Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 109

– Super. Ucałuj ją bardzo mocno ode mnie. Aha, dostałam piątkę z francuskiego, jeśli to ci chodzi po głowie.

– Nie miałam wątpliwości, że tak będzie – odparłam, śmiejąc się. – Porozmawiamy jutro.

Dwadzieścia minut później zaparkowałam pod budynkiem, w którym mieszka Gabby. Jakimś cudem było wolne miejsce dokładnie naprzeciw jej drzwi wejściowych. Wyłączyłam silnik i wysiadłam.

Gabby mieszka na Carre St. Louis, uroczym, małym placu wciśniętym między rue St. Laurent a rue St. Denis. Okrągły park jest otoczony stojącymi w rzędach domami o bardzo wymyślnych kształtach. Pełno na nich drewnianych zdobień, reliktów wieku fantazji w architekturze. Ich właściciele pomalowali je w barwy tęczy i ozdobili dziedzińce bujnymi bukietami letnich kwiatów, przez co wyglądały jak z filmów animowanych Disneya.

Jest coś ze spełnionego kaprysu w tej oazie zieleni, poczynając od położonej w środku fonta

Rzuciłam okiem na dom Gabby. Stoi po północnej stronie parku i jest trzecim budynkiem od rue Henri-Julien. Katy jego wygląd skwitowałaby określeniem “nieprzyzwoita przesada", którego to używała do krytykowania sukienek mijających nas kobiet podczas naszych dorocznych, wiose

Jest to trzypiętrowy budynek z brązowej cegły. Niższe piętra wybrzuszają się ogromnymi oknami w wykuszu, a ścięty dach wieńczy sześciokątna wieżyczka, która pokryta jest małymi owalnymi płytkami ułożonymi jak łuski na ogonie rusałki. Wokół niej jest romantyczny balkon ograniczony balustradą z kutego żelaza. Okna są w stylu arabskim, ich dolne części znaczą kąty proste, natomiast górne rozdymają się w łuki. Stara

Musiała już na mnie czekać. Nim zdążyłam przejść przez ulicę, zasłona drgnęła i po chwili otworzyły się drzwi. Pomachała mi, zamknęła drzwi na klucz i sprawdziła, czy są zamknięte, gwałtownie szarpiąc za klamkę. Kiedy szybko schodziła po żelaznych schodach, jej długa sukienka nadymała się jak żagiel na silnym wietrze. Usłyszałam ją, kiedy się zbliżyła. Gabby lubi rzeczy, które błyszczą i brzęczą. Tego wieczora jej kostkę zdobiła bransoleta, na której zawieszone były małe, srebrne dzwoneczki. Każdemu jej krokowi towarzyszyło brzęczenie. Była ubrana w stylu, jaki w szkole średniej określałam mianem Nouveau Ashram. Zawsze się tak ubierała.

– Jak leci?

– W porządku – rzuciłam wymijająco.

Już w momencie, w którym to mówiłam, wiedziałam, że to nieprawda. Ale nie miałam ochoty rozmawiać o morderstwach, Claudelu, straconym weekendzie w Quebec City, moim małżeństwie ani o niczym i

– A u ciebie?

– Bien.

Poruszała głową na boki i jej dredy trochę przyklapnęły. Bien. Pas bien. Zupełnie tak jak dawniej. Ale nie do końca. Zauważyłam, że zachowuje się podobnie, jak ja. Ona też coś ukrywała, ale wyraźnie nie chciała prowadzić żadnych poważnych rozmów. Czując się nieco przygnębiona, ale podejrzewając, że mój nastrój się poprawi, nic nie powiedziałam i udawałam, że wszystko jest w porządku.

– No to gdzie idziemy zjeść?

Nie zmieniałam tematu, bo przecież jeszcze o niczym nie zaczęłyśmy rozmawiać.

– A na co masz ochotę?

Już się nad tym zastanawiałam. Przeważnie decyduję się na coś, wyobrażając sobie jedzenie na talerzu przede mną. Pod tym względem jestem zdecydowanie wzrokowcem. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o jedzenie, decyduje wygląd dania, a nie menu. Dzisiaj miałam ochotę na coś czerwonego i ciężkiego.

– Pójdziemy do włoskiej?

– Okej. – Zastanowiła się. – Może Vivaldi na Prince Arthur? Tam na pewno usiądziemy na dworze.

– Idealnie. I nie będę już musiała ruszać samochodu. Przeszłyśmy przez plac, idąc pod dorodnymi drzewami liściastymi, które górują nad trawnikiem. Starsi ludzie siedzieli na ławkach, rozmawiając w grupach, przyglądając się i

Minęliśmy kamie

Opuściłyśmy plac, skręciłyśmy w rue Laval i przeszłyśmy między rzędem kamie

Dyskretnie obserwowałam ją kątem oka. Wodziła wzrokiem po twarzach przechodniów, obgryzając jednocześnie paznokieć u kciuka. Wydawało się, że uważnie przygląda się ludziom. Wyglądała na nerwową i tak, jakby czegoś szukała na zatłoczonych chodnikach.

Wieczór był ciepły, a powietrze wilgotne. Ulica Prince Arthur była zakorkowana. Ludzie kłębili się i chodzili we wszystkie strony. Okna i drzwi restauracji były pootwierane, a stoliki stały chaotycznie, jakby ktoś planował ustawić je w porządku później. Mężczyźni w bawełnianych koszulach i kobiety z odsłoniętymi ramionami rozmawiali i śmiali się pod jaskrawymi parasolami. I

Kiedy w końcu usiadłyśmy, Gabby zamówiła fettucine alfredo. Ja poprosiłam o veal picatta i spaghetti. Chociaż dałam się skusić cytrynie, przynajmniej częściowo pozostałam wierna czerwieni. Kiedy czekałyśmy na sałatki, sączyłam Perriera. Rozmawiałyśmy trochę, ruszałyśmy ustami, wydobywałyśmy z siebie słowa, ale tak naprawdę nic sobie nie powiedziałyśmy. Większość czasu po prostu siedziałyśmy. Nie było to swobodne milczenie starych przyjaciół, ale krępująca cisza.

Znałam zmie

Wiedziałam, jak interpretować jej zachowanie. Piła za dużo, żeby zabić w sobie niepokój. Alkohol, opium ludzi z kłopotami. Wiedziałam, bo sama tego próbowałam. Kostki lodu w moim Perrierze topiły się powoli. Patrzyłam, jak plasterek cytryny zmieniał pozycję. Spadał z jednej kostki na niższą z cichym sykiem.

– Gabby, co się dzieje?

Pytanie ją wystraszyło.

– Dzieje?

Zaśmiała się nerwowo i odgarnęła dreda z twarzy. Z jej oczu nic nie można było wyczytać.

Widząc, że nie chce o tym mówić, wybrałam neutralny temat. Powie mi, jak będzie gotowa. A może jestem tchórzem. Ceną, którą może przyjść zapłacić za wzajemną bliskość, może być jej utrata.