Страница 33 из 52
Len siedział w kucki koło ogniska i trzymał w wyciągniętych rękach moją kurtkę. Z podszewki unosiła się para.
– Powoli schnie – mruknął. – Przemokła na wylot, a tu jest wilgotno.
– To co, nie podrzucisz jakiegoś pomysłu?
– Musze pomyśleć. Pomieszaj kaszę, bo się przypali.
Za rzeką zgodnym głosem zawyły wilki. Poczułam dreszcze.
– Jak myślicie, mogą się przedostać na ten brzeg?
– Nie – stanowczo rzucił Wal, próbując posolonej kaszy. Pomlaskał i dodał: – Na tym brzegu i tak jest ich chyr wie ile.
– To co, ugotowała się w końcu?
– Próbujcie! – pozwolił troll, zdejmując kociołek z ognia.
Noc. Młodziutki księżyc. Miriady gwiazd, jak okruszki wygryzionego do wąskiej skórki księżyca. Kałuże zarastają cieniutkim lodem. Wyją wiatr i wilki. Trzaskają gałęzie w przygasającym ognisku.
– Wolho?
– Mmm?
– Śpisz?
– Jakbyś nie wiedział.
– Nie. Dlatego pytam.
– O, a to niespodzianka.
– To dobranoc.
Cisza. Zaczyna się lekki deszczyk, krople szeleszczą po igiełkach daszku i syczą na rozżarzonych węglach. Niebo zasnuwa się podartą koronką chmur.
– Len?
– Mmm?
– Naprawdę nie wiesz, o czym myślę?
– Hm. To prowokacja?
– Nie, zgadnij.
– Moim zdaniem chcesz przeprosić, ale nie wiesz, od czego zacząć.
– Jeszcze czego!
– Nie zgadłem?
– Nie!
– Skoro tak… – Len przekręcił się na drugi bok i naciągnął koc na głowę.
Cisza. Deszcz nie nasila się, ale i nie ustaje, kropelki miarowo stukają o dach. Ognisko mruga z wściekłością.
– Len?… Len!… Len!!! Ja tu się męczę, a on śpi!
– Jakby się dało spać przy tych twoich męczarniach… – burknął.
– Dobrze, przepraszam, wybacz mi.
– Za późno. Śpię.
– Hej, wy tam, uparte kozły. Ja leję na to, które z was ma twardszy łeb, ale jeżeli natychmiast nie stulicie pysków, to gorzko tego pożałujecie, słowo najemnika!
Wykład 12. Zajęcia Terenowe
Noce jesie
Przez dłuższą chwilę podziwiałam piękną beznamiętną twarz, nasłuchując ledwie słyszalnego oddechu. Złocisty kosmyk włosów uciekł spod diademu i na ukos przecinał wysokie czoło. Uwolniłam rękę i ostrożnie schowałam go za ucho. Wal, który przez całą noc chrapał i głośno się wiercił, nareszcie uspokoił się i przestał zagłuszać aksamitne basowe mruczenie Tyśki.
Len poruszył się we śnie, przekręcając głowę. Nie mogłam się powstrzymać i lekko dotknęłam wargami jego muskularnej szyi. Było w tym coś budzącego grozę – z premedytacją przymierzać się do gardła śpiącego wampira…
– Coś nie tak? – zapytał, nie otwierając oczu.
– Nie, wszystko w porządku.
– To czemu mnie obwąchujesz?
– Tak sobie. Próbuję dojść, czym wampirowi pachnie z ust – zdobyłam się na złośliwość.
– O. I czym? – wyraźnie zaciekawił się Len.
– Kaszą gryczaną – przyznałam nieśmiało. – Przypaloną…
– Następnym razem sama będziesz gotować – wtrącił się do rozmowy troll. – I chciałbym wiedzieć, co to za leszy siedzi na drzewie, pod którym ślini się nasza kicia?
– Gdzie? – podskoczyłam, zrzucając koc. Zimny wiatr nieprzyjemnie uderzył w gołe kolana. Troll ze śmiechem rzucił w moim kierunku spodnie, które zdążyły przez noc przeschnąć na kołku przy ognisku. Zapinając pasek i zawieszając miecz na plecach ze zdziwieniem stwierdziłam, że wczorajsza kąpiel nie odbiła się na moim zdrowiu. Mięśnie nie strzelały, głowa nie bolała, w gardle nie drapało, a ogólny nastrój można było ocenić jako „pełna energii".
Tyśka z radosnym mruczeniem rzuciła się do mnie, otarła o nogi, zatoczyła honorowe kółko i natychmiast wróciła na swoje stanowisko pod wysokim rozłożystym grabem. Za niewątpliwy plus tego drzewa uznać należy solidne, regularnie ułożone konary: gałąź po lewej – gałąź po prawej, w odległości łokcia. A do tego konary są mocne i przy samym pniu proste i gładkie. I bardzo wygodnie jest się po nich, jak po schodach, ewakuować przed poirytowaną mantykorą. Nic dziwnego, że nieproszeni goście wybrali ze wszystkich możliwości właśnie grab. Niechby spróbowali z rozpędu wpiąć się na sosnę masztową, kłujący rozłożysty świerk czy grubaśny wiekowy dąb!
Grab uparcie sprzeciwiał się destrukcyjnemu wpływowi jesieni, liście na nim zbrązowiały i poskręcały się, ale nie spieszyły się ze zlatywaniem. Dlatego też jedyną widoczną z mojej pozycji częścią wspinaczy były solidnych rozmiarów buty na grubych podeszwach, ze srebrzystymi okuciami i niedbale zawiązanymi sznurowadłami.
– No to zaczynamy – powiedziałam, strzelając kostkami palców. – Tyśka, psik!
Wiatr zawył, liście rozwiało na boki i zobaczyliśmy dwa niezwykłe ptaszki, siedzące na nagich gałęziach. Ten wyżej na oko miał co najmniej osiemdziesiąt lat. Siwa broda powiewała na wietrze jak flaga tonącego okrętu. Długa luźna szata i zagięta laska zdradzały przynależność do braci magicznej. Towarzystwa dotrzymywał mu wyrostek w przepasanej sznurem chłopskiej koszuli. Jego spodnie składały się z pstrokatych łatek, a buty połyskiwały od wosku.
– Moje buty! – zakrzyknął troll, rzucając się w kierunku grabu. – Już mi ściągaj cudzą własność, złodzieju jeden!
– Wypchaj się! – bez cienia szacunku krzyknął chłopak. – Spadaj, najemniku, póki mój mistrz nie zmienił cię we wstrętną pluskwę!
Staruszek skrzywił się z niezadowoleniem i pociągnął ucznia za łokieć.
Wal barwnie wyjaśnił, gdzie chłopak może wsadzić swojego mistrza, wstrętną pluskwę, a przy okazji jeszcze ważącego pół puda buraka cukrowego. Chłopak zademonstrował trollowi solidną figę.
„Zielarz” – pomyślałam. Mag praktyk jednym palcem poradziłby sobie nie tylko z najemnikiem, ale i z mantykorą. A magia zielarzy, z rzadkimi wyjątkami, nie sięgała dalej niż eliksiry, prościutka telekineza i nieszkodliwe iluzje.
Tymczasem troll wkurzył się nie na żarty i postanowił wspiąć się na grab. Chłopak z kolei zaczął z niego złazić. Rozdrażniony noclegiem pod gołym niebem uczeń maga był nastawiony dosyć radykalnie.
– Hej, hej, czekajcie no! – wtrąciłam się, łapiąc trolla za nogę. – Wal, złaź! Młody człowieku, niech pan pomoże swojemu mistrzowi. Tyśka, psik powiedziałam! Proszę się nie bać, ona jest oswojona. Len, weź ty ją w końcu zawołaj! Ostrożnie, tu jest jeszcze jedna gałąź!
Nie udało mi się powstrzymać trolla, ale za to wprost w moje ramiona spadł zielarz, który poślizgnął się na ostatniej gałęzi. Słysząc odgłos naszego wspólnego upadku, Wal odłożył zemstę na lepszą okazję i zeskoczył na ziemię.
– Bakałarz zielarstwa, jeśli się nie mylę? – stłumionym głosem odezwałam się zza pleców staruszka.
– Zgadła pani, młoda damo. – Staruszek ze stękaniem i pomocą trolla podniósł się na nogi i szarmancko wyciągnął do mnie rękę. – A chyba i pani kroczy ścieżką magii? I jak długo pani już praktykuje?
– Dopiero się uczę. Tu jest mój znak.
– Wolha Redna – śpiewnie przeczytał zielarz. – No to miło mi panią poznać, koleżanko. Jaką katedrę wybrała pani dla doskonalenia swoich umiejętności – zielarzy, pytii, alchemików?
– Praktyków – przyznałam skromnie.
– Powinienem się domyślić – mruknął bakałarz, oglądając głownię wiszącego za moimi plecami miecza.
– Ale czemu nie wołał pan o pomoc? – spytałam ze zdziwieniem. Tyśka leżała na kocu przy nogach Lena.
Wampir prawą ręką przytrzymywał mantykorę za obrożę, a lewą drapał za uchem. Kicia omdlewała z zachwytu, lekko poruszając ogonem.
– Było ciemno i was nie zauważyliśmy. A poza tym bardzo trudno jest się na czymkolwiek skupić, kiedy taki kiciuś mruczy pod drzewem.
– Ależ co pan mówi, Tyśka jest zupełnie oswojona. Chcieliśmy ją panu podarować zamiast psa.