Страница 16 из 61
10
Dziekan Harrison Gordon upewnił się, czy drzwi gabinetu są zamknięte na klucz; A ściślej, na dwa spusty. W tej sprawie nie chciał ryzykować.
Umościł się w fotelu i wyjrzał przez okno na renomowany Uniwersytet Restona w całej okazałości – melanż zielonych trawników i budynków z cegły. Tej świątyni nauki nie przyozdabiały bluszcze, choć powi
Harrison Gordon tego nie widział. Obrócił się z fotelem nie po to, by podziwiać widoki, ale po to, by nie patrzeć na… śmieć na biurku. Najchętniej zniszczyłby go i o nim zapomniał. Ale nie mógł. Coś go powstrzymywało, a zarazem ciągnęło do strony przy końcu pisemka…
Zniszcz je, idioto. Jeżeli ktoś to odkryje…
To co?
Nie wiedział. Obrócił się z fotelem, nie patrząc na magazyn. Z prawej strony biurka leżała teczka Katherine Culver. Przełknął ślinę. Drżącą ręką przekartkował imponujący stos dokumentów i rekomendacji. Nie miał czasu ich przeczytać.
Przeraźliwie zabrzęczał interkom. Gordon wyprostował się gwałtownie.
– Panie dziekanie?
– Tak?! – niemal odkrzyknął, z sercem bijącym jak u królika.
– Jakaś pani do pana. Nie była umówiona, ale chyba powinien pan ją przyjąć.
Sekretarka Edith ściszyła głos do kościelnego szeptu.
– Kto to jest? – spytał.
– Jessica Culver. Siostra Kathy.
Gordon poczuł, jak ogarnia go panika.
– Panie dziekanie?
Bojąc się, że krzyknie, zakrył usta dłonią.
– Panie dziekanie? Jest pan tam?
Nie miał wyjścia. Musiał ją przyjąć i wybadać, czego chce. W przeciwnym razie wzbudziłby podejrzenia.
Otworzył dolną szufladę, zmiótł do niej wszystko z biurka, wsunął ją z powrotem i zamknął biurko na klucz. Przezorny zawsze ubezpieczony.
– Zapraszam – rzekł na koniec, po odsunięciu zasuwy w drzwiach.
Jessica była co najmniej równie piękna jak siostra, to znaczy, niezwykle. Postanowił przyjąć ją jak kierownik zakładu pogrzebowego – okazać dyskretne współczucie, życzliwy profesjonalizm.
Uścisnął jej dłoń delikatnie, acz zdecydowanie.
– Przykro mi, że spotykamy się w tak smutnych okolicznościach – powiedział. – Łączymy się w tym trudnym czasie w bólu z pani rodziną.
– Dziękuję, że zechciał mnie pan przyjąć, choć nie byliśmy umówieni.
Gestem zapewnił ją, „że nie ma o czym mówić.
– Proszę usiąść. Napije się pani czegoś? Kawy, wody mineralnej?
– Nie, dziękuję.
Gordon powrócił na fotel. Usiadł i położył ręce na biurku.
– Czym mogę służyć? – spytał.
– Chcę przejrzeć akta mojej siostry – odparła Jessica.
Harrison Gordon poczuł skurcz w palcach, ale nie zmienił miny.
– Akta pani siostry?
– Tak.
– Wolno spytać dlaczego?
– W związku z jej zniknięciem.
– Rozumiem – rzekł wolno, zdziwiony, że jego głos brzmi tak spokojnie. – O ile wiem, policja dokładnie je sprawdziła. Wszystko skopiowali.
– Owszem. Mimo to chciałabym je zobaczyć.
– Rozumiem – powtórzył.
Minęło kilka sekund. Jessica poprawiła się na krześle.
– Czy są jakieś przeszkody? – spytała.
– Nie, nie. Chociaż… Być może nie będę mógł ich pani udostępnić.
– Jak to?
– To znaczy, nie wiem czy ma pani prawo do wglądu. Rodzice jak najbardziej, lecz nie jestem pewien czy rodzeństwo. Muszę o to spytać naszego radcę prawnego.
– Zaczekam – odparła.
– Aha, dobrze. Zechciałaby pani poczekać w sekretariacie?
Wstała, odwróciła się, zatrzymała i spojrzała na niego przez ramię.
– Pan znał moją siostrę, panie dziekanie – powiedziała.
– Tak. – Zdobył się na uśmiech. – Wspaniała dziewczyna.
– Kathy pracowała dla pana.
– Prowadziła akta, załatwiała telefony i tym podobne sprawy – odparł prędko. – Robiła to świetnie. Bardzo nam jej brak.
– Zachowywała się normalnie?
– Normalnie?
– Przed zniknięciem. – Jessica popatrzyła mu uważnie w oczy. – Nie zachowywała się dziwnie?
Na czole Gordona wyrosły kropelki potu, ale nie odważył się ich zetrzeć.
– Nie. Według mnie, jak najzwyczajniej. Dlaczego pani pyta?
– Na wszelki wypadek. Zaczekam na zewnątrz.
– Dziękuję. Zamknęła za sobą drzwi.
Harrison Gordon głęboko odetchnął. Co teraz? Musiał jej pokazać akta. W przeciwnym razie nabrałaby poważnych I podejrzeń. Nie mógł jednak wyjąć z szuflady teczki Kathy jakby nigdy nic i jej wręczyć. Musiał odczekać kilka minut, osobiście pójść do archiwum, „wydobyć” je i z nimi wrócić.
Po co Jessice Culver akta siostry? Czyżby coś przeoczył?
Niemożliwe.
Miniony rok Harrison Gordon przeżył, modląc się i karmiąc nadzieją, że sprawa jest zakończona. Łudził się. Takie sprawy nigdy nie umierały. Zaczajały się, zapuszczały korzenie i nabierały siły, szykując się do ataku.
Kathy Culver nie umarła i nie spoczęła w grobie. Jak średniowieczne duchy zmartwychwstała, prześladując go i wołając z nicości.
Wołając o zemstę.
Myron wrócił do agencji.
– Win dzwonił dwa razy – oznajmiła Esperanza. – Chce się z tobą widzieć. Natychmiast.
– Już idę.
– Myron?
– Słucham?
– Czy ona… Jessica, wróciła? – spytała z powagą w oczach.
– Nie. Tylko wpadła.
Spojrzała z powątpiewaniem. Nie podjął tematu. Sam nie wiedział, co myśleć.
Wbiegł po schodach, biorąc po dwa stopnie naraz. Biuro Wina, dwa piętra wyżej, równie dobrze mogło się znajdować w i
Rojną halę okalał wieniec gabinetów, zarezerwowanych dla bonzów, tuzów, szyszek – w żargonie maklerskim, grubych ryb. W przeciwieństwie do wyplutych i wyblakłych od sztucznego światła płotek w wewnętrznym akwarium grube ryby miały u siebie okna i słońce.
Z okien narożnego gabinetu Windsora Horna Lockwooda Trzeciego rozciągał się widok na Czterdziestą Siódmą Ulicę i Park Avenue – widok, który walił w oczy wielką forsą. Gabinet urządzono w stylu ojców założycieli. Na ścianach ciemna boazeria. Dywan w odcieniu leśnej zieleni. Obrazy przedstawiające polowanie na lisa. W sam raz dla Wina, który żywego lisa nie widział na oczy.
Win podniósł wzrok znad potężnego dębowego biurka, ważącego kilo mniej od betoniarki. Przeglądał właśnie wydruk z komputera, jeden z tych niekończących się papierowych tasiemców z zielonymi i białymi paskami. Zwoje papieru zaścielające blat współgrały na swój sposób z barwą dywanu.
– Jak tam pora
– Telefiutem?
Win uśmiechnął się.
– Wymyślałem ten epitet cały ranek.
– Z dobrym skutkiem – pochwalił Myron i opowiedział mu o spotkaniu z Garym „Jerrym” Gradym.
Win usiadł wygodnie, złożył dłonie palcami, wysłuchał relacji o spotkaniu z Ottonem Burkiem i pochylił się do przodu.