Страница 18 из 62
– Z okolic Dwusetnej?
– Chyba. Chcesz numer telefonu?
Carla zadzwoniła do Grega z baru przy Dwusetnej? Dziwne, coraz dziwniejsze.
– Jeśli masz.
Podała mu numer.
– Może się przyda.
– Na pewno, Liso. Dzięki. – Myron podał kartkę Esperanzy. – Spójrz tylko, co mam. Najprawdziwszy świeży trop – powiedział.
ROZDZIAŁ 11
Jadłodajnia Parkview zasługiwała na swoją nazwę. Rzeczywiście widać było z niej park imienia porucznika Williama Tighe’ego po drugiej stronie ulicy, mniejszy od średniego podwórka, z tak wysokimi krzakami, że zasłaniały ogród za nimi. Wiszące na otaczającym go siatkowym ogrodzeniu tabliczki ostrzegały dużymi tłustymi wołami: NIE KARMIĆ SZCZURÓW. Nie był to żart. Pod spodem mniejszymi literami powtarzano to samo po hiszpańsku: No des comida a las ratas. Tabliczki umieściła tam grupa o nazwie Strefa Jakości Życia. Myron pokręcił głową. Tylko w Nowym Jorku trafiali się ludzie, ulegający nieodpartej pokusie tuczenia szkodników. Jeszcze raz zerknął na ostrzeżenie, a potem na bar. Szczury. Świetnie zaostrzały apetyt.
Przeszedł przez ulicę. Z wysokości dwóch pięter nad barem Parkview pies z głową wciśniętą w kratownicę schodów przeciwpożarowych obszczekiwał przechodniów. Zielona markiza nad wejściem była rozdarta w kilku miejscach, napis na niej tak spłowiały, że nieczytelny, a podtrzymujący ją słupek tak ugięty, że Myron musiał schylić głowę. Plakat w oknie reklamował pite z mięsem i warzywami. Z czarnej tablicy obok plakatu wynikało, że dzisiejszymi daniami dnia są między i
Tuż za progiem powitał go znajomy, choć nieokreślony zapach manhattańskiej garkuchni. Powietrze przesycał tłuszcz. Gdy wciągałeś je głęboko, miałeś wrażenie, że zatyka ci arterie. Kelnerka z rozjaśnionymi włosami barwy słomy zaproponowała mu stolik. Spytał o kierownika.
– To Hector – wyjaśniła, wskazując ołówkiem za siebie, na mężczyznę przy kontuarze. – Właściciel.
Myron podziękował i usiadł na barowym stołku przy saturatorze. Miał ochotę zakręcić się na nim, ale bał się, że wezmą to za dziecinadę. Siedzący dwa stołki w prawo od niego nieogolony, chyba bezdomny mężczyzna w czarnych staroświeckich kamaszach i wystrzępionym płaszczu z uśmiechem skinął mu głową. Myron odpowiedział mu tym samym. Mężczyzna powrócił do swojej kawy. Uniósł ramiona i zgarbił się nad nią, jakby bał się, że ktoś mu wyrwie kubek.
Myron wziął kartę dań w popękanej okładce, otworzył ją, ale nie przeczytał. Liczne sfatygowane fiszki wsunięte w winylowe ochro
Właściciel krzątał się przy ruszcie. Dochodziła czternasta. Choć nie był to szczyt obiadowy, klientów nie brakowało. Nie spuszczając z oczu potraw, Hector wydał kilka poleceń po hiszpańsku, po czym wytarł ręce w ścierkę i z grzecznym uśmiechem zwrócił się do Myrona z pytaniem, czym może służyć. Myron zapytał, czy mógłby skorzystać z automatu.
– Nie, proszę pana, przykro mi. – Hector mówił z wyraźnym hiszpańskim akcentem, nad którego pozbyciem się ewidentnie pracował. – Automat jest na rogu ulicy. W lewo.
Myron spojrzał na numer telefonu podany przez Lisę i odczytał go na głos. Hector zrobił kilka rzeczy naraz: przewrócił hamburgery, złożył omlet, sprawdził frytki. Oczy miał dookoła głowy – patrzył na kasę, klientów przy stolikach i barze oraz na kuchnię po lewej.
– Ach, ten – powiedział. – Jest na zapleczu w głębi. W kuchni.
– W kuchni?
– Tak, proszę pana – rzekł właściciel z tą samą uprzejmością.
– Automat w kuchni?
– Tak, proszę pana.
Hector, w białym fartuchu i czarnych spodniach z poliestru, był niskawy i szczupły. Kilka razy złamano mu nos. Przedramiona miał jak stalowe liny.
– Dla personelu – dodał.
– Nie macie służbowego telefonu?
– Oczywiście, że mamy – odparł właściciel o ton ostrzej, jakby uraziło go to pytanie. – Robimy dużo dań na wynos i realizujemy dostawy. Mnóstwo ludzi zamawia u nas lunche. Mamy również faks. Ale nie chcę, żeby personel blokował linię. Kto ma zajęty telefon, ten nabija kasę konkurencji. Dlatego założyłem na zapleczu automat.
– Klienci z niego, jak rozumiem, nie korzystają? – spytał Myron, któremu wpadło coś do głowy.
– No, wie pan, gdyby któryś bardzo nalegał, to bym mu nie odmówił – odparł Hector z wyćwiczoną grzecznością dobrego biznesmena. – W Parkview klient jest naszym panem. Zawsze.
– A czy któryś kiedyś nalegał?
– Nie, proszę pana. Wątpię, czy nasi klienci wiedzą o tym automacie.
– A czy może wie pan, kto dzwonił z niego w zeszłą sobotę osiemnaście po dziewiątej wieczorem?
To pytanie wreszcie zwróciło uwagę właściciela.
– Słucham?!
Myron chciał je powtórzyć, lecz Hector wpadł mu w słowo.
– A dlaczego to pana interesuje? – zdziwił się.
– Nazywam się Bernie Worley – rzekł Myron. – Z agencji nadzoru produktu kompanii Amerykańskich Telefonów i Telegrafu. – Jakiego znowu produktu?! – Ktoś próbuje nas oszukać, co bardzo nas martwi.
– Oszukać?
– Igrek pięćset jedenaście.
– Słucham?
– Igrek pięćset jedenaście – powtórzył Myron. Kiedy raz zaczniesz wciskać kit, pozostaje ci tylko wciskać go dalej. – To elektroniczne urządzenie monitorujące wyprodukowane w Hongkongu. Nowe na rynku, ale je rozpracowaliśmy. Sprzedają je na ulicach. Osiemnastego marca tego roku o dziewiątej osiemnaście wieczorem ktoś skorzystał z pańskiego automatu. Zadzwonił do Kuala Lumpur i rozmawiał przez prawie dwanaście minut. Całkowity koszt połączenia wyniósł dwadzieścia trzy dolary osiemdziesiąt dwa centy, ale za użycie igrek pięćset jedenaście grozi grzywna w wysokości co najmniej siedmiuset dolarów, a ponadto do roku więzienia. Oraz usunięcie aparatu.
Twarz Hectora stężała z przerażenia.
– Słucham? – wydusił.
Choć zastraszanie uczciwego, ciężko pracującego imigranta nie należało do przyjemności, Myron wiedział, że lęk przed władzą i wielkim biznesem zrobi swoje. Hector krzyknął coś po hiszpańsku do nastolatka.
– Nic z tego nie rozumiem, panie Worley – powiedział, gdy bardzo do niego podobny chłopak zajął się rusztem.
– To telefon publiczny, proszę pana. Przed chwilą przyznał się pan agentowi nadzoru do używania telefonu publicznego w celach prywatnych. Że nie ma do niego powszechnego dostępu i korzystają z niego tylko pańscy pracownicy. Jest to sprzeczne z regulaminem naszej firmy, paragraf sto dwadzieścia cztery B. Zazwyczaj nie zgłaszam takich wykroczeń, lecz gdy doda się do tego użycie igrek pięćset jedenaście…
– Ale ja go nie użyłem!
– Tego nie wiemy, proszę pana – odparł Myron, służbista do szpiku kości. Nic bardziej nie obezwładniało petenta. Żadna otchłań nie wydawała się równie ciemna i przepastna jak puste oczy biurokraty. – Automat znajduje się w pańskim lokalu – ciągnął znudzonym, śpiewnym tonem. – Przed chwilą przyznał pan, że korzystają z niego tylko pańscy pracownicy…
– Właśnie! – uchwycił się nadziei Hector. – Moi pracownicy! Nie ja!
– Ale to pański lokal. To pan za niego odpowiada. – Myron rozejrzał się po salce z miną znudzonego mopsa, której wyuczył się w tasiemcowej kolejce w wydziale komunikacji. – Będziemy również musieli sprawdzić status prawny pańskich pracowników. Może dzięki temu wykryjemy winowajcę.