Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 96 из 151

Bellis czuła, że napięcie, lęk i podniecenie narastają wokół niej z każdą godziną.

Wiele dni po przybyciu Armady na martwe oko nareszcie wydano obwieszczenie, którego wszyscy się spodziewali. Plakaty i krzykacze informowali ludzi, że mają być gotowi, że prace badawcze skończone, że próba zostanie podjęta.

Chwila przełomowa, niezwykła, nikogo jednak nie zaskoczyła. Po takim długim milczeniu oficjalnych czy

Ta

Zanurzona uprząż działała na niego kojąco. Nareszcie mógł popatrzeć na coś dużego i realnego, przełamującego monotonię głębin.

Ta

Przygotowania dobiegły końca.

Zbliżało się południe, lecz w mieście było cicho jak przed świtem.

Na sąsiednich statkach Bellis widziała ludzi obserwujących z daleka, zza rogów, z miejskich parków. Nie dało się słyszeć prawie żadnych dźwięków. Po niebie nie latały sterowce.

– Pół miasta jest w domach – syknęła do Uthera Doula.

Znalazł ją na pokładzie „Wielkiego Wschodniego”, gdzie przyszła wraz z tymi nielicznymi Armadyjczykami, którzy uważali, że ten historyczny moment należy oglądać z samego okrętu flagowego.

„Boją się” – pomyślała, patrząc nad pustymi ulicami na statki w dole. „Zdają sobie sprawę, jaka jest stawka. Jak marynarze w szalupie ratunkowej, którzy cumują do wieloryba”. Zdusiła w sobie śmiech „I boją się burzy”.

Silne burze budziły grozę w obywatelach Armady. Miasto nie mogło ominąć narowów niepogody ani zaprząc ich do swoich celów. Porywiste wiatry potrafiły oderwać statek od statku albo rzucić jednym o drugi nawet przy najmocniejszych buforach. Dzieje Armady roiły się od opowieści o strasznych, śmiercionośnych szkwałach.

Nigdy wcześniej celowo nie ściągnęli na siebie huraganu.

Do przebicia membrany między rzeczywistościami, nawet w tym słabym punkcie, i zwabienia awanka na tę płaszczyznę konieczna była gigantyczna erupcja energii. Burza elyktryczna by nie wystarczyła, potrzebowali burzy żywej, orgii, szaleństwa fulmenów, cząstek elementarnych błyskawicy.

A że, na szczęście, żywe burze były niemal tak samo rzadkie jak wypływy Momentu, Niszczukowody musiały sztucznie wywołać to zjawisko.

Sześć masztów „Wielkiego Wschodniego”, a przede wszystkim potężny maszt główny, owinięto miedzianym drutem w gumowej izolacji, który znikał we wnętrzu statku, ciągnął się korytarzami i schodami, pod strażą gwardzistów, w końcowym punkcie podpięty do ezoterycznej nowej maszyny napędzanej skalnym mlekiem. Silnik ten miał przesłać kolosalne ładunki przez nity łańcucha do wędzidła i dalej, w morską głębinę.

W jakimś miejscu zebrali się uczeni i piraci-taumaturgowie z Książkowic, Alozowic i Niszczukowód: meteoromanci i elementaliści z dziwacznymi urządzeniami, piecami, mazidłami i darami. Może ofiarnymi. Bellis wyobrażała sobie ich gorączkową pracę: mierzą prądy eteryczne, dorzucają paliwa, wypowiadają zaklęcia.

Przez jakiś czas słychać było tylko szepty, odległe okrzyki mew i szum fal. Każdy, kto stał w bezlitosnym upale, chciał usłyszeć coś czego nigdy wcześniej nie słyszał, ale ludzie nie mieli żadnego wyobrażenia o tym, na co czekali. Nareszcie doczekali się: dźwięk tak monolityczny, że wprawił w drżenie wszystkie statki.

Bellis usłyszała, jak Uther Doul wypuścił powietrze i szepnął: „Teraz”. Jego głos był nasycony uczuciem, którego nie rozpoznała.

Pokład „Wielkiego Wschodniego” nagle poruszył się pod ich stopami z perkusyjnym trzaskiem.

Armada zawibrowała gwałtownie.

– Opuszczają wędzidło, łańcuchy do dziury – powiedział cicho Doul.

Bellis ścisnęła poręcz relingu.

Pod wodą Ta

Zsuwał się przez wodę etapami, osiągając granicę swojej wolności, kiedy kończyły się kolejne długie na kilkadziesiąt metrów ogniwa. A potem detonowano kolejny ładunek, obracały się ogromne windy i pierścień opadał o kolejny odcinek.

Kiedy metalowa obręcz docierała do końca kolejnego ogniwa, miasto w górze poruszało się, ulegało przemieszczeniu, jego wymiary zmieniały się pod obciążeniem. Łańcuchy były olbrzymie, na skalę geologiczną, każde potężne szarpnięcie miało siłę wstrząsu sejsmicznego. Armada mogła się jednak poszczycić bardzo dobrą pływalnością, którą zawdzięczała stara

– Na kopulującego Jabbera! – krzyknęła Bellis. – Musimy zejść pod pokład!

Doul przytrzymał ją mocno i unieruchomił.

– Nie chcę tego przegapić i pani też nie powi

W tym momencie miasto wierzgnęło przerażająco.

Opadanie wędzidła nabrało tempa. Ta

Łańcuchy od pokoleń obrastały koloniami pąkli i ślimaków morskich, tak że kiedy ogniwa odrywały się od dna statków, posyłały w otchłań całe masy tych stworzeń.

Po wielu minutach Armada znowu prawie znieruchomiała, kołysała się bardzo nieznacznie na skutek ostatnich drgań łańcucha. Ptaki kursowały bezmyślnie po niebie. Ogromny ciężar metalu osiadł. Wszyscy trwali w wyczekującym napięciu.

Wszyscy wstrzymali oddech, lecz nic się nie stało.

Wędzidło zwisało teraz pod kilometrami łańcucha. Miasto w górze poruszało się spokojnie na wezbranej wodzie.

Armadyjczycy czekali w skupieniu, ale woda martwego oka była spokojna, a niebo czyste. Na pokładach pojawiało się coraz więcej ludzi. Z początku byli wystraszeni i niepewni, nadal czekali na wystąpienie czegoś, czego nie umieli sobie wyobrazić. Nic się jednak nie stało.

Bellis nie wiedziała dokładnie, jakiego rodzaju kryzys dał się we znaki naukowcom i taumaturgom. Obiecana burza nie zmaterializowała się. Maszyny napędzane skalnym mlekiem ani drgnęły.

„Nie powi

Mimo to obywatele Armady przeżyli potężny zawód. Po dwóch godzinach miasto powróciło do wcześniejszego stanu. Nienaturalna cisza ustąpiła.

Rozczarowani piraci dyskutowali i dowcipkowali na temat tej porażki. Żaden naukowiec ani urzędnik z Niszczukowód nie wystąpił z oświadczeniem. Armada unosiła się na spokojnej wodzie otulona płaszczem gorąca. Mijały kolejne godziny oficjalnego milczenia.

Bellis nie mogła znaleźć Doula, który poszedł sprawdzić, co się stało. Spędziła wieczór sama. Powi