Страница 46 из 61
– Wysłów się – odezwał się Win.
– Clu miał rację. Test antynarkotykowy sfałszowano.
– No, no.
– Sawyer Wells był przy tym.
– No, no, no.
– O której godzinie wygłasza swój motywacyjny spicz w Reston?
– O drugiej.
– Masz ochotę dać się zmotywować?
– Nawet nie wiesz, jak bardzo – odparł Win.
28
Klub.
Ściślej mówiąc, Brooklake Country Club, nie dość że nie posiadał strumienia i jeziora zawartych w jego nazwie, to nie znajdował się we wsi. Jednak był to z całą pewnością klub. Kiedy samochód wspinał się stromym podjazdem, na widok białych grecko – rzymskich kolumn domu klubowego w głowie Myrona zaczęły rozbłyskiwać wspomnienia z dzieciństwa. Tak zawsze widział to miejsce. W krótkich migawkach wspomnień. Nie zawsze przyjemnych.
Klub był typowym przykładem nuworyszostwa zamożnych pobratymców Myrona, tak samo hołdujących elitaryzmowi i pozbawionych gustu jak ich gejowskie odpowiedniki. Na pływalni wysiadywały wiecznie opalone starsze panie z piegami na dekoltach, dbające przesadnie, by ich sztywno wy lakierowane przez fałszywych francuskich fryzjerów fryzury, z kosmykami jak zastygłe światłowody, nie weszły, nie daj Bóg, w kontakt z wodą, a spały chyba z głowami w powietrzu, żeby nie roztrzaskać koafiur kruchych jak weneckie szkło. Z poprawionymi nosami, figurami po liposukcji i liftingami twarzy tak wyśrubowanymi, że uszy niemal schodziły się im na karkach, wyglądały w sumie równie seksownie jak demoniczna Yvo
Myrona szokowało, że członkami klubu są teraz jego rówieśnicy. Te same młode dziewczyny, które do niedawna szydziły z gnuśności swoich matek, porzucały robienie karier, żeby „wychować” dzieci, czytaj: wynajmowały nianie i przychodziły tu na lunche, nudząc się jak mopsy w nieusta
Rozmowy bywalców były głupie i strasznie Myrona dołowały. Dziadkowie znani mu z dzieciństwa mieli przynajmniej na tyle rozsądku, żeby za dużo z sobą nie rozmawiać, ograniczając się do dobierania i rzucania kart, i tylko czasem gderając na miejscową drużynę. Babcie wypytywały się nawzajem o wszystko, porównując własne dzieci i wnuki z konkurencją, szukając słabych stron rywalek i pretekstu, żeby zaświecić im w oczy opowieściami o popisach swoich latorośli, ale żadna żadnej nie słuchała, szykując kolejny frontalny atak, w którym ważniejsze od rodowej dumy było podnoszenie poczucia własnej wartości.
Główną salę restauracyjną urządzono, jak należało się spodziewać – z wielką przesadą. Były tam: zielone dywany, zasłony z materiału przypominającego sztruks na garnitury sportowe, złote obrusy na wielkich mahoniowych stołach z kwietnymi ozdobami piętrzącymi się wysoko, podobnie jak platery na szwedzkim stole, bez żadnego wyczucia proporcji. Myron zapamiętał z dzieciństwa bar micwę na sportowo: szafy grające, plakaty, proporczyki, siatkowe klatki do gry w wiffle'a, kosz na rzuty osobiste, artystów rysujących karykatury sportowe trzynastoletnich chłopców – najokropniejszych stworzeń boskich, nie licząc prawników telewizyjnych – oraz kapelę weselną z grubaśnym solistą, który wręczał dzieciakom srebrne dolary w skórzanych woreczkach ozdobionych numerem telefonu jego zespołu.
Lecz te obrazy – migawki – przesuwały się za szybko. Wiedział, że są uproszczone, że jego wspomnienia z tego miejsca zniekształca drwina wymieszana z nostalgią. Jednak pamiętał również, że przyjeżdżał tu na rodzi
Tatę Myron zastał w pokoju do podobiadków – siedział w obrotowym fotelu z żółtej imitacji skóry; pasował do otoczenia jak mufti dosiadający wielbłąda. Nigdy się tu nie zadomowił. Nie grał w golfa, w tenisa ani w karty. Nie pływał, nie przechwalał się, nie jadał podobiadków, nie rozmawiał o giełdzie. Ubierał się zawsze jak do pracy – w ciemnoszare spodnie, mokasyny i białą koszulę, pod którą nosił biały podkoszulek. Oczy miał ciemne, cerę bladooliwkową, a nos sterczący jak dłoń wyciągnięta do uścisku.
Co ciekawe, Al Bolitar nie był członkiem klubu Brooklake. Za to jego rodzice należeli do założycieli tego przybytku, w każdym razie członkiem klubu był nadal dziadunio Myrona, wegetujący dziewięćdziesięciodwuletni staruszek, którego urozmaicone życie rozpadło się na bezużyteczne fragmenty wskutek choroby Alzheimera. Tato nie znosił tego miejsca, ale ze względu na swego ojca podtrzymywał jego członkostwo w klubie. Wymagało to od niego pojawiania się tu co jakiś czas, lecz uznawał, że to niewygórowana cena.
Na widok syna wstał wolniej niż zwykle i nagle Myron zdał sobie sprawę z oczywistej prawdy: cykl zaczął się od nowa. Tata doszedł wieku, w jakim wówczas był dziadunio, wieku, w którym ludzie żartują z przerzedzonych, posiwiałych, ongiś kruczoczarnych włosów. Nie była to pokrzepiająca myśl.
– Tutaj! – zawołał Al Bolitar, choć Myron na niego patrzył.
Utorował sobie drogę pomiędzy jedzącymi śniadanie, przeważnie leciwymi kobietami, wahadłowo przechodzącymi od żucia do paplania i z powrotem. Z kawałkami surówki z białej kapusty w kącikach błyszczących ust, z których szminka różowiła brzegi ich szklanek, przyglądały się idącemu Myronowi z trzech powodów: był mężczyzną, miał poniżej czterdziestki i nie nosił obrączki. Taksowały, czy jest materiałem na zięcia. Zawsze czujne, niekoniecznie z powodu córek na wydaniu, duchowo bliskie starym swatkom ze sztetlech.