Страница 24 из 74
8
Kiedy otwierałem drzwi mieszkania, usłyszałem dzwonek telefonu, ale nie zdążyłem podnieść słuchawki. Spojrzałem na wyświetlacz automatycznej sekretarki. Nagrało się trzydzieści jeden rozmów, które trwały w sumie poniżej jednej minuty. Oznaczało to, że ktoś odkładał słuchawkę zaraz po włączeniu się sekretarki. Miałem właśnie sprawdzić, kto chciał ze mną rozmawiać, gdy telefon ponownie zadzwonił. Złapałem za słuchawkę.
– Clevenger – przedstawiłem się.
– Ilu psychiatrów potrzeba do zmiany żarówki?
Rozpoznałem głos Billy’ego Bishopa.
– Gdzie jesteś? – zapytałem.
– No niech pan zgadnie. Ilu?
– Trzech – odpowiedziałem, żeby sprawić mu przyjemność.
– Jeden. Tylko żarówka musi się chcieć zmienić.
– W porządku. Bardzo śmieszne. A teraz powiedz, gdzie jesteś.
– W każdym razie nie u czubków.
Zerknąłem na wyświetlacz, by sprawdzić numer osoby dzwoniącej. Niestety widniał tam napis „Rozmówca nieznany”. Domyśliłem się, że Billy dzwoni z budki.
– Wszystko z tobą w porządku?
– Owszem, pominąwszy to, że ojciec chciał mnie wpakować do więzienia na resztę życia. Potrzebna byłaby chyba bardzo długa terapia, żeby uwolnić mój umysł od takiego wspomnienia, nieprawdaż?
Mimo powagi sytuacji uśmiechnąłem się.
– Chyba masz rację. – Umilkłem na chwilę. – Powiedz mi, gdzie jesteś. Przyjadę po ciebie.
– Nie. Nie mogę długo rozmawiać. Potrzebuję pieniędzy. Oddam panu, obiecuję. Dotrzymuję słowa.
Musiałem go jakoś uspokoić i namówić, żeby wrócił do szpitala, pomimp że z pewnością zostałby aresztowany. Choć oddając się w ręce wymiaru sprawiedliwości, wiele ryzykował, było to dla niego dużo bezpieczniejsze wyjście niż błąkanie się po ulicach. A nie tylko on znajdował się w niebezpieczeństwie. Wiedziałem, że przy swoich agresywnych skło
– Myślę, że źle zrobiłeś, uciekając ze szpitala. Byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś wrócił dobrowolnie i pozwolił działać prawnikom.
– Dzięki za radę. Posiedzi pan za mnie do końca życia?
– Najpierw muszą ci udowodnić winę.
– Potrzebuję pieniędzy i niczego więcej.
– Gdzie mogę się z tobą spotkać?
– Już powiedziałem: nie może pan. Znam bezpieczne miejsce, gdzie zostawi pan pieniądze. Ktoś się po nie zgłosi.
– Gdzie jesteś? – naciskałem.
– Dostanę te pieniądze? Przecież pan wie, że to nie ja zabiłem Brooke. Pan to wie.
W jego głosie słychać był desperację. Postanowiłem zaryzykować i założyć, że jest dostatecznie zdesperowany, by mi zaufać.
– Nie, chyba że się spotkamy.
– Nie ma mowy.
– Jak chcesz. Twoja wola. Milczał przez kilka sekund.
– Mam nóż na gardle – odezwał się w końcu. – Musi mi pan pomóc, doktorze. Liczę na pana.
Zamknąłem oczy, wyobrażając sobie, jak strasznie musi się czuć szesnastolatek, któremu grozi dożywocie, a nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc.
– Chcę tylko, żebyś się ze mną spotkał. Dostaniesz pieniądze, gdy się zobaczymy.
– Ach tak. To pańska ostateczna odpowiedź?
– Tak.
– Więc bierze pan na siebie odpowiedzialność za to, co się stanie – rzucił gorzko.
– A co ma się stać?
– Przeczyta pan w gazetach – odrzekł i odłożył słuchawkę.
– Billy! – krzyknąłem do aparatu. Wykręciłem numer automatycznego oddzwonienia, ale usłyszałem nagraną informację, że połączenie nie może być zrealizowane. Rzuciłem słuchawką o podłogę.
Mam nóz na gardle. Spojrzałem na sznur telefonu owinięty wokół nogi od stołu. Wydało mi się, że słyszę rozmowę sprzed lat, w której A
Czyżby miało się to powtórzyć? Czyżby Bóg chciał sprawdzić, czy nauczyłem się, że trzeba być gotowym do poświęceń dla kogoś, kto stoi na krawędzi?
Przejrzałem numery telefonów, spod których do mnie dzwoniono. Wszystkie miały kierunkowy 508, który obejmował także Cape Cod i Nantucket. Rozpoznałem jedynie numer Andersona. Domyśliłem się, że spod i
Przesłuchałem wiadomość od Andersona. Nic pilnego, ale prosił, żebym do niego zadzwonił. Wykręciłem numer do niego do pracy i poprosiłem sekretarkę, żeby mnie połączyła z komendantem.
– Billy się odezwał – poinformowałem Andersona.
– Jak to?
– Zadzwonił do mnie z prośbą o pożyczkę.
– Mam nadzieję, że potrzebuje pieniędzy na bilet w jedną stronę do Rosji, a nie na przykład na pistolet. Ja nie dałbym mu ani centa.
– Chciał, żeby mu zostawić pieniądze w umówionym miejscu, skąd zabrałby je jego kumpel. Powiedziałem mu, że nie idę na żadne układy.
– Bardzo dobrze. Jeszcze mi tego brakowało, żebym musiał gonić gówniarza po całych Stanach, a nie daj Boże i świecie. Znów się do ciebie zwróci.
– Na koniec powiedział coś, co zabrzmiało jak groźba, i poradził, żebym przeglądał gazety.
– Tym bardziej nie należy dawać mu forsy. Bez pieniędzy szybciej się do nas zgłosi.
Dzięki Andersonowi miałem mniejsze wyrzuty sumienia, że nie dałem Billy’emu pieniędzy, co nie znaczy, że w ogóle przestałem je mieć.
– Odsłuchałem twoją wiadomość na sekretarce. Co się stało?
– Nic pilnego. Chciałem cię tylko poinformować, że zaczynają się naciski polityczne w sprawie Bishopa.
– Jakie naciski?
– Ja spełniam widzimisię burmistrza, a on spełnia widzimisię różnych i
– Czytaj: zostaw miliardera w spokoju i zamknij sprawę.
– Bardzo dobrze rozumiesz język Nantucket.
– Co to dla nas oznacza na krótką metę?
– Nic, ani na krótką, ani na długą, chyba że mnie wywalą z roboty, przegonią z wyspy i postawią blokadę, żebym nie mógł wrócić.
W przeszłości mogłem liczyć na lojalność Andersona, ale chciałem się co do tego upewnić.
– Możesz mnie zwolnić, a ja będę dalej pracował nad tą sprawą w wolnym czasie – zaproponowałem.
– Oho, ależ ci się odmieniło. Najpierw nie chciałeś się zgodzić za żadne skarby, a teraz mówisz o pracy pro bono.
– Każdy się zmienia.
– Nie każdy. Jeśli będą mieli zakusy, by cię odstawić od tej sprawy, mnie również będą musieli od niej odsunąć. A na to się nie zgodzę.
– Rozumiem. – Przez jakiś czas napawałem się przyjemnym uczuciem, jakie wzbudziła we mnie lojalność Andersona. – Ja też otrzymałem dziś wiadomość od Bishopa. Kazał mnie śledzić, gdy byłem na lunchu z Julią. Jeden z jego goryli siedział w range roverze zaparkowanym naprzeciwko restauracji.
Anderson przez chwilę milczał.
– Myślę, że powinieneś tu przyjechać na parę dni – stwierdził.
– Chcesz mnie popilnować.
– Czemu nie? Ty pilnowałeś mnie wiele razy.
Sam zacząłem myśleć, żeby się przenieść na wyspę, zwłaszcza że Billy kręcił się w pobliżu, na co wskazywały jego telefony.
– Czy są jakieś szansę, żebym mógł jeszcze raz porozmawiać z Bishopem? – zapytałem.
– Zobaczę, co się da zrobić – odparł Anderson. – Kazał cię śledzić, to może zechce osobiście sprawdzić, co kombinujesz.
– Przypłynę wieczornym promem, o ile jeszcze będą wolne miejsca. Jeśli załatwisz mi to spotkanie, będę miał zapełniony karnecik. Jutro wybieram się na pogrzeb Brooke Bishop.
– Na zaproszenie Julii?
– Tak.
Tym razem cisza trwała trochę dłużej.
– Słuchaj, znamy się bardzo długo… – odezwał się w końcu.
Wiedziałem, do czego zmierza.
– Nie musisz mówić.
– Powiem ci tylko, jak sprawy stoją: nie wolno ci tknąć Julii Bishop.
– Nie tknąłem jej.
– Nie tknąłeś i nie tkniesz.
Zawahałem się.
– Posłuchaj mnie – podjął Anderson. – To, że kręcisz z zamężną kobietą, jest twoją sprawą. Nie mam zamiaru ci prawić morałów.
– To dobrze.
– Ale nie możesz tknąć Julii Bishop, bo to zmąciłoby twój pogląd na sprawę. Jeśli chcesz mieć jasne spojrzenie, musisz zachować dystans, rozumiemy się?
Dobrze wiedziałem, o co mu chodzi. Przenoszenie stosunków zawodowych na grunt osobisty jest zawsze nierozsądne. A w wypadku relacji psychiatra-pacjent także nieetyczne. Julia jednak pociągała mnie tak bardzo, że przestałem widzieć, gdzie przebiega ta granica. Czułem, że nie mogę składać żadnych obietnic co do rozwoju mojej znajomości z Julią.
– Rozumiemy – zdołałem wykrztusić.
– I…
– I postaram się przypłynąć promem tak, jak ci mówiłem.
– Igrasz z ogniem, Frank.
– Słyszę.
Anderson ciężko westchnął.
– Zadzwoń do mnie, gdy przybijesz do brzegu.
– Obiecuję.
Spakowałem kilka rzeczy, ale zorientowałem się, że o czymś zapomniałem, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę zainteresowanie, jakim darzył mnie Darwin Bishop. Podszedłem do łóżka i wyjąłem spod materaca kieszonkowego browninga. Wepchnąłem go do kieszeni spodni. Sporo czasu upłynęło, odkąd ostatni raz nosiłem go przy sobie, ale widać znowu było trzeba.
Następnie poszedłem do kuchni i zajrzałem do szafki nad lodówką. Nie otwierałem jej od ponad dwóch lat, ale też nie wyrzuciłem jej zawartości. W środku znajdowała się kolekcja słodowych whisky czekająca na taką chwilę jak ta, gdy pewien rodzaj kłopotów znów stanie się moim. W szafce była też podniszczona srebrna piersiówka z wyrytym z przodu monogramem „FGC”. Frank Galvin Clevenger. Nigdy nie przepadałem za monogramami, ale ponieważ mój ojciec miał na imię Galvin, doszedłem do wniosku, że litera „G” jak najbardziej pasuje do pojemnika zawierającego zarazki choroby, na którą obaj zapadliśmy.
Otworzyłem szafkę i wyjąłem piersiówkę oraz butelkę dwudziestoletniej glenlivet. Odkręciłem obie. Następnie w rytualnym akcie, który przypominał mi trochę transfuzję, a trochę upuszczanie krwi, przelałem cienką strużką zawartość butelki do piersiówki, wsłuchując się w znajomą pieśń alkoholu rozpryskującego się na dnie pustej metalowej flaszki. Z początku niską i gardłową i lekko piskliwą pod koniec. Wsłuchiwałem się w nią z przerażeniem i, co gorsza, z nostalgią.
Odłożyłem butelkę z powrotem do szafki, a piersiówkę włożyłem do tylnej kieszeni spodni. I tak wyszedłem z mieszkania, wyruszając w drogę zarówno ku swojej przyszłości, jak i przeszłości.