Страница 14 из 81
– Griffie, to jest Kinsey. Powiesz jej „cześć”?
Nie wywołało to jednak żadnej reakcji ze strony chłopca.
Ujęła jego rączkę i pomachała nią w moją stronę.
– Pa, pa. Jeśtem gotowi do śpanka – zagaworzyła. – Musie juś iść spać. Doblanoćka.
– Dobrej nocki, Griffith – odparłam wysokim głosem, próbując dopasować się do nastroju tej sceny. Było to gorsze niż rozmowa z psem, bo tam nie oczekujesz przynajmniej odpowiedzi rzuconej równie wysokim głosikiem. Zastanawiałam się, czy dalszy ciąg rozmowy upłynie nam pod znakiem Elmera Fudda z kreskówek o króliku Bugsie.
Spojrzałam na Randa.
– Cześć. Rand, prawda? Jestem Kinsey Millhone.
– Och, przepraszam. Zapomniałam was przedstawić.
– Miło mi poznać – powiedział Rand. Był tuż po czterdziestce, ciemnowłosy, bardzo szczupły, w dżinsach i białym podkoszulku z wilgotnymi śladami kąpieli malca. Podobnie jak Crystal chodził boso, najwyraźniej nie czując chłodu.
– Lepiej już pójdę – powiedziałam. – Będziecie mogli w spokoju położyć małego spać.
Rand wziął Griffitha od matki i przemawiając do niego ciepło, wyszedł z pokoju. Zaczekałam jeszcze chwilę, aż Crystal zapisze mi nazwiska i numery telefonów współpracowników męża i jego najlepszego przyjaciela, Jacoba Trigga. Pożegnałyśmy się nieobowiązująco i wyszłam z jej zapewnieniem, że mogę dzwonić w każdej chwili.
W drodze do wyjścia minęłam ojczyma Leili, Lloyda. Przyjechał właśnie starym chevroletem ze zniszczonym podnoszonym dachem i śladami podkładu, którym zaznaczono wgięcia i rysy przygotowane do lakierowania. Lloyd nosił krótką chłopięcą fryzurę i okulary o dużych szylkretowych oprawkach. Miał ciało biegacza lub rowerzysty – długie szczupłe nogi i ani grama tłuszczu. Nawet w tak chłodny wieczór ubrany był tylko w skąpą czarną koszulkę, szorty i buty do biegania włożone na bose stopy. Z wyglądu oceniłam go na trzydzieści parę lat, choć mijając go szybko, nie mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Podchodząc do drzwi skinął głową i mruknął pod nosem „Cześć”. Kiedy przekręciłam kluczyk w stacyjce, na szybę samochodu spadły pierwsze grube krople deszczu.
5
Gdy tuż po siódmej zjawiłam się w tawernie Rosie, nie było tam nikogo prócz Henry’ego. Złożyłam parasol i oparłam go o ścianę przy drzwiach. Tłumek chętnych do skorzystania z dobrodziejstw happy hour już zniknął, a okoliczni pijaczkowie jeszcze się nie zjawili, by zażyć swoją codzie
Henry siedział samotnie przy stoliku po lewej stronie drzwi. Płaszcz przeciwdeszczowy wisiał na stojącym naprzeciw niego krześle, a parasol oparty o nogę stołu tkwił w kałuży wody. Henry miał ze sobą brązową papierową torbę, w której Rosie przyniosła mu szpitalne rachunki swojej siostry. Przy opartym na stole łokciu postawił szklaneczkę jacka danielsa, a okulary do czytania zsunął nisko na nos. Obok niego na krześle leżała duża teczka z przegródkami, na których zaznaczył poszczególne miesiące. Patrzyłam, jak otwiera rachunek, sprawdza datę i wsuwa do odpowiedniej przegródki, by zaraz sięgnąć po następny. Przysunęłam krzesło dla siebie.
– Potrzebujesz pomocy?
– Jasne. Niektóre z tych rachunków wystawiono przed dwoma laty.
– Uregulowano je?
– Jeszcze do tego nie doszedłem. Myślę, że część tak, część nie. Straszny tu bałagan.
– Nie mogę uwierzyć, że się na to zgodziłeś.
– Nie jest aż tak źle.
Potrząsnęłam głową, uśmiechając się lekko. Henry jest kochany i wiedziałam, że gdybym poprosiła, też nie odmówiłby mi pomocy. Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, rozkładając rachunki i chowając je do odpowiednich przegródek.
– A gdzie jest Rosie? – spytałam.
– W kuchni. Przygotowuje mus z wątróbki cielęcej z sosem anchois.
– Brzmi interesująco.
Henry spojrzał na mnie z ukosa.
– No… może się okazać bardzo interesujące – poprawiłam się. Rosie serwowała węgierskie potrawy o niemożliwych do wymówienia nazwach, czasem bardzo dziwne w smaku, czego najlepszym dowodem był rosół z drobiu z białymi rodzynkami. Zważywszy na jej apodyktyczną naturę, zazwyczaj zamawiamy to, co każe, i próbujemy w miarę pogodnie ponosić konsekwencje naszej zbyt daleko posuniętej uległości.
Drzwi kuchni otworzyły się i wyszedł z nich William ubrany w elegancki trzyczęściowy garnitur w prążki, z wieczorną gazetą pod pachą. Podobnie jak Henry jest wysoki, ma długie nogi, urzekające niebieskie oczy i grzywę siwych włosów. Obaj panowie wyglądają jak jednojajowi bliźniacy, u których czas dokonał pewnych poprawek w wyglądzie. Twarz Henry’ego jest węższa, a William ma mocniej zarysowany podbródek i wyższe czoło. Podszedł do stolika i spytał, czy może się do nas dosiąść, a Henry gestem wskazał mu wolne krzesło.
– Dobry wieczór, Kinsey. Jak widzę, ciężko pracujecie. Rosie zaraz przyjdzie, by odebrać od was zamówienie. Zjecie mus z wątróbki cielęcej i kalarepy.
– Przerażasz mnie – powiedziałam.
William otworzył gazetę i poszukał strony z nekrologami. Choć małżeństwo z Rosie złagodziło nieco jego hipochondrię, nadal fascynowali go ludzie, którzy opuścili ten świat z powodu jakiejś choroby. Bardzo się denerwował, gdy w nekrologu nie podawano żadnych szczegółów. W chwilach depresji lub niepewności nadal chodził na pogrzeby nieznajomych i wypytywał dyskretnie żałobników o przyczynę śmierci. Pragnął poznać najwcześniejsze oznaki śmiertelnej choroby – zaburzenia widzenia, zawroty głowy, brak tchu – które w ciągu następnego tygodnia zaraz zaczynał obserwować u siebie. Uspokajał się dopiero wtedy, gdy udało mu się poznać całą prawdę. „Dolegliwości żołądkowe”, donosił nam potem z sugestywnym spojrzeniem. „Gdyby tylko skonsultował się z lekarzem przy pierwszych oznakach choroby, mógłby dziś z nami być. Tak mówił jego brat”.
– Wszyscy musimy na coś umrzeć – odpowiadał niezmie
William spoglądał na brata ze złością.
– Nie musisz być aż takim pesymistą. Ja tylko pragnę zachować daleko idącą czujność. Słuchając swego ciała…
– Moje powtarza: I tak kiedyś umrzesz, więc trochę zmądrzej, ty stary pierdoło.
Dziś wieczór Henry spojrzał uprzejmie na gazetę Williama.
– Ktoś, kogo znamy?
William potrząsnął głową.
– Paru małolatów po siedemdziesiątce, ale tylko jeden nekrolog ze zdjęciem. Zrobiono je chyba gdzieś w latach pięćdziesiątych. – Zmrużył oczy. – Mam nadzieję, że my w młodości nie byliśmy tak ulizani.
– Ty na pewno – odparł Henry. Pociągnął łyk whisky. – Jeśli umrzesz pierwszy, wiem już, jakie zdjęcie dam do gazety. Zrobione tego lata, gdy pojechaliśmy do Atlantic City. Jesteś na nim w obcisłych majtkach, masz przedziałek na środku głowy i wyglądasz, jakbyś pomalował usta szminką.
William pochylił się w moją stronę.
– Do dziś nie może mi darować, że odbiłem mu Alice Vandermeer. Rewelacyjnie tańczyła i była bajecznie bogata.
– Miała na policzku brodawkę wielkości i barwy winogrona. Gdy na nią patrzyłem, nigdy nie wiedziałem, gdzie podziać oczy, więc spuściłem ją na niego.
William przerzucił parę stron i trafił na dział z ogłoszeniami, gdzie zaczął porównywać opisy znalezionych kotów i psów z opisami zaginionych zwierzaków. Parę razy udało mu się je dopasować. Podczas gdy razem z Henrym nadal sortowaliśmy rachunki Klotyldy, William zabawiał nas, czytając ogłoszenia o oferowanych do sprzedaży zwierzętach wszelkiej maści. Nagle spojrzał na mnie.