Страница 9 из 52
– Tak. Nie. Jeszcze jedna sprawa. Masz szansę odkupić swoje winy – wyznaczam cię na strażnika bramy w wigilię Święta Plonów.
Niech bogowie będą dla mnie łaskawi!
Po powrocie do pokoju dalej w roztargnieniu podrzucałam na dłoni talizman i Welka natychmiast go zauważyła.
– Co to? Weź pokaż, nie bądź sknera! Prezent od chłopaka?
Niewyraźnie wzruszyłam ramionami, ale kamień oddałam.
– Awenturyn… Taniocha. – Pogardliwie skrzywił się Temar, łapiąc rzemyk z czerwonym kamieniem i po krótkich oględzinach rzucając w kierunku Enki.
– Sam jesteś taniocha! – oburzyła się Welka, strzelając go w ucho. – Że niby wiele rozumiesz! To jest prezent. I to od adoratora. Znaczy – bezce
– O, a tu jest coś napisane! – Chomiczek Enka wyciągnął z kieszeni szkło powiększające i zderzyliśmy się czołami nad talizmanem.
Kamyk-wisior oszlifowano w kształcie wilczego kła oprawionego u podstawy w srebrną nasadkę, co nadawało mu podobieństwo do zaostrzonego żołędzia. Zamiast ogonka było malutkie kółko, przez które zakładało się rzemyk.
I to właśnie nasadka przykuła uwagę Enki. Po srebrnej otoczce wił się delikatnie wygrawerowany napis – ciąg niezrozumiałych run podobnych jednocześnie do elfich i krasnoludzkich. Wydawało mi się, że część z nich już widziałam. W jaskini dogewskiej. Jedną przy wejściu, jeszcze parę – w heksagramie wiedźmiego kręgu. Ale ostatecznie jedną znajomą runę znaleźliśmy. „Śmierć".
– Niczego sobie prezent – zarechotał Temar. – Naprawdę życiowy.
– A może miał na myśli miłość aż do grobowej deski? – marzycielsko zasugerowała Welka, wznosząc oczy ku sufitowi.
– Też nieźle – zgodził się adept. – Starożytni mieli taki zwyczaj – chować żywą żonę razem ze zmarłym mężem.
– A żona nie miała nic przeciwko?
– Miała, ale nie na długo – złowieszczo mruknął Temar. – Teraz, Wolho, powi
– Temuś, a wierzysz w proroctwa? – spytałam, zakładając amulet na szyję.
– Zależy czyje.
– Powiedzmy, że Riony.
– O fiuuu! – zagwizdał Temar. – Na piątym roku przepowiedziała koniec świata, który nie nastąpił z przyczyn technicznych.
– Nie mów – zaprotestował Ważek. – Riona to zdolna dziewczyna. Profesor Bruws bardzo ją chwalił.
– A przy okazji – przypomniał sobie Enka. – Czego od ciebie chciał mistrz?
Poczułam, że koniecznie muszę usiąść.
– No cóż, moi drodzy, możecie mi pogratulować… To ja jestem tym ghyrem, który będzie pilnował szkolnej bramy w wigilię Święta Plonów.
– O nie! – jednym głosem jęknęli adepci.
Wykład 5. Okienko
Dokładnie z takim samym skutkiem mistrz mógł poprosić kota o popilnowanie bramy do psiarni. Gdy tylko nauczyciele odeszli, zostawiając mi wszystkie klucze, notes z uwagami i kryształ-detektor od płotu, Święto Plonów zaczęło się długo przed jego oficjalnym otwarciem.
Przyjaciółki adeptów i przyjaciele adeptek, alkohol i narkotyczny tytoń zaczęły wlewać się przez bramę jak wezbrana rzeka. Moich nieśmiałych protestów nikt nie traktował poważnie – smarkacze nie słuchali, rówieśnicy proponowali wypić z nimi bruderszaft, a adeptów starszych lat się bałam. W rezultacie mogłam tylko bezradnie obserwować ogarniający Szkołę chaos i kartkować brukową jarmarczną książeczkę o seryjnym mordercy znalezioną w szufladzie profesora ciecia. Ze stron po prostu lała się krew, a krzyków i bez tego było aż za dużo. – Szkoła tańczyła w miejscu, z sufitu sypał się tynk, który natychmiast wracał na miejsce, z okien leciały pęczki błyskawic, pod stropem krążyły nietoperze, a nachalne mrakobiesy trzeba było odganiać miotłą. Szkolny duch nie wytrzymał, zszedł ze strychu, przez parę minut pogawędził ze mną, narzekając na upadek obyczajów dzisiejszej młodzieży, a potem narzucił płaszcz i wyszedł na dwór – straszyć przechodniów.
O drugiej w nocy ciągnący przez bramę strumień wysechł z tej prostej przyczyny, że wszystko, co można było wnieść i wynieść, wniesiono i wyniesiono wcześniej. Zrobiło mi się nieco nieswojo w opustoszałym i pełnym ech holu, w związku z czym udałam się na zalecony przez mistrza obchód, próbując nie trafić na zakłócaczy spokoju. Nasz pokój był zamknięty, a na drzwiach wisiała tabliczka „Nie przeszkadzać". Z opóźnieniem przypomniałam sobie, że Welka, otrzymawszy uprzednio moją zgodę, za umiarkowaną opłatę wynajęła go jednej ze swoich koleżanek. Sądząc z odgłosów, koleżanka nie bawiła się samotnie.
Wróciłam za kontuar i ze wstrętem podniosłam otwartą i odwróconą stronami do dołu książkę. Ależ paskudna noc! Ani nie można pospać (pokój zajęty, a na dokładkę profesorowie mogą w każdej chwili wpaść), ani zająć czymś sensownym – biblioteka zablokowana, a powtarzać materiału z wykładów mi się nie chciało. Przyjaciele poleźli do lasu i wrócą nieprędko. Wnioskując z wyglądu indyka – dobrze, jeśli w ogóle wrócą.
Jakby tego wszystkiego było mało, zaczęła się burza. Deszcz bębnił w dach jak ziarna suszonego grochu. A ja właśnie miałam zamiar pójść i pogadać ze smokiem! Ale w tym celu trzeba by obejść Szkołę dookoła, tymczasem woda już ryczała pod drugim stopniem schodów, a pioruny wściekle uderzały w kryształową kulę na iglicy gmachu Alchemii. Ani jesie
Rozległo się pukanie. Takie zagadkowe, przenikliwe! Nie no… Nie mówcie mi, że w Szkole znalazł się chociażby jeden adept mający sumienie. Prychnęłam z goryczą, odłożyłam książkę i podeszłam do drzwi. Otwarły się z cichym skrzypieniem, wpuszczając do ciepłego przytulnego holu deszcz i wiatr.
W progu stał wampir. Woda strumieniami lała się po szerokim czarnym płaszczu. Spod kaptura drapieżnie błysnęły oczy i wampir powoli podniósł głowę. Kaptur opadł na ramiona. Strzeliła błyskawica, obrysowując złowieszczą sylwetkę białym płomieniem, wysrebrzając przyciśnięte diademem włosy i odbijając się w długich ostrych kłach.
– No to cześć! – powiedział wampir i wyciągnął do mnie zimne, mokre ręce.
– Len! – z zachwyconym piskiem zawisłam na jego szyi. Odkaszlnął i delikatnie objął mnie w talii.
Władca Dogewy zupełnie się nie zmienił. Nadal te same ironiczne i mądre oczy, jasne włosy do ramion, lekko krzywy i pogardliwy uśmieszek na cienkich wargach, wyleniała skórzana kurtka i złoty diadem ze szmaragdem. Ale widzieć go w holu Szkoły, w stolicy Belorii, można powiedzieć, że w sercu ludzkiej cywilizacji, gdzie nawet jak ktoś w wampiry wierzy, to bardzo ich nie lubi, było tak dziwne i niezwykłe, że nawet uszczypnęłam się w nogę, by wykluczyć nocny koszmar.
– Nie wyparuję, możesz nawet nie marzyć – uśmiechnął się Len. – Mogę zdjąć płaszcz? Przemókł na wylot, mimo gwarancji solidnej krasnoludzkiej firmy.
Zupełnie się nie zmienił. Cynik, wesołek i telepata.
– Będziesz się śmiać – kontynuował Len, potrząsając płaszczem i opryskując mnie drobnymi kroplami. – Ale się pomyliłem. To ja jestem przemoczony do nitki. A płaszcz, o dziwo, jest suchutki i od wewnątrz, i od zewnątrz. O nie, żadnych zaklęć. Znam cię. Sam wyschnę.
– Len, tak strasznie za tobą tęskniłam! – rzuciłam do kominka karmazynową iskrę, zapalając stosik brzozowych polan. Len przysunął do kraty ciężkie krzesło i usiadł tyłem naprzód, patrząc na mnie nad wysokim oparciem. Tak bardzo się odzwyczaiłam od tego dziwnego, przenikliwego spojrzenia, które cienką nicią łączy dusze… Tak dawno nie patrzyłam w te oczy, rozpływając się w nich bez reszty, należąc do nich, władając nimi…