Страница 23 из 77
Przystanęła przy wielkiej, wykonanej z brązu podobiźnie Roosevelta. Sprawdziła rozmieszczenie reflektorów punktowych wokół rzeźby, zastanawiając się, jak daleko sięga ich światło. Kiedy zacznie się ściemniać, powi
– Ten mały pies nazywa się Fala.
Wzdrygnęła się. Obok niej stał mężczyzna z aparatem fotograficznym powieszonym na szyi.
– Słucham?
– Prawie nikt tego nie wie, ten pies był ulubieńcem Roosevelta.
– Muzeum zostało zamknięte dziś rano – powiedziała, i natychmiast zobaczyła złość na twarzy mężczyzny.
– Nie jestem jakimś pieprzonym turystą, tylko dokumentuję miejsce zbrodni. Proszę spytać Racine.
– Okej, nie wiedziałam.
Miał wybuchowy temperament i wcale się z tym nie krył. Od razu reagował, jak coś było mu nie na rękę. Maggie przyglądała się jego zarostowi i zmierzwionym włosom, wytartym na kolanach dżinsom i czubkom błyszczących, drogich kowbojskich butów. Mógłby uchodzić za turystę czy podstarzałego studenta college’u.
– No i widzisz, potrafię oceniać ludzi w tempie migawki. I właśnie się zastanawiam, co tu robi taka laska jak ty. Myślałem, że Racine nie lubi konkurencji. – Teraz on wpatrywał się w nią, obejmując ją wzrokiem.
– To nowy zwyczaj w policji. Lubimy mieć co najmniej jedno wsparcie.
– Proszę?
– Jestem wspierającą laską.
Uśmiechnął się, choć był to raczej uśmieszek niż uśmiech, a jego oczy powędrowały raz jeszcze tą samą drogą.
– To tak jak z fotografami – ciągnęła. – Każdy posterunek policji musi mieć półkę rezerwowych. Wie pan, jak to jest. – To „pan” wypowiedziała z szacunkiem, zbyt wielkim szacunkiem. – Na przykład trzeba mieć jakiegoś bezrobotnego reportera na gwizdek, którego się przyzywa, kiedy profesjonalny fotograf nawalił.
Spojrzał jej w oczy, tym razem znów wściekły. Taki z niego policyjny fotograf jak z niej policyjna laska. Co sobie myśli ta Racine, do diabła? A może tu tkwi problem? Racine, jak zwykle, nie myśli.
– Mam dość takiego traktowania! – krzyknął, wymachując rękami, jakby chciał jej pokazać, ile musiał znieść. – Robię wam, dupki, przysługę, i co dostaję w zamian? Po chuja mi to gówno. Spływam stąd.
Nie czekał na odpowiedź. Zakręcił się na obcasach wypucowanych butów i wymaszerował dumnym krokiem, który przekonał Maggie, że facet miał coś obiecane za zerwanie się z łóżka. Nie wiedziała tylko co. Może Racine coś mu przyrzekła, jakieś „małe coś za coś”. Ta kobieta opanowała to z prawdziwą maestrią. Maggie dobrze pamiętała ich ostatnią wspólną pracę. Wspomnienie tego niesmacznego doświadczenia było zbyt świeże, żeby się go pozbyć. Niewiele brakowało, by została wplątana w owo „małe coś za coś” Julii Racine.
– O’Dell! – zawołał ktoś z góry. Agent Tully przechylał się przez występ skalny. – Chcę, żebyś zobaczyła ciało, zanim je zapakują.
– Którędy najlepiej?
– Za czwartą galerią są toalety. Obejdź je, a potem się cofnij. – Wskazywał jakieś miejsce, którego nie widziała, było bowiem za dużo granitowych ścian. Znalazła drogę, idąc wzdłuż kolejnego muru i wodospadu, potem wspięła się ścieżką, która wyglądała na całkiem nową.
Czekali już na nią, trzymając się w pewnej odległości od ciała, choć Stan Wenhoff niecierpliwił się, żeby zająć się swoją robotą. Zespół laboratorium pakował już swoje zdobycze w plastikowe worki. Maggie rozumiała ich pośpiech, choć dopiero po chwili rozległ się cichy grzmot.
Dziewczyna siedziała wsparta o drzewo, plecami do występu skalnego. Jej głowa zwisała, odkrywając głębokie rany z jednej strony szyi. Mimo brudnożółtej masy w kąciku jednego oka, zdawało się, że patrzy. Nie podchodząc bliżej, Maggie wiedziała, że w oku dziewczyny zagnieździły się już robaki. Nogi miała wyciągnięte przed siebie w rozkroku. Czarne muchy o lśniących grzbietach wzięły już w posiadanie jej nozdrza i krocze.
Dziewczyna miała na sobie tylko biustonosz, wciąż zapięty, ale podciągnięty w górę, pod nim widniały jej drobne białe piersi. Kawałek szarej klejącej taśmy zaklejał jej usta. Krótkie czarne potargane włosy zaśmiecone były wyschniętymi liśćmi i sosnowymi igłami. Koszmarny widok, choć złożone razem dłonie denatki leżały spokojnie na kolanach, tuż pod gniazdem much. Ten gest nasunął Maggie myśl o modlitwie. Czyżby coś znaczył?
– Nie mamy wiele czasu, agentko O’Dell. – Stan jako pierwszy wyraził swoje zniecierpliwienie.
Biedny Stan. Kolejne pora
Tully stał obok niej, pokazując coś na ziemi.
– Są tu jakieś dziwne, okrągłe ślady.
Nie zobaczyła ich od razu. Wyglądało to, jakby coś upadło, choć nie mogło to być nic ciężkiego. Ot, ślady ledwie odciśnięte na powierzchni.
– Kojarzy ci się z czymś? – spytał.
– Nie, a powi
– Chyba tak, ale nie wiem z czym.
– Tully jest dzisiaj w potwornie ponurym nastroju. – Julia Racine podeszła z drugiej strony Maggie. Z rękami wspartymi na biodrach uśmiechnęła się do niej. – Już dopatruje się seryjnego mordercy.
Maggie rzuciła raz jeszcze wzrokiem na ślady, podniosła się i zerknęła na ciało dziewczyny, po czym przeniosła spojrzenie na Racine.
– Wydaje mi się, że agent Tully ma rację. Sądząc po tym, co tu widzę, powiedziałabym, że ten dopiero zaczyna. Początkujący seryjny morderca.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
– Moim zdaniem to gwałt, tylko gwałciciel posunął się za daleko.
Tully zmrużył oczy na słowa Racine, ale wiedział, że nie musi oponować. Należało spokojnie poczekać, aż zrobi to O’Dell.
– Skoro tak myślisz, to po co wezwano tu agenta Tully’ego i mnie? Żebyśmy sobie popatrzyli?
– Nie mam zielonego pojęcia. – Racine wzruszyła ramionami i podniosła kołnierz swojej kurtki, kiedy odezwało się echo kolejnego grzmotu. – To teren federalny.
– Więc powi
Tully podniósł wzrok na kłębiące się burzowe chmury. O’Dell miała rację. Obydwoje specjalizują się w analizie kryminalnej, przygotowują portrety psychologiczne, zwłaszcza seryjnych morderców i wielokrotnych przestępców. To nie detektyw Racine, to ktoś i
– Tu miała miejsce przepychanka. – Racine, pragnąc udowodnić swoją teorię, wskazała na zgniecione, wdeptane w ziemię liście. Ludzie z laboratorium poświęcili sporo czasu na zebranie materiału z tego właśnie miejsca.
– Nie widzę śladów walki. – O’Dell przykucnęła na skraju strefy i przyglądała się, niczego nie dotykając. – Ktoś tu leżał, to pewne. Może nawet się turlał. Trawa i liście są zgniecione. Ale nie widać powyrywanej trawy, śladów obcasów ani naruszonej ziemi, a takie rzeczy pozostawia po sobie zwykłe walka, o której mówisz.
Detektyw Racine warknęła pod nosem, a Tully natychmiast pomyślał, że to bardzo nieeleganckie. Obchodziły się jak walczące koguty, niczym dwóch facetów, którzy założyli się, który z nich nasika dalej.
– Słuchaj, O’Dell, wiem co nieco, jak wygląda miejsce, gdzie dokonano gwałtu. – Racine powiedziała to głosem świadczącym o tym, że jej cierpliwość się kończy. – Zostawiając dziewczynę w tej pozycji, facet chciał ją dodatkowo poniżyć.
– O, doprawdy?
Tully odwrócił się. O Jezu! Zaczyna się. Rozpoznał ten sarkazm, bo sam kilka razy padł jego ofiarą.
– A nie przyszło ci do głowy, że ten łajdak zostawił ją tak, żeby coś tu zmienić? – spytała z kolei O’Dell.