – sprecyzowałam. – Zna go pani?
Na twarzy wampirzycy pojawiły się ceglaste plamy.
– Nnie.
– A w ttakim razzie kkto? – nie chciałam jej drażnić, po prostu zupełnie machinalnie dostosowałam sposób mówienia do rozmówczyni.
– Nie twoja sprawa – nieuprzejmie ucięła Kella, zarzucając rzemień torby na ramię.
– Proszę nie uciekać od odpowiedzi!
– Ja uciekam z tego miejsca.
Po tym zdaniu zrobiła krok w bok i znikła, rozpłynąwszy się w powietrzu. Chyba się jej nie spodobałam. Gdy zasysa cię zmięta rzeczywistość, ty tego nie zauważasz, ale zdrowie psychiczne otoczenia może poważnie ucierpieć. Poeksperymentowałam, wsadzając rękę na głębokość łokcia do dziury przestrze
Skrzyp wozu, który wyjechał znikąd dokładnie za moimi plecami, spowodował, że podskoczyłam. Dwa konie, srokaty i gniady, dźwięcząc dzwoneczkami na uprzęży, spróbowały mnie wyminąć, zakręcając dyszel ku poboczu. Żelazne mocowania zaskrzypiały i woźnica, zakląwszy bez szczególnej złości w głosie, ściągnął lejce.
Konie zatrzymały się posłusznie. Srokaty potrząsnął łbem, odganiając natrętnego bąka.
– Dobrego dnia, młodziutka pa
– Ot, stoję sobie i rozmyślam.
– I wychodzi?
– A jakże! A pan jest poetą?
– Z całego serca, całe życie. Zlatują zawsze rymy do mnie – układam pięknie, należycie, a potem za nic nie przypomnę.
– Jak mam się stąd wydostać? Zabłądziłam i jestem zmęczona. Mógłby mi szanowny pan pomóc?
– Już zaraz. Ale powiedz raczej, czy nie spotkałaś tu brunetki, ubranej w barwy środka nocy? Od rana szukam tej kokietki…