Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 29 из 62

– Mój Boże – wydusiła, kiedy skończył. – Myślisz, że Downing ją zabił?

– Tego nie powiedziałem.

Głowa Audrey zwisła bezwładnie na podgłówku, jakby szyja nie była w stanie dłużej jej utrzymać.

– Chryste, co za historia!

– Której w dodatku nie możesz opisać.

– Nie przypominaj mi. – Wyprostowała się w fotelu. – Myślisz, że niedługo nastąpi przeciek?

– Kto wie.

– A czy mógłby wyjść ode mnie?

– Jeszcze nie teraz. Na razie musimy trzymać sprawę w tajemnicy. Nie możesz jej ujawnić.

Z niechęcią skinęła głową.

– Myślisz, że Downing zabił ją i uciekł?

– Nie ma na to dowodu. – Myron podjechał pod dom Audrey. – Ostatnie pytanie. Czy Greg był zaplątany w coś podejrzanego?

– Na przykład?

– Czy jest powód, żeby chciały go dopaść zbiry?

Jej podekscytowanie rzucało się w oczy. Była zelektryzowana.

– Co ty mówisz? Jakie zbiry?

– Dwóch bandziorów obserwowało jego dom.

– Zbiry? – powtórzyła z pałającą twarzą. – Zawodowi gangsterzy?

– Prawdopodobnie. Jeszcze nie wiem. Nie przychodzi ci na myśl nic, co mogłoby łączyć Grega z gangsterami albo z zamordowaniem tej kobiety? Na przykład, narkotyki?

Audrey natychmiast zaprzeczyła, kręcąc głową.

– Narkotyki na pewno nie.

– Skąd wiesz?

– Downing ma bzika na punkcie zdrowia, to nałogowy pożeracz muesli.

– Tak jak nieboszczyk River Phoenix.

Znów pokręciła głową.

– To nie narkotyki – powiedziała. – Jestem pewna.

– Poszperaj – rzekł. – Zobaczymy, co znajdziesz.

– Oczywiście. Sprawdzę wszystko, o czym mówiliśmy.

– Tylko dyskretnie.

– Bez obawy. – Wysiadła z samochodu. – Dobranoc, Myron. Dzięki za zaufanie.

– A miałem jakiś wybór?

Audrey uśmiechnęła się i zatrzasnęła drzwiczki. Patrzył, jak wchodzi do kamienicy. Uruchomił samochód, zawrócił do Siedemdziesiątej Dziewiątej Ulicy, wjechał na Henry Hudson Parkway i skierował się na południe do Jessiki. Właśnie miał sięgnąć po komórkę, kiedy zadzwonił telefon w taurusie. Zegar na desce rozdzielczej wskazywał 12.07. Na pewno dzwoniła ona.

– Halo?

Ale to nie była Jessica.

– Prawy pas, trzy samochody za tobą. Śledzą cię – poinformował go Win.

ROZDZIAŁ 17

– Kiedy wróciłeś? – spytał Myron.

Win zignorował pytanie.

– Jedzie za tobą ten sam wóz, który widzieliśmy przy domu Grega. Jest zarejestrowany w Atlantic City, na magazyn bez widomych powiązań z mafią, ale można śmiało się założyć, że je ma.

– Długo mnie śledzisz?

Win znów zignorował pytanie.

– Jak wyglądali ci dwaj, którzy cię wczoraj napadli? – spytał.

– Byki – odparł Myron. – Jeden naprawdę wielki.

– Ostrzyżony na jeża?

– Tak.

– Jest w tym samochodzie. Na fotelu pasażera.

Myron nie spytał, skąd przyjaciel wie o wczorajszym napadzie. Domyślał się.

– Dużo rozmawiają przez telefon – ciągnął Win. – Uzgadniają z kimś, co robić. Zadzwonili, kiedy zatrzymałeś się na Osiemdziesiątej Pierwszej. Chwileczkę. Zaraz się odezwę.

Rozłączył się. Myron zerknął w lusterko wsteczne. Jechali za nim. Minutę później znów zadzwonił telefon. Co się stało? – zaniepokoił się.

– Ponownie rozmawiałem z Jessicą.

– Jak to: ponownie?

Win westchnął niecierpliwie. Nie znosił udzielać wyjaśnień.

– Jeśli zamierzają cię napaść, logika wskazuje, że zrobią to koło jej mieszkania.

– Racja.

– Dlatego zadzwoniłem do niej dziesięć minut temu i przekazałem, żeby miała oko na nietypowe szczegóły.

– No i?

– Po drugiej stronie ulicy stoi biały nieoznakowany van. Nikt z niego nie wysiadł.

– To znaczy, że zaatakują.

– Tak – potwierdził Win. – Mam to udaremnić?

– Jak?

– Unieszkodliwię samochód za tobą.

– Nie. Niech zrobią ruch. Zobaczmy, co to da.

– Słucham?

– Wspieraj mnie. Jeżeli mnie wezmą, może dotrę do ich szefa.

Win prychnął.

– O co chodzi? – spytał Myron.

– Komplikujesz prostą sprawę. Czy nie łatwiej byłoby zdjąć tych dwóch w samochodzie i wycisnąć z nich, dla kogo pracują?

– Najtrudniej przychodzi mi właśnie „wyciskanie”.

– Oczywiście. Po tysiąckroć przepraszam za mój brak etyki. Znacznie mądrzej jest nadstawić karku, niż narazić na przejściową nieprzyjemność nikczemnego zbira.

Win wypowiadał czasem zdania, których logika porażała.

– To tylko najmici. Nic nie będą wiedzieć – rzekł Myron, pamiętając, że w przypadku Wina zachowanie logiczne często przynosi skutki straszniejsze od zachowania nielogicznego.

– Celny argument – przyznał Win. – Lecz przypuśćmy, że po prostu cię zastrzelą.

– Po co? Interesuję ich tylko dlatego, bo myślą, że wiem, gdzie jest Greg.

– Aż martwych nie da się nic wyciągnąć – dodał Win.

– Właśnie. Chcą mnie zmusić do mówienia. Dlatego za mną jeżdżą. Jeśli zawiozą mnie w jakieś dobrze strzeżone miejsce…

– Wkroczę.

Myron ani przez chwilę w to nie wątpił. Mocniej ścisnął kierownicę. Puls mu przyśpieszył. Na podstawie racjonalnej analizy łatwo mógł odrzucić możliwość, że go zastrzelą. Co i

Zjechał z autostrady. Biegnące z północy na południe i ze wschodu na zachód, zaprojektowane jako regularna siatka współrzędnych ulice Manhattanu były ponumerowane, proste. Ale kiedy dojeżdżałeś do Greenwich Yillage i Soho, odnosiłeś wrażenie, że ich sieć zaprojektował Salvador Dali. Znikały wszelkie pozory prostoty i symetrii. Ginęły ulice oznaczone numerami, a te, które je zachowały, wiły się pośród oznaczonych nazwami.

Na szczęście Spring Street biegła prosto. Myrona minął rowerzysta, prócz niego wokoło ani żywej duszy. Biały van stał tam, gdzie zapowiedziała Jessicą. I rzeczywiście nieoznakowany. Przyciemnione szyby nie pozwalały zajrzeć do środka. Myron nie widział samochodu Wina, ale tak właśnie powi

Zaczęło się.

Myron wyprostował kierownicę, zgasił silnik, schował kluczyki do kieszeni. Van sunął bardzo wolno. Myron wyjął rewolwer i wsadził pod siedzenie, jako rzecz mało użyteczną. Gdyby go dopadli, toby przeszukali. A odpowiadanie ogniem na ich strzały byłoby stratą czasu. Usunięcie zagrożenia zależało od Wina.

Sięgnął do klamki. Nacisnął ją z sercem w gardle, otworzył drzwiczki i wysiadł w ciemności. Z latarni w Soho był taki sam pożytek jak z latarki paluszka w czarnej dziurze. Blask z pobliskich okien nie tyle rozjaśniał mrok, co tworzył dziwną poświatę. Na ulicy leżały plastikowe worki ze śmieciami. Przeważnie rozdarte. W powietrzu unosił się odór zepsutej żywności. Van podjechał wolno. Od strony wejścia podszedł bez wahania mężczyzna w czarnym płaszczu i czarnym golfie. Wycelował w Myrona rewolwer. Van zatrzymał się, odsunęły się boczne drzwi.

– Wsiadaj, dupku – rozkazał mężczyzna z rewolwerem.

– Do mnie mówisz? – spytał Myron, pokazując na siebie.

– Już. Ładuj dupę.

– To pełny golf czy tylko kołnierz? Typ z rewolwerem przysunął się bliżej.

– Już, powiedziałem.

– Po co te nerwy? – odparł Myron, ale ruszył w stroną vana. – Jeżeli tylko kołnierz, to nie do rozpoznania. Bardzo twarzowy.

W zdenerwowaniu zawsze mówił za dużo. Wiedział, że to niebezpieczne. Win niejeden raz mu to wypominał. Nie mógł się jednak powstrzymać. Cierpiał na słowotok albo pokrewną dolegliwość.

– Ruszaj się!

Myron wsiadł do vana. Gangster z rewolwerem za nim. W środku było jeszcze dwóch, a trzeci za kierownicą. Wszyscy w czerni, z wyjątkiem szefa w granatowym garniturze w prążki i w zawiązanym w węzeł windsorskim krawacie, ozdobionym złotą spinką. Europejski szyk. Mężczyzna nie wyglądał na zawodowego gangstera, raczej na starzejącego się surfistę. Miał długie rozjaśnione włosy i opaleniznę nieco za idealną, by zdobył ją na słońcu.