Страница 40 из 49
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY DRUGI
Taca z jedzeniem, którą zostawił na stoliku przy łóżku, wzbudzała w Joan obrzydzenie. Nie mogła jeść. Niczego by nie przełknęła. Nie wiedziała, co dodawał do jedzenia i co sprawiało, że czuła, jakby ktoś ciął jej wnętrzności ostrym nożem. Nie przywiązywał jej już skórzanymi pętami, bo nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie opuścić łóżka. Całymi godzinami, jak jej się zdawało, leżała skulona w pozycji embrionalnej i z rozpaczliwą determinacją próbowała pokonać ból.
Już nawet nie starała się przekonać So
W takich chwilach So
Właśnie prezentował zawartość dużego słoja z białą pokrywką. Nie chciała spojrzeć z bliska, nie pozwoliła swoim oczom przykleić się do czegoś, co wyglądało jak brudnożółta kula tłuszczu.
– To sprawiło mi niespodziankę – mówił So
Wstał i postawił słój na jednej z górnych półek. Joan miała nadzieję, że pokaz dobiegł końca. Ale So
– To mój najnowszy nabytek. – Pokręcił słoikiem przed nosem Joan. Potem chwycił mocno naczynie i przysunął je tak blisko jej twarzy, że chcąc nie chcąc, rozpoznała pływające w środku dwie jasnoniebieskie gałki oczne. – Zadziwiające, że nic nie widziały bez bardzo grubych szkieł, prawda?
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY TRZECI
Minęła północ. Z furią rzucił mopa do kąta i wpadł w jeszcze większą wściekłość, ponieważ przy okazji lawinowo poprzewracały się narzędzia ogrodnicze. Opróżnił wiadro do kanału w podłodze, wstrzymując oddech, gdy polewał wodą wymiociny, żółte śluzowate kawałki, tak dobrze znane mu z dzieciństwa, z metalowego pojemnika, który zawsze stał przy jego łóżku. Miał już dość tych jej nieustających wymiotów.
A przecież sam to zaplanował. Tak, chciał, żeby wymiotowała. Chciał jej pokazać, że ma nad nią władzę. Pragnął tego, a równocześnie czuł odrazę. Szkoda, że nie kazał jej po sobie posprzątać, tak jak jego matka, która zmuszała go, by sprzątał swoje brudy, skoro już napaskudził.
Powinien też czuć się silny i pewny siebie, zwłaszcza teraz, gdy miał już tę ostatnią zdobycz. Tymczasem żołądek nie przestawał go boleć, mimo że wypił naraz co najmniej pół butelki kredowego paskudztwa. Tak zwana medycyna obiecywała, że zapobiegnie mdłościom. Już nie może na nią liczyć. Dlaczego mu nie pomaga? Dlaczego wszystko i wszyscy zmówili się przeciw niemu?
Pragnął, żeby Joan Begley zobaczyła i zrozumiała, jaką potężną władzę nad nią posiada. Żeby była słaba i bezbro
Nienawidzi, nienawidzi, nienawidzi!
Chwycił tasak rzeźniczy ze stołu i wbił w drewniany blat. Potem znów rzucił ostrzem w drewno. I jeszcze raz. I jeszcze, i jeszcze.
Odłożył tasak. Drewniany stół miał mnóstwo cięć i rys, otwartych ran, które zadał mu w czasie napadów złości. To był stół do pracy ojca i do dnia jego śmierci pozostał w idealnym stanie. Ale potem on przejął ce
Obrócił się i oparł plecami o stół, chłonął widoki i zapachy magicznego miejsca. Zapachy, które tak bardzo lubił: świeżych trocin, opiłków żelaza i benzyny – związane z kryjówką ojca – zostały, niestety, zastąpione przez zapachy jego kryjówki: zakrzepłej krwi, gnijących kawałków ciała, formaldehydu, amoniaku, a teraz jeszcze wymiocin. Jedyną wonią z tej listy, która mu przeszkadzała, była odrażający smród wymiocin.
Podziwiał ojcowską kolekcję narzędzi, które wisiały na ścianie w równych rzędach na kołkach i hakach. Dodał do nich haki na mięso, noże do kości i rzeźnicze tasaki, które wisiały obok kluczy francuskich, łomów i pił do metalu. Poza tym zostawił ścianę z narzędziami w takim stanie, w jakim była za życia ojca, oddając hołd jego godnej podziwu pedanterii, czyszcząc i odwieszając narzędzia po każdym użyciu. Z równą pieczołowitością przechował imadła przymocowane do stołu, a także piłę do kości i ogromną rolkę białego grubego papieru w urządzeniu z metalowym ostrzem, tak ostrym, że przecinało papier przy najlżejszym dotknięciu.
W rogu pomieszczenia stała stara zdezelowana zamrażarka, szare rysy na emalii wyglądały jak szramy, a niski szum przypominał mruczenie kota. Zamrażarka także należała do ojca, który trzymał w niej najlepsze kawałki mięsa oraz pstrągi czy okonie złowione podczas rzadkich wypraw na ryby. Po śmierci ojca zamrażarka służyła So
Półki na przeciwległej ścianie dorobił sam. Ustawił na nich fiolki i flakony, słoje kamionkowe i szklane słoiki po dżemach, gliniane garnki, szklane rurki, plastikowe pojemniki, butelki z szerokim otworem i akwaria. Wszystkie były nieskazitelnie czyste i czekały, aż zapełni je swoimi trofeami. Nawet tanie, kupione w sklepie słoiki po piklach błyszczały czystością, nie widać było choćby śladu naklejki.
Najbardziej dumny był z górnej półki, na której umieścił kolekcję swoich narzędzi: lśniące skalpele, noże i ostrza, szczypce, sondy i próbniki z nierdzewnej stali oraz rozmaitych kształtów i rozmiarów miski. Większość z nich ukradł z pracy, wynosił je pojedynczo, by nikt nie zauważył, że nagle jest ich mniej.
Tak, ten warsztat napawał go dumą. Tutaj czuł, że ma władzę. I choć zapach wymiocin wywracał mu żołądek, tutaj nigdy nie wymiotował. To w tym miejscu pozbawiał i