Страница 43 из 65
Tyrese przejął pałeczkę. Ze zręcznością sztukmistrza wydobył zwitek banknotów grubszy od mojego nadgarstka.
– Powiedz mu, że zapłacimy za wizytę. – I z uśmiechem dodał: – Tobie również, jeśli przyjmie nas od razu.
Dwie minuty później wprowadzono nas do sanktuarium pana Fla
– Proszę – zachęcił Fla
Usiadłem. Tyrese nie skorzystał z zaproszenia. Założył ręce na piersi i oparł się o ścianę.
– A zatem – rzekł Fla
Peter Fla
– Muszę pana zapytać o pewną starą sprawę – powiedziałem.
Spojrzał na mnie oczami, które zachowały młodzieńczą błękitną barwę. Na biurku zauważyłem zdjęcie Fla
– Starą sprawę? – powtórzył.
– Moja żona była u pana osiem lat temu. Muszę się dowiedzieć w jakim celu.
Fla
– Nie rozumiem. Czy to była sprawa rozwodowa?
– Nie.
– A więc… – Rozłożył ręce i wzruszył ramionami w stylu „chciałbym-panu-pomóc”. – Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. Nie wiem, co w tej sytuacji mógłbym dla pana zrobić.
– Nie sądzę, żeby była pańską klientką.
– Nie rozumiem pana, panie… – Czekał, aż mu podpowiem.
– Beck – powiedziałem. – Doktor, nie pan.
Szczęka lekko mu opadła, gdy usłyszał moje nazwisko.
Zastanawiałem się, czy skojarzył je z informacją podaną w wiadomościach. Czułem jednak, że nie o to chodziło.
– Moja żona miała na imię Elizabeth. – Fla
Odchrząknął.
– Nie – odparł. – Nie była moją klientką.
– Ale pamięta ją pan?
Niespokojnie wiercił się na fotelu.
– Tak.
– Czego dotyczyła ta rozmowa?
– Minęło wiele czasu, doktorze Beck.
– Chce pan powiedzieć, że nie pamięta?
Nie odpowiedział wprost.
– Pańska żona – rzekł – została zamordowana, prawda? Przypominam sobie, że czytałem o tym w gazetach.
Nie dałem się odwieść od tematu.
– Po co tu przyszła, panie Fla
– Jestem adwokatem – odpowiedział i lekko się nadął.
– Nie jej.
– Mimo to – stwierdził, usiłując zyskać przewagę. – Mój czas jest drogi. – Odkaszlnął, zasłaniając usta dłonią. – Wspominał pan o wynagrodzeniu.
Spojrzałem przez ramię, ale Tyrese już oderwał się od ściany. W ręku trzymał gruby zwitek i odliczał banknoty. Rzucił na biurko trzy z wizerunkiem Bena Franklina, zmierzył Fla
Adwokat popatrzył na pieniądze, ale nie dotknął ich. Złożył dłonie, zaczynając od czubków palców.
– A jeśli odmówię?
– Nie rozumiem, dlaczego miałby pan odmawiać – powiedziałem. – Nie była pańską klientką, więc nie obowiązuje pana tajemnica zawodowa.
– Nie o to chodzi – rzekł Fla
– Bardzo.
– Czy ożenił się pan ponownie?
– Nie. A jakie to ma znaczenie?
Wyciągnął się w fotelu.
– Niech pan wyjdzie – oświadczył. – Proszę zabrać swoje pieniądze i wyjść.
– To ważne, panie Fla
– Nie sądzę. Ona nie żyje od ośmiu lat. Jej morderca czeka na wykonanie kary śmierci.
– Czego nie chce mi pan powiedzieć?
Fla
– Niech pan wyświadczy mi grzeczność – zwrócił się do Tyrese’a. – Niech pan przestanie mnie straszyć, dobrze? Miałem do czynienia z psychopatami, przy których wyglądałby pan jak Mary Poppins.
Tyrese najwyraźniej zamierzał coś zrobić, ale to by mi nie pomogło. Zawołałem na niego. Spojrzał na mnie. Pokręciłem głową. Wycofał się. Fla
– Wolałby pan tego nie wiedzieć – odezwał się po chwili.
– Wątpię.
– To nie przywróci życia pańskiej żonie.
– Może jednak – powiedziałem. Moje słowa zbiły go z tropu. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie, ale zaraz złagodniał. – Proszę – dodałem.
Obrócił fotel bokiem i odchylił głowę do tyłu, spoglądając na rolety, które pożółkły i popękały jeszcze w czasach przesłuchań związanych z aferą Watergate. Splótł dłonie i położył je na wydatnym brzuchu. Patrzyłem, jak unoszą się i opadają przy każdym oddechu.
– Byłem wtedy obrońcą z urzędu – zaczął. – Wie pan, o czym mówię?
– Bronił pan ubogich.
– Coś w tym rodzaju. Według praw Mirandy oskarżonemu przysługuje wybór adwokata, jeśli go na niego stać. Jeżeli nie, dostaje kogoś takiego jak ja. – Skinąłem głową, lecz on wciąż wpatrywał się w rolety. – Mimo to otrzymałem sprawę jednego z najgłośniejszych morderstw w tym stanie.
Zimny dreszcz powoli pełzł mi wzdłuż kręgosłupa.
– O kogo chodziło? – spytałem.
– O Brandona Scope’a. Syna multimilionera. Pamięta ją pan?
Zamarłem przerażony. Nic dziwnego, że nazwisko Fla
Aby wszystko było jasne, pozwólcie, że wspomnę, co pisano o tym w gazetach. Brandon Scope, lat trzydzieści trzy, został obrabowany i zamordowany osiem lat temu. Tak, osiem lat temu. Jakieś dwa miesiące przed śmiercią Elizabeth. Wpakowano mu dwie kule i podrzucono ciało na terenie budowy w Harlemie. Nie miał przy sobie pieniędzy. Wszystkie gazety rozpisywały się o tym. Wiele pisano o charytatywnej działalności Brandona Scope’a. O tym jak pomagał dzieciakom z ulicy, jak wolał pracować wśród ubogich zamiast kierować międzynarodowym konsorcjum tatusia i tym podobne rzeczy. Było to jedno z tych morderstw, które „wstrząsają opinią społeczną” i prowadzą do wytykania palcami oraz załamywania rąk. Powstała fundacja dobroczy
– Pamiętam – powiedziałem.
– A pamięta pan, że aresztowano podejrzanego?
– Chłopaka z ulicy – odparłem. – Jednego z tych, którym pomagał, tak?
– Właśnie. Aresztowali niejakiego Helia Gonzaleza, wówczas dwudziestodwuletniego. Zamieszkałego w Barker House w Harlemie. Rejestr jego przestępstw był równie ciekawy jak życiorys bohatera narodowego. Napad z bronią w ręku, podpalenie, rozbój. Prawdziwy przyjemniaczek, ten nasz pan Gonzalez.