Страница 51 из 74
– Dziękuję – powiedziałem. Selma kiwnęła głową.
Zamierzałem powiedzieć jej, że ją kocham, doceniam i chcę, szczególnie teraz, kiedy zabrakło mamy, żebyśmy poznali się bliżej, bo mama na pewno by tego chciała. Nie mogłem. Zamiast tego uściskałem ją. W pierwszej chwili zesztywniała, zaskoczona moim nieoczekiwanym wybuchem czułości, ale zaraz się odprężyła.
– Będzie dobrze – powiedziała.
Znałem ulubioną trasę spacerową ojca. Przeszedłem przez Coddington Terrace, przezornie omijając z daleka dom Millerów. Wiedziałem, że ojciec też tak zrobił. Zmienił tę trasę już przed laty. Przeszedłem przez podwórka Jarata i Arnaya, a potem ruszyłem ścieżką wiodącą przez Meadowbrook do boisk miejskiej drużyny juniorów. Teraz, po sezonie, były puste, a mój ojciec siedział sam na najwyższej z metalowych ławek. Pamiętałem, jak bardzo lubił trenować. Wkładał biały podkoszulek z zielonymi rękawami i nazwą „Senators” na piersi oraz za ciasną zieloną czapeczkę z literą „S”. Uwielbiał siedzieć na ławeczce, niedbale zarzuciwszy ręce na zakurzone poręcze, wietrząc plamy potu pod pachami. Opierał jedną nogę o drewniany stopień, drugą o beton i jednym pły
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
– Pamiętasz ten rok, kiedy twoja matka sędziowała?
– Może trochę. W której byłem wtedy klasie, w czwartej?
– Tak, chyba tak. – Pokręcił głową, wciąż z uśmiechem, pogrążony we wspomnieniach.
To było w szczytowym okresie jej fascynacji ruchem wyzwolenia kobiet. Nosiła podkoszulki z nadrukiem „Miejsce kobiety jest w domu i w senacie” lub podobnymi sloganami. Trzeba pamiętać, że było to, jeszcze zanim dziewczętom pozwolono grać w lidze. Pewnego dnia twoja mama uświadomiła sobie, że nie ma sędziów – kobiet. Sprawdziła w regulaminie i okazało się, że nie ma przepisu, który by tego zabraniał.
– Zgłosiła się?
– Tak.
– I co?
– No cóż, starzy członkowie zarządu o mało nie dostali zawału, ale regulamin to regulamin. Pozwolili jej sędziować.
– Jednak były problemy.
– Na przykład jakie?
– Na przykład takie, że była najgorszym sędzią na świecie. – Tato znowu rozjaśnił się uśmiechem, który już tak rzadko widywałem, tak nierozerwalnie związanym z przeszłością, że chciało mi się płakać. – Prawie nie znała przepisów i, jak wiesz, miała kiepski wzrok. Pamiętam, jak na pierwszym meczu podniosła kciuk do góry i wrzasnęła: „Baza!”. Ilekroć wydawała werdykt, wykonywała cały szereg tanecznych ruchów. Jak z baletu Boba Fosse'a. Obaj zachichotaliśmy i niemal widziałem, jak ją obserwuje, machnięciem ręki zbywając jej teatralne gesty, na pół zmieszany, a na pół urzeczony.
– Czy trenerzy nie dostawali szału?
– Jasne, ale wiesz, co zrobił zarząd klubu? Przecząco pokręciłem głową.
– Przydzielili jej do pomocy Harveya Newhouse'a. Pamiętasz go?
– Jego syn chodził do mojej klasy. Grał zawodowo w piłkę, prawda?
– W Ramsach, tak. Groźny napastnik. Harvey ważył chyba sto pięćdziesiąt kilogramów. On siedział na ławce, a twoja mama sędziowała w polu i ilekroć któryś z trenerów wpadał w szał, Harvey tylko mierzył go wzrokiem i facet grzecznie siadał na ławce.
Znowu roześmialiśmy się, a potem siedzieliśmy w przyjaznym milczeniu, obaj zastanawiając się, jak życie mogło złamać osobę takiego ducha, nawet zanim zachorowała. W końcu ojciec odwrócił się i spojrzał na mnie. Szeroko otworzył oczy na widok mojej twarzy.
– Co ci się stało, do diabła?
– Wszystko w porządku – powiedziałem.
– Wdałeś się w bójkę?
– Naprawdę nic mi nie jest. Muszę o czymś z tobą porozmawiać. Zamilkł. Nie wiedziałem, od czego zacząć, ale ojciec pomógł mi.
– Pokaż – polecił. Spojrzałem pytająco.
– Twoja siostra dzwoniła dziś rano. Powiedziała mi o zdjęciu.
Wciąż miałem je przy sobie. Wziął je w dłoń, jakby było zwierzątkiem, którego nie chciał zgnieść. Popatrzył na nie i powiedział: „Mój Boże”. Zaszkliły mu się oczy.
– Nie wiedziałeś? – zapytałem.
– Nie. – Znów spojrzał na zdjęcie. – Twoja matka nigdy nic mi nie powiedziała. Zobaczyłem, że lekko spochmurniał. Jego żona, jego towarzyszka życia, ukryła coś przed nim. Zabolało go to.
– Jest jeszcze coś. Odwrócił się do mnie.
– Ken mieszkał w Nowym Meksyku.
Powiedziałem mu, czego się dowiedziałem. Ojciec wysłuchał tego spokojnie i w milczeniu, jakby odzyskał duchową równowagę.
Siedzieliśmy w ciszy. Załóżmy, rozmyślałem, że było mniej więcej tak: jedenaście lat temu Ken został wrobiony. Uciekł i zamieszkał za granicą – ukrywał się, jak donosiły media. Minęły lata. Teraz wraca do domu.
Dlaczego?
Czy po to, jak twierdziła matka, żeby dowieść swojej niewi
– Ken rzeczywiście przyjechał i wpadł w tarapaty. Ktoś dowiedział się o jego powrocie. Kto?
Odpowiedź wydawała się oczywista: ten, kto zamordował Julie. Ta osoba, kobieta czy mężczyzna, musiała uciszyć Kena. I co wtedy? Nie miałem pojęcia. Wciąż brakowało wielu elementów układanki.
– Tato?
– Tak?
– Czy podejrzewałeś kiedyś, że Ken żyje? Zastanowił się.
– Łatwiej było myśleć, że umarł.
– To nie jest odpowiedź.
– Znowu odwrócił wzrok.
– Ken tak bardzo cię kochał, Will.
Pozwoliłem tym słowom zawisnąć w powietrzu.
– Jednak nie był bez skazy.
– Wiem o tym.
Milczał chwilę, po czym dodał:
– Zanim Julie została zamordowana, Ken miał już kłopoty.
– Co masz na myśli?
– Przyjechał do domu, żeby się ukryć.
– Przed czym?
– Nie wiem.
Przypomniałem sobie, że nie było go w domu przez co najmniej dwa lata, a po powrocie był spięty, nawet wtedy, kiedy pytał mnie o Julie. Nie miałem pojęcia, co to wszystko oznaczało.
– Czy pamiętasz Phila McGuane'a? – zapytał ojciec.
Kiwnąłem głową. Stary przyjaciel Kena z liceum, „urodzony przywódca”, który obecnie miał opinię człowieka „z powiązaniami”.
– Słyszałem, że wprowadził się do dawnego domu Bonano.
– Tak.
Kiedy byłem dzieckiem, rodzina Bonano, sły
– I co z nim? – zapytałem.
– Ken miał powiązania z McGuane'em.
– W jaki sposób?
– Nic więcej nie wiem. Pomyślałem o Duchu.
– Czy John Asselta też był w to zamieszany? Ojciec zesztywniał. W jego oczach ujrzałem strach.
– Dlaczego pytasz?
– Wszyscy trzej przyjaźnili się w liceum – odparłem. Widziałem go niedawno.
– Asseltę?
– Tak.
– On wrócił? – zapytał cicho. Skinąłem głową. Ojciec zamknął oczy.
– O co chodzi?
– Jest niebezpieczny – powiedział ojciec.
– Wiem o tym. Wskazał na moją twarz.
– On ci to zrobił?
Dobre pytanie, pomyślałem.
– Przynajmniej częściowo.
– Częściowo?
– To długa historia, tato.
Znów zaniknął oczy. Potem otworzył je, oparł ręce o uda i wstał.
– Chodźmy do domu – rzekł.
Chciałem zadać mu kilka pytań, ale wiedziałem, że nie jest to odpowiednia chwila. Poszedłem za ojcem. Z trudem schodził po chybotliwych stopniach trybuny. Wyciągnąłem do niego rękę. Nie chciał mojej pomocy. Ruszyliśmy w kierunku ścieżki. A tam, ze spokojnym uśmiechem i rękami w kieszeniach, stał Duch.