Страница 28 из 37
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Pięciu ludzi ciągnęło sanie, podobnie jak na początku wyprawy. Trzy osoby biegły obok sani lub za nimi, dokładnie jak w dniu, gdy Gore opuścił statek. Wydawało się więc, że nie ma powodów do niepokoju.
A jednak…
Jedna z biegnących postaci nie przypominała człowieka. Widziana z odległości ponad mili, między lodowymi formacjami, które wyrosły w miejscu spokojnej powierzchni morza, wyglądała jak małe, przysadziste, futrzane zwierzę.
Co gorsza, sir John nie mógł dopatrzyć się wysokiej sylwetki Grahama Gore’a ani czerwonego szala, którym zawsze ten owijał głowę. Wszystkie postaci biegnące za saniami lub ciągnące je – choć z pewnością porucznik nie ciągnąłby sań, mając do dyspozycji zdrowych podwładnych – wydawały się zbyt niskie, zbyt przygarbione, zbyt pospolite.
Równie niepokojący był fakt, że sanie wydawały się zdecydowanie za ciężko wypakowane – choć zapasy obejmowały racje żywnościowe na dodatkowy tydzień, wyprawa trwała już trzy dni dłużej, niż planowano. Przez chwilę sir John łudził się nadzieją, że marynarze zabili karibu lub jakieś i
Na saniach nie leżało mięso karibu, lecz dwa ludzkie ciała, rzucone niedbale jedno na drugie i obwiązane linami w sposób, który mógł oznaczać tylko jedno – śmierć. Sir John widział już wyraźnie dwie odsłonięte głowy, ułożone po przeciwległych końca sań. Jedna z nich okolona była grzywą białych włosów, jakich nie miał żaden człowiek na pokładzie obu statków.
Marynarze mocowali już na burcie Erebusa drabinkę sznurową, po której miał zejść na lód ich tęgi komandor. Sir John udał się jeszcze pod pokład, by przypiąć szpadę. Później, zarzuciwszy warstwę ciepłych ubrań na mundur, medale i szpadę, wyszedł na pokład i przeszedł przez burtę – sapiąc przy tym ciężko i korzystając z pomocy swego stewarda – by wreszcie stanąć na lodzie i przywitać ludzi zbliżających się do jego statku.
10
69°37‘42” szerokości geograficznej północnej, 98°41’ długości geograficznej zachodniej. Ziemia Króla Williama, 24 maja – 3 czerwca, 1847.
Doktor Harry D.S. Goodsir przyłączył się do wyprawy porucznika Gore’a między i
Pierwszego dnia, pomimo cichych protestów porucznika Gore’a i pana Des Voeux, Goodsir zabrał się do ciągnięcia sań, zajmując w zaprzęgu miejsce jednego z pięciu wyznaczonych do tej pracy marynarzy, który mógł dzięki temu odpocząć.
Mały lekarz nie dawał sobie rady. Uprząż ze skóry i bawełny, sporządzona przez żaglomistrzów i intendentów i połączona zmyślnie z linami sań za pomocą węzła, który żeglarze potrafili zawiązać i rozwiązać w sekundę, a który dla Goodsira pozostawał niezgłębioną tajemnicą, była za duża na jego wąskie ramiona i zapadniętą klatkę piersiową. Nawet po skróceniu przedniego pasa do minimum uprząż mu się ześlizgiwała. On sam z kolei ślizgał się po lodzie i upadał raz za razem, przez co pozostali członkowie zaprzęgu musieli się co chwila zatrzymywać. Doktor Goodsir nie nosił też nigdy wcześniej butów nabijanych gwoździami, potykał się więc nieusta
Niewiele widział przez okulary ochro
Po godzinie tego absurdalnego spektaklu, którego uczestnikami, prócz samego Goodsira, byli Bobby Ferrier, Tommy Hartnell, John Morfin i szeregowiec piechoty morskiej Bill Pilkington maszerujący wraz z nim w zaprzęgu – wszyscy czterej znosili tę mękę w milczeniu, pomagali mu wstać i otrzepywali go ze śniegu, wymieniając tylko porozumiewawcze spojrzenia – oraz zwolniony przezeń Charles Best, idący obok sań, doktor przyjął ofertę Besta i podczas jednej z krótkich przerw zamienił się z nim miejscami, pozwalając, by prawdziwi mężczyźni ciągnęli ciężki pojazd o drewnianych płozach, które podczas najkrótszej nawet chwili bezruchu przymarzały do lodu.
Goodsir był wyczerpany. Nie minął jeszcze ranek pierwszego dnia na lodzie, a on był już tak zmęczony godzi
A wszystko to działo się, nim doszli do pierwszego prawdziwego wału.
Pośród wałów otaczających oba okręty te położone na południowym wschodzie wydawały się najniższe, zupełnie jakby zamknięty w lodzie Terror zostawił za sobą pas gładszego lodu. Jednak już późnym popołudniem pierwszego dnia na ich drodze stanęły prawdziwe wały lodowe. Były znacznie wyższe od tych, które oddzieliły od siebie oba statki w czasie zimy, jakby siły działające na lód były tym większe, im bliżej znajdował się stały ląd.
Trzy pierwsze wały pokonali w podobny sposób – Gore prowadził ich na południowy zachód, dopóki nie znaleźli jakiegoś obniżenia terenu, miejsca, w którym mogli przekroczyć wzniesienie przy stosunkowo niewielkim nakładzie sił. Było to rozwiązanie czasochło
Każdy postój, który trwał dłużej niż kilka minut, oznaczał, że jeden z marynarzy – zazwyczaj młody Hartnell – musiał wyjąć ze stara
Obarczone ciężkim ładunkiem sanie nie sunęły po lodzie z taką łatwością jak sanki, które Goodsir pamiętał z czasów dzieciństwa. Już podczas pierwszych wypadów na pak, niemal dwa lata wcześniej, przekonał się, że nawet w zwykłych butach nie da się po nim ślizgać tak, jak po zamarzniętej rzece lub jeziorze. Jakaś właściwość lodu morskiego – zapewne wysoka zawartość soli – zwiększała jego siłę tarcia, zmniejszając tym samym poślizg przesuwanych po nim przedmiotów praktycznie do zera. Było to tylko niewielkie rozczarowanie dla dorosłego mężczyzny, który chciał się poślizgać po lodzie niczym mały chłopiec, jednak dla tych, którzy musieli ciągnąć lub pchać setki funtów sprzętu i zapasów ułożonych na saniach, oznaczało to ogromny wysiłek. Równie dobrze mogliby ciągnąć tysiącfuntowy ciężar po szorstkim skalnym podłożu. To samo porównanie mogliby też odnieść do wałów lodowych, które przypominały wysokie na kilka pięter hałdy kamieni i żwiru.
Pierwszy z nich – bliźniaczo podobny do dziesiątek i
By wciągnąć sanie na strome, poszarpane zbocze wału, musieli najpierw zdjąć z nich ważące od pięćdziesięciu do stu funtów skrzynię zjedzeniem, paliwem, ubraniami i namiotem, a potem przenieść je lub przeciągnąć na drugą stronę lodowej przeszkody.
Goodsir uświadomił sobie szybko, że gdyby wały lodowe były rzeczywiście tylko pagórkami wyrastającymi ze stosunkowo równego lodu, pokonanie każdego z nich nie wymagałoby morderczego wysiłku. Powierzchnia morza nigdzie nie była równa, lecz w pobliżu każdego wału, w pasie szerokości od pięćdziesięciu do stu jardów, zamieniała się w prawdziwą gęstwinę śniegowych zasp, seraków i olbrzymich lodowych bloków – gęstwinę, którą trzeba było pokonać przed wejściem na właściwy wał.