Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 37

– Witam, panie Wilson – mówi Crozier, rozpoznając pomocnika cieśli po obfitej tuszy oraz rękawicach z foczego futra i spodniach z jeleniej skóry, które przed wypłynięciem oferowano wszystkim członkom załogi zamiast flanelowych i wełnianych okryć wierzchnich. Prócz Wilsona jednak mało kto zdecydował się na skórzane ubranie. Podczas podróży pomocnik cieśli zszył także wilcze skóry, które zabrali z duńskięj stacji wielorybniczej w zatoce Disko, w obszerny – lecz ciepły, jak twierdził – kombinezon.

– Witam, panie komandorze. – Wilson, jeden z najgrubszych ludzi na pokładzie, ściska w jednej ręce lampę, pod drugą zaś trzyma kilka skrzynek z narzędziami.

– Panie Wilson, proszę pozdrowić ode mnie pana Honeya i poprosić, by dołączył do mnie na pokładzie ładowni.

– Tak jest, komandorze. W którym miejscu ładowni?

– Przy Kajucie Zmarłych, panie Wilson.

– Tak jest, komandorze. – Światło latarni odbija się w oczach Wilsona, kiedy pomocnik cieśli o sekundę za długo przygląda się z zaciekawieniem komandorowi.

– Proszę też poprosić, by pan Honey przyniósł ze sobą łom, panie Wilson.

– Tak jest, komandorze.

Crozier odsuwa się na bok i wciska pomiędzy dwie beczki, by przepuścić pomocnika. Wie, że być może niepotrzebnie niepokoi cieślę – bez żadnego konkretnego powodu zmusza go do włożenia wierzchniego okrycia tuż przed wygaszeniem świateł – ma jednak przeczucie i woli kłopotać go teraz niż później.

Kiedy Wilsonowi udaje się przecisnąć przez górny właz, komandor Crozier podnosi niższy właz i schodzi na pokład ładowni.

Ponieważ pokład ładowni w całości znajduje się poniżej poziomu lodu, jest tu niemal tak zimno jak na zewnątrz i ciemniej, nie ma tu bowiem zorzy, gwiazd ani księżyca, który choć trochę rozpraszałby mrok. Powietrze przesycone jest pyłem węglowym i dymem – Crozier przygląda się przez chwilę drobinom węgla, które krążą wokół jego lampy niczym szpony upiora – oraz smrodem ścieków. Z ciemności od strony rufy dobiegają jakieś zgrzyty, trzaski i szuranie, Crozier wie jednak, że to odgłosy przerzucania węgla do kotłowni. Tylko szczątkowe ciepło tego kotła sprawia, że trzy cale brudnej wody chlupoczącej u podstawy schodów nie zamieniają się w lód. Nieco dalej, gdzie dziób zanurzony jest głębiej w lodzie, woda ma już głębokość stopy, choć ludzie pracują przy pompach co najmniej sześć godzin dzie

Magnus Manson czeka przy schodach, zgodnie z tym, co mówił szeregowiec Wilkes, jednak olbrzymi marynarz nie siedzi, a stoi z pochyloną głową i ramionami, które nie mieszczą się w niskim przejściu. Jego blada, guzowata twarz i pokryte zarostem policzki przypominają Crozierowi obrany zgniły ziemniak wciśnięty pod uszankę. Marynarz unika wzroku komandora.

– O co chodzi, Manson? – Komandor nie używa ostrego tonu, którym zwracał się do swego porucznika. Przemawia opanowanym, pewnym siebie głosem, za którym kryje się groźba chłosty i powieszenia.

– O te duchy, komandorze. – Magnus Manson ma zaskakująco cienki, niemal dziecięcy głos. Kiedy Terror i Erebus zatrzymały się w zatoce Disko przy zachodnim wybrzeżu Grenlandii w czerwcu tysiąc osiemset czterdziestego piątego roku, komandor sir John Franklin uznał za stosowne zwolnić dwóch ludzi – szeregowca piechoty morskiej i żaglomistrza z Terroru Crozier zasugerował, by zwolniono z jego statku także marynarza Johna Browna i szeregowca Aitkena – poruszali się jak inwalidzi i nigdy nie powi

– Manson, wiesz, że na Terrorze nie ma żadnych duchów.

– Tak jest, komandorze.

– Spójrz na mnie.

Manson podnosi głowę, lecz nadal unika wzroku Croziera. Jego oczy wydają się zdumiewająco małe na tle okrągłej bladej twarzy.

– Czy odmówiłeś wykonania rozkazu pana Thompsona i nie zaniosłeś węgla do kotłowni, marynarzu Manson?

– Nie, proszę pana. Tak, proszę pana.

– Wiesz, jakie są konsekwencje odmowy wykonania rozkazu na tym statku? – Crozier czuje się tak, jakby przemawiał do małego chłopca, choć Manson ma co najmniej trzydzieści lat. Twarz marynarza rozpromienia się nagle; wreszcie usłyszał pytanie, na które może bez trudu odpowiedzieć:

– Tak jest, komandorze. Chłosta. Dwadzieścia batów. Sto batów, jeśli odmówię drugi raz. Powieszenie, jeśli nie posłucham prawdziwego oficera, a nie pana Thompsona.

– Zgadza się. – Crozier kiwa głową. – A czy wiedziałeś, że komandor może także wymierzyć każdą karę, jaką uzna za stosowną w odniesieniu do przewinienia, którego się dopuściłeś?

Manson spogląda nań z zakłopotaniem. Nie zrozumiał pytania.

– Mówię, że mogę ukarać cię, jak tylko zechcę, Manson – mówi komandor.

Na twarzy marynarza maluje się wyraz ulgi.

– Tak, jasne, panie komandorze.

– Zamiast dwudziestu batów – kontynuuje Francis Crozier – mógłbym kazać cię zamknąć na dwadzieścia godzin w Kajucie Zmarłych bez żadnego światła.

Z białej twarzy Mansona odpływają resztki krwi, robi się tak blady, że Crozier odsuwa się lekko na bok w obawie, że marynarz lada moment zemdleje.

– Nie… nie zrobiłby pan… – Dziecięcy głos zaczyna się łamać, jakby Manson był bliski płaczu.

Crozier milczy przez dłuższą chwilę, w ciszy słychać tylko syk płomienia jego lampy. Pozwala, by marynarz dobrze przyjrzał się jego twarzy. Wreszcie mówi:

– Jak myślisz, co to za odgłosy, Manson? Ktoś opowiadał ci historie o duchach?

Manson otwiera usta, przez chwilę jednak milczy, jakby nie mógł zdecydować się, na które pytanie odpowiedzieć najpierw. Na jego dolnej wardze tworzy się warstwa lodu.

– Walker – mówi wreszcie.

– Boisz się Walkera?

James Walker, przyjaciel Mansona, jego rówieśnik i niemal taki sam idiota, zginął tydzień wcześniej, był ostatnią ofiarą lodowego monstrum. Przepisy wymagały, by załoga utrzymywała drożne otwory w lodzie w pobliżu okrętu, nawet jeśli lód miał dziesięć lub piętnaście stóp grubości, by w razie pożaru na pokładzie było czym ugasić ogień. Walker wraz z dwójką pomocników wypełniał właśnie takie zadanie, otwierając na nowo stary otwór, który zamarzłby w niecałą godzinę, gdyby nie wzmocniono go metalowymi kołkami. Biały potwór wypadł zza wału lodowego, w mgnieniu oka oderwał ramię marynarza i zmiażdżył mu żebra, a następnie zniknął w ciemnościach, nim uzbrojeni strażnicy na pokładzie zdążyli podnieść strzelby.

– Walker opowiadał ci historie o duchach? – pyta Crozier.

– Tak jest, komandorze. Nie, komandorze. Jimmy powiedział mi dzień przed tym, jak to coś go zabiło: „Magnus, gdyby kiedyś dopadło mnie to diabelskie nasienie z lodu – mówił – wrócę do ciebie i wyszepczę ci do ucha, jak zimno jest w piekle”. Bóg mi świadkiem, komandorze, właśnie to powiedział mi Jimmy. A teraz słyszę, jak próbuje się stamtąd wydostać.

Jakby na zawołanie kadłub skrzypi, zamarznięty pokład pod ich stopami jęczy głucho, później przyłączają się do nich żelazne klamry na belkach. W ciemności rozlega się głośny zgrzyt i drapanie obejmujące cały okręt. Lód jest niespokojny.

– Właśnie ten dźwięk cię niepokoi, Manson?

– Tak, komandorze. Nie, komandorze.

Kajuta Zmarłych znajduje się trzydzieści stóp dalej przy sterburcie, tuż Za ostatnim zbiornikiem z wodą, kiedy jednak ustaje hałas dochodzący z zewnątrz, Crozier słyszy jedynie zgrzyt i szuranie łopat w kotłowni.