Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 77

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY

– Nie wiesz przecież, czy to ten sam Joseph Everett – mówił Tully, stając w drzwiach i patrząc, jak O’Dell stuka palcami po klawiaturze komputera.

– Nie spodziewam się, żeby na terenie Wirginii działało dwóch wielebnych Josephów Everettów – odparła, nie odwracając wzroku.

Tully, usłyszawszy niepokój w jej głosie, pomyślał: „znowu się zacznie”.

Za każdym razem, gdy w głosie O’Dell pojawiał się ten ton, a w oczach to szczególne spojrzenie, jakby miała jakąś specjalną osobistą misję do spełnienia, zaczynał się denerwować. Ostatnim razem, kiedy to się zdarzyło, oboje skończyli w płonącym budynku. Wprawdzie O’Dell uratowała mu wtedy życie, ale najpierw dostał kulkę w udo.

Zaraz się jednak nieco uspokoił, bo prawdopodobnie zbliżali się do konkretnych odpowiedzi, co dobrze wróżyło na najbliższą przyszłość. Może tym razem obejdzie się bez szaleńczych, niemal samobójczych akcji? Pomyślał też z czułą satysfakcją o Emmie, która tak dzielnie poradziła sobie rano. O’Dell miała rację, jego córka jest odważną i mądrą dziewczynką. Zanim agentka LaPlatz zaoferowała się, że odwiezie Emmę do domu, Tully wprawił swoją dzielną córkę w zażenowanie uściskiem i słowami wyrażającymi ojcowską dumę.

Patrzył teraz, jak O’Dell otwiera na ekranie jakiś dokument i zaczyna go przeglądać. Przeniósł wzrok na doktor Patterson, która siedziała na fotelu. Maggie upchnęła ten mebel w maleńkim pokoju, a Tully kilka razy zastał ją, jak zwinięta w kłębek spała na nim. Wszystkie pokoje Wydziału Pomocniczego były ciasne, ale w pokoju O’Dell wykorzystany został każdy centymetr przestrzeni. Półki od podłogi do sufitu, małe schowki, w których trzymała stosy dokumentów, zamiast zaśmiecać nimi krzesła i podłogę, tak więc jej biuro wyglądało przytulnie i nie było ponad wszelką miarę przeładowane. Przeciwnie niż jego służbowy pokój, który przypominał magazyn maniakalnego archiwisty, i tylko wąskie kręte ścieżki prowadziły do biurka.

Doktor Patterson zdjęła buty na obcasach. Tully przyglądał się, jak Gwen siada na podkulonych nogach, przy okazji podciągając spódnicę. Miała świetne nogi. Szczupłe w kostkach, mocne, gładkie uda. Jezu drogi! Co z nim jest? Odwrócił wzrok, jakby przyłapano go na zdrożnym podglądactwie.

Gwen Patterson zazwyczaj okropnie go wkurzała. Odnosił wrażenie, że w niczym się nie zgadzają. Kiedy poprzednio pracował razem z O’Dell, wpadli na chwilę do wielkiego domu Maggie w Newburgh Heigths, gdzie doktor Patterson pilnowała psa O’Dell. Postanowili zamówić coś do jedzenia. Jeśli go pamięć nie zawodzi, pokłócił się z Patterson, czy zamówić chińszczyznę, czy pizzę. Wywiązała się ostra dyskusja o wartościach odżywczych różnych potraw. Oczywiście Patterson przemawiała z pozycji eksperta, co zawsze czynią tak zwani smakosze. Zirytowała go jak diabli. Co nie znaczy, że teraz nie doceniał jej świetnych nóg. Może przez to całe wspominanie Caroline w czasie weekendu nakierował się na… O’Dell przerwała mu jego rozproszone myśli.

– Mam coś. Dokument sądowy z 1972 roku. To prawie trzydzieści lat temu. Everett miał wtedy około dwudziestki.

– Nie wiemy jeszcze, czy jest w to zamieszany.

– Cu

O’Dell siedziała do nich plecami, czytając z ekranu, natomiast doktor Patterson przebywała gdzieś daleko, relaksująco masując skronie i poruszając ramionami. Na Tully’ego działała jak płachta na byka. W końcu poddał się i podszedł do O’Dell.

– Wycieczka do Bostonu niewiele przyniesie – stwierdził. – Chłopak nie chciał mówić już w tamtym domu, a był wtedy śmiertelnie przerażony. Nie wyobrażam sobie, żeby nagle zaczął sypać, kiedy ma ciepłe miejsce do spania i trzy posiłki dzie

– Dlaczego sądzi pan, że podejrzany zaczyna mówić wyłącznie ze strachu? – odezwała się Patterson, nie przerywając masowania skroni.

Teraz, stojąc poza zasięgiem jej wzroku, Tully mógł zerknąć bezpiecznie na lśniące, rudawoblond włosy. Była naprawdę atrakcyjną kobietą. Nagle podniosła na niego wzrok.

– No jak, czemu pan uważa, że tylko strach motywuje ludzi do mówienia?

– W tej grupie wiekowej strach działa najskuteczniej.

O’Dell zerknęła przez ramię.

– Gwen, zdaje się, że wczoraj właśnie tak mi mówiłaś.

– Niezupełnie. Strach zazwyczaj powoduje, że przestają widzieć i

– Niekoniecznie – włączył się Tully, zdając sobie sprawę, że zaczyna bronić swojego stanowiska. Dlaczego ona mu to robi? Zazwyczaj tak się nie zachowywał, nie szedł na udry. Ale teraz Patterson i O’Dell czekały na jego wyjaśnienia.

– Pani zdaniem fakt, że chłopak wypluł kapsułkę, może świadczyć o tym, że chciał zostać przy życiu i walczyć. Ale może też zwyczajnie bał się śmierci. Czy to wykluczone?

– Osoba, która przekonała tych chłopców do połknięcia trucizny, musiała ich wcześniej absolutnie przekonać, że będą torturowani, a potem zostaną zabici, jeśli dadzą się wziąć żywcem. – Doktor Patterson skończyła seans relaksacyjny, wyprostowała już nawet nogi. – Ten chłopak z nadzieją czeka teraz na nagrodę w niebie.

– Naprawdę? I mówi to pani, nie zamieniwszy z nim jeszcze ani słowa?

– No dobra, już. – O’Dell uniosła ręce niczym kapłanka pokoju. – Przestańcie, nie jesteście na ringu. Może powi

– Ty musisz porozmawiać z matką – odparła Gwen, nie spuszczając wzroku z Tully’ego, jakby przygotowywała kolejną ofensywę.

– To mi obiecajcie, że się nie pozabijacie. – O’Dell uśmiechnęła się.

– Na pewno nic nam nie będzie – zapewniła Gwen, oddając jej uśmiech.

Maggie twardo czekała na potwierdzenie Tully’ego.

– Nic nam nie będzie – powtórzył, pragnąc jak najszybciej zmienić temat, ponieważ nawet jeśli Patterson zmusiła go do przyjęcia postawy obro

– Nie mam zielonego pojęcia, czy to ten sam Joseph Everett, ale to się może zgadzać. Facet w wieku dwudziestu lat w Arlington, w stanie Wirginia, został oskarżony o gwałt na dziewiętnastoletniej studentce drugiego roku dzie

W tym momencie zadzwonił telefon. Maggie sięgnęła po słuchawkę.

– O’Dell, słucham.

Tully udawał, że czyta z ekranu, byle nie zwracać uwagi na Patterson z podciągniętą spódnicą.

– Na jakiej podstawie tak myślisz? – spytała O’Dell, po czym zamilkła, jednak rozmówca nie miał wiele wyjaśnień do zaoferowania. – Okej, zaraz będę.

Odłożyła słuchawkę.

– To Racine – oznajmiła, przekręcając krzesło w stronę komputera. – Wydrukuję to – powiedziała do Tully’ego, klikając ikonę. – Wydaje jej się, że ma coś, co powi

Położyła akcent na „wydaje jej się”, i mówiła z takim przekąsem, że Tully znów zapytał:

– Co jest z wami?

– Mówiłam ci już. Nie ufam jej.

– Nie. Mówiłaś, że jej nie lubisz.

– Na jedno wychodzi – powiedziała, zabierając z drukarki dwie kopie i podając jedną Tully’emu, a drugą składając dla siebie. – Mógłbyś przed wyjściem sprawdzić, czy to ten sam Everett?

– Jasne. Jeśli był oskarżony o gwałt, nie powinienem mieć z tym kłopotu.

– Niestety nic więcej nie mamy. – Uniosła swoją kopię. – Nie ma i