Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 50 из 109

Chodziłam od baru do baru, przemierzając podrzędne lokale, ulubione miejsca ludzi żyjących w nocy. Wszystkie były takie same, jakby stanowiły dzieło tego samego, niezbyt utalentowanego dekoratora wnętrz. Sufity były niskie, a ściany z żużlowych bloków. Ściany wszystkich lokali zdobiły rysunki wykonane fluoryzującymi farbami albo pokrywała je imitacja bambusa czy tanie drewno. W środku było wilgotno i ciemno, śmierdziało starym piwem, dymem i ludzkim potem. W lepszych, podłogi były czyste, a toalety spłukiwane.

W niektórych barach były podesty, na których wyginały się i wiły striptizerki, ich zęby i skąpe kostiumy błyszczały purpurowo w czarnym świetle, a na ich twarzach malowała się nuda. Mężczyźni w koszulach bez rękawów i z ciemnym zarostem na twarzach popijali piwo z butelek i oglądali tancerki. Imitacje eleganckich kobiet sączyły tanie wino albo soki udające drinki i uśmiechały się do przechodzących mężczyzn, mając nadzieję na numerek. Chociaż starały się być uwodzicielskie, przeważnie wyglądały na zmęczone.

Najsmutniejsze wrażenie sprawiały kobiety w wieku granicznym tego handlu ciałem, te właśnie przekraczające linie mety i startu. Były boleśnie młode, a część z nich ciągle wyglądała jeszcze bardzo zdrowo. Niektóre przychodziły po to, żeby się zabawić i szybko zarobić kasę, i

Były też takie, którym udało się zestarzeć. Tylko naprawdę sprytne i wyjątkowo silne potrafiły się dorobić i wyjść z interesu. Chorowite i słabe umierały. Te o mocnych ciałach, ale o słabej woli wytrzymywały. Wiedziały, jaka je czeka przyszłość i akceptowały ją. Umrą na ulicy, bo nie znają i

Apelowałam do tych przystępujących albo opuszczających profesję. Unikałam kobiet w średnim wieku, zatwardziałych i wiedzących, jak żyć na ulicy, które umiały rządzić na swoim terytorium tak, jak z kolei alfonsi potrafili rządzić nimi. Być może młode, naiwne i zbuntowane albo stare, sterane i zużyte były bardziej otwarte. Wcale nie. W każdym kolejnym barze odwracały się ode mnie, pozwalając moim pytaniom rozpłynąć się w zadymionym powietrzu. Zmowa milczenia wydawała się być żelazną zasadą. Obcy nie mają dostępu.

Piętnaście po trzeciej miałam już dosyć. Moje włosy i ubrania przesiąknięte były dymem z papierosów i jointów, a buty śmierdziały piwem. Wypiłam tyle sprite'a, że mogłabym pobudzić Kalahari do życia, a w kącikach oczu miałam mnóstwo drobinek żwiru. Po wyjściu z kolejnego baru i odlepieniu się od kolejnego natręta, zrezygnowałam.

19

Powietrze miało konsystencję rosy. Znad rzeki podnosiła się mgła i w świetle latarń małe kropelki migotały jak klejnoty. Rozkoszowałam się chłodem i wilgocią powietrza. Kłujący ból między szyją a łopatkami uświadomił mi, że przez kilka ostatnich godzin byłam spięta, struta i gotowa do ucieczki. Może i byłam. Jeśli tak, to napięcie tylko częściowo wywołane było moimi poszukiwaniami Gabby. Podchodzenie do prostytutek bardzo szybko stało się rutyną. Ich odmowy też. Opędzanie się od kręcących się wokół i dotykających mnie mężczyzn bardzo szybko stało się odruchowe.

To walka z samą sobą mnie tak wyczerpywała. Spędziłam cztery godziny walcząc ze starym kochankiem, od którego nigdy nie będę wolna. Przez całą noc musiałam opierać się pokusie – brązowawemu blaskowi whisky z lodem, bursztynowemu piwu wlewanemu z butelek w gardła. Czułam zapach mojego oblubieńca i widziałam jego blask w oczach wokół siebie. Kiedyś go kochałam. Do diabła, ciągle go kocham. Ale jego czar przerodziłby się w destrukcję. W moim przypadku każdy przelotny flirt przerodziłby się w niszczący związek o sile, której nie mogłabym się oprzeć. Więc porzuciłam go, przechodząc powoli przez dwanaście różnych stadiów. I trzymałam się z dala. Byliśmy już kochankami, więc nigdy nie będzie mogło być między nami przyjaźni. Dzisiejszej nocy prawie wpadliśmy w swoje objęcia.

Oddychałam głęboko. Unoszący się w powietrzu zapach był mieszaniną oleju silnikowego, mokrego cementu i fermentujących drożdży z browaru Molson. Ste. Catherine była prawie pusta. Staruszek w kanadyjce i flanelowej koszuli z kapturem spał przed sklepem, a obok niego leżał brudny kundel. I

Zniechęcona i wyczerpana, szłam w stronę St. Laurent. Próbowałam. Jeśli Gabby jest w tarapatach, te kobiety nie pomogą mi się z nią skontaktować. Ten klub jest tak samo zamknięty jak liga baseballowa.

Minęłam My Kinh. Tablica nad oknem reklamowała KUCHNIA WIETNAMSKA i obiecywała, że lokal jest czy

Zanurzyła pierożek w czerwono-wiśniowym sosie, po czym podniosła go do ust i polizała koniuszek. Po chwili zaczęła przyglądać się pierożkowi, żeby potem przednimi zębami obgryźć kawałek ciasta. Ponownie go zanurzyła i nie spiesząc się powtórzyła manewr. Zastanawiałam się, jak długo już się zajmuje tym pierożkiem.

Nie. Tak. Jest zbyt późno. Cholera. Ostatnia próba.

Pchnęłam drzwi i weszłam do środka.

– Cześć.

Słysząc mój głos, jej głowa podskoczyła. Najpierw wyglądała na zakłopotaną, ale już po chwili na jej twarzy zagościł wyraz ulgi, kiedy w końcu mnie rozpoznała.

– Cześć, skarbie. Ciągle nie w domu? – Wróciła do swojego pierożka.

– Mogę się dosiąść?

– Nie krępuj się. Nie zabierasz mi klientów, słonko, nie mam nic do ciebie.

Wśliznęłam się do boksu. Była starsza, niż myślałam, miała pod czterdziestkę, a może właśnie ją przekroczyła. Chociaż skóra na szyi i czole była jędrna i nie miała worków pod oczyma, w ostrym, jarzeniowym świetle widziałam delikatne zmarszczki rozchodzące się promieniście od kącików ust i jej podbródek też już zaczynał tracić kształt.

Kelner przyniósł menu i zamówiłam Soupe Tonqinoise. Nie byłam głodna, ale chciałam mieć pretekst, żeby zostać.

– Znalazłaś swoją przyjaciółkę, skarbie? – Sięgnęła po kawę i zaklekotały plastikowe bransoletki na jej ręku. Zauważyłam szare linie blizn po wewnętrznej stronie łokcia.

– Nie.

Milczałyśmy przez chwilę, kiedy Azjata, mniej więcej piętnastoletni chłopiec przyniósł wodę i plastikową podstawkę.

– Jestem Tempe Bre

– Pamiętam. Jewel Tambeaux może i dużo się pieprzy, kochana, ale głupia nie jest. – Polizała pierożek.

– Pani Tambeaux…

– Mów mi Jewel, skarbie.

– Jewel, przez ostatnie cztery godziny usiłowałam się dowiedzieć, czy moja przyjaciółka jest cała i zdrowa, a nikt nie chce nawet przyznać, że w ogóle o niej słyszał. Gabby przychodziła tutaj od lat, więc jestem pewna, że wiedzą, o kogo mi chodzi.

– Może i wiedzą, skarbie. Ale nie mają zielonego pojęcia, dlaczego się o nią pytasz. – Odłożyła pierożek i popiła kawę, cicho siorbiąc.

– Dałam wam swoją wizytówkę. Nie ukrywam, kim jestem. Zmierzyła mnie stanowczym wzrokiem. Dobiegający od niej zapach taniej wody kolońskiej, dymu i niemytych włosów wypełniał mały boks. Na kołnierzyku jej bluzki widać było ślady makijażu.