Страница 7 из 52
Welka wydała z siebie długie, przeciągłe i oskarżycielskie westchnienie. Pozwolić sobie na Koszmarnie Kaloryczny Chleb i Koszmarnie Cholesterolowe Masło, popijając to Słodkim Kompotem mógł tylko samobójca. Welka miała bzika na punkcie diety. Jej wykłady na temat jedzenia wywoływały u mnie kolkę żołądkową. Nie ani chleba, ani słoniny, ani masła, ani orzechów, ani cukierków ani ciastek, ani niczego i
Wcale nie wydawało mi się, by Welka była tak niesamowicie gruba. Przeciwnie, miałam wrażenie, że jest całkiem kształtna, ale przyjaciółka nie dawała się przekonać. „Łatwo ci mówić, ty nie masz problemów z nadwagą…” – jęczała smętnie, co wieczór mierząc talię kawałkiem starego sznurka. Za „nadwagę” uważała wszystko, z wyjątkiem szkieletu.
Nie rozumiałam, jak można zazdrościć pomocy naukowej z gabinetu anatomii. Zachła
A najgorsze było dopiero przed nami. Jakiś drań opowiedział mojej przyjaciółce o diecie z gotowanej ryby słodkowodnej, po której Welka zamknęła się w łazience na trzy godziny i wyszła stamtąd zdecydowanie chudsza, bledsza i z czarnymi workami pod oczami. Była zachwycona, ale jednak nigdy nie zaryzykowała powtórzenia eksperymentu.
Oddając honory kurzej nodze, z roztargnieniem śledziłam, jak Welka przebiera i sortuje papiery tworzące chaotyczny stos na jej łóżku. Sesja przeleciała nad naszymi głowami jak huragan nad młodym lasem – ktoś się złamał i został skreślony, ktoś ugiął się i czekało go drugie podejście, ale większość przetrwała, stojąc prosto, i delektowała się krótką przerwą, odrzuciwszy byle dalej konspekty, które już zdążyły się dokumentnie znudzić.
Część papierów Welka spopielała w miejscu, część układała na biurku, coś odsuwała na bok, by przejrzeć w wolnej chwili. Gdy moją uwagę przykuło stłumione rzężenie, było już za późno. Zdążyła zapoznać się z moim ostatnim arcydziełem.
Od razu powiem, że nigdy nie cierpiałam na nadmiar zdolności plastycznych, a to właśnie płótno było tego wyraźnym potwierdzeniem. Od samego początku wiadomo było, że praca tej skali jest ponad moje siły, ale natchnienie spłynęło na mnie i uparcie żądało ujścia, pragnąc uwiecznić węglem moją walkę na śmierć i życie z dogewskim potworem. Z całego krajobrazu bezsprzecznie podobała mi się tylko fonta
– Wolha, obiecałaś, że już nie będziesz rysować! – z pretensją powiedziała Welka, niezdolna oderwać spojrzenia od arcydzieła.
Gazetka szkolna, której wykonanie powierzono mi dwa lata temu, wywołała niezwykłe zainteresowanie szerokiej widowni. Wiadomość o najnowszym numerze „Kuriera Nauk Czarodziejskich" (który do tej pory kurzył się przy drzwiach pokoju nauczycielskiego w dumnej samotności) obiegła Szkołę w jednej chwili. Numer poświęcony był Międzynarodowemu Świętu Czarodziejów i dedykowany mistrzom – założycielom Szkoły. Wbrew tradycji „KNC" odniósł niesamowity sukces. Każdy adept uznał za swój obowiązek zapoznać się z krótkimi biografiami, a oprócz nich z rysunkami przedstawiającymi portrety potężnych czarodziejów. Ci z nauczycieli, których honor ominął, wzdychali z ulgą i pozwalali sobie na krótkie, niepowstrzymane śmieszki przechodzące w grzmiący rechot. Pierwszy wykład się nie odbył – zachwyceni widzowie nie chcieli się rozejść, a tłum cały czas gęstniał. Przybiegł nawet mistrz. Ale jego podobizna, zamieszczona na pierwszej stronie, z jakiegoś powodu mu się nie spodobała. Zerwał owoc dwóch bezse
– Muzy w tym koszmarze nie wyczaisz nawet na odległość. Myślę, że nie powi
Od wykładu o higienie żywienia uratował mnie Ważek, który zmaterializował się na środku pokoju, trzymając w ramionach gigantycznego indyka koloru niebieskawoczarnego. Głowa ptaka bezwładnie bujała się na cienkiej, nagiej szyi.
– Mam zakąskę! – dumnie oznajmił chłopak.
– Gdzie żeś go ukradł? – srogo spytała Welka.
Ważek zaczął pleść trzy po trzy. W jego opowieści zza każdego rogu wyglądały smoki i wilkołaki, staruszki-kudłaki, cmentarz, truposze żywe i nie całkiem, walka na śmierć i życie, naturalistycznie oddane rzężenie, fascynująca pogoń Ważka za biesami i biesów za Ważkiem, królowie i rycerze, do szeregów których jakoby dołączył, otrzymując jako nagrodę dodatkową zdechłego indyka. W środku tej koszmarnej opowieści do pokoju wpadł Enka, wysoki kościsty chłopak. Posłuchał trochę, prychnął i wygodnie rozsiadł się na bujanym krześle. Czarny kot Mruczek, szkolna maskotka, złodziejsko wślizgnął się przez uchylone drzwi i wpakował Ence na kolana.
– W każdym razie ptaszka nie wskrzesimy – filozoficznie skonkludował Ważek. – Kto jest za tym, by zwrócić go prawowitemu właścicielowi? Kto się wstrzymuje? No właśnie. Macie, skubcie.
Ja i Welka wpiłyśmy się w indyka jak dwa mole. W powietrzu zaczęły krążyć pióra. Czarny kot przewrócił się na grzbiet i z uczuciem uderzał w nie uzbrojonymi w pazury łapami.
– Trzeba go oparzyć – poradził Ważek, kręcąc się dookoła nas, ale nie wnosząc swojego wkładu w naszą działalność. – Zagotować wody i oblać.
– Lepiej zamknij drzwi.
– Zaczaruję.
– W żadnym razie! Przyciągniesz niezdrową uwagę któregoś z profesorów. Podeprzyj szczotką.
Oskubany indyk zmniejszył się dwukrotnie i okazał się mieć niezdrowy niebieskawy kolor. Zrodziło się we mnie koszmarne podejrzenie, że jakaś dobra starowinka pozwoliła ptaszkowi umrzeć śmiercią naturalną, a potem wyrzuciła w pokrzywy, skąd zgarnął go Ważek.
– To nic, oblepimy go gliną i wsadzimy w ognisko, może się upiecze – niezbyt pewnym głosem pocieszyła nas Welka. I w zamyśleniu dodała: – Tym bardziej, że ja i tak jestem na diecie…
Pobliski zagajnik od dawien dawna został przez nas zajęty na sabaty, ku wielkiemu niezadowoleniu mieszkańców sąsiedniej wioski. Już kilkakrotnie próbowali przyłączyć się do naszej zgranej paczki – z pochodniami, wiązkami chrustu i tłustym kapłanem, który nosowym głosem wieszczył plebsowi otwarcie sezonu polowań na wiedźmy.