Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 92 из 151

Bellis zmarszczyła brwi, po czym skinęła głową.

– W Nowym Crobuzon nazywaliśmy to… – zastanowiła się nad adekwatnym tłumaczeniem – hipotezą Spękanej Ziemi. Znałam naukowca, który pasjonował się takimi sprawami.

– Pęknięta Ziemia, za niemożliwym morzem – powiedział Doul. – W młodości sporo czasu poświęciłem studiom mitologicznym i kosmogonicznym. Spękana Ziemia, Pęknięta Ziemia, Wersety Dnia. Widmowcy przybyli tutaj ze wschodniej krawędzi wszechświata. Mijali kamie

„A przecież to my rozprawiliśmy się z Imperium Widmowców” – pomyślała Bellis, której zakręciło się w głowie od tej heretyckiej filozofii. „Podczas Rebelii, a potem Wyłuszczenia. Chociaż jesteśmy takimi słabeuszami”.

– Powiadają, że przewodził pan Rebelii – powiedziała.

– Niczemu nie przewodziłem – odrzekł ostro Doul, zaskakując ją. – Jestem żołnierzem, a nie przywódcą. Cromlech to świat kastowy. Pani wychowywała się w otwartym, handlowym mieście, dlatego dla pani praca najemna jest czymś oczywistym. Nie ma pani pojęcia. – Poczucie wyzwolenia daje sprzedawanie swoich usług, wykonywanie poleceń pracodawcy. Nie jestem przywódcą.

Uther Doul prowadził ją korytarzami „Wielkiego Wschodniego”.

Kiedy zatrzymał się na jednym z licznych skrzyżowań, przez moment sądziła, że ją pocałuje. Wytrzeszczyła oczy ze zdumienia, ale nie taki był jego zamiar.

Przytknął palec do ust.

– Chcę, żeby dowiedziała się pani czegoś na temat Kochanków – szepnął.

– Jak oni się nazywają? – spytała Bellis ze znużeniem i złością w głosie. – Mam już dosyć tej… tajemnicy, a nie wierzę, że pan nie pamięta.

– Oczywiście, że pamiętam – odparł Uther Doul – ale to, jak się kiedyś nazywali, nie ma nic do rzeczy. Teraz są Kochankami. Lepiej niech pani wbije to sobie do głowy.

Doul sprowadził ją na niższe pokłady. Odciągnął ją od nocnych odgłosów, od patroli. „O co chodzi?” – pomyślała Bellis, przejęta i zdeprymowana. Dotarli do pogrążonej w ciemnościach i głuchej ciszy części statku. Nie było okien. Znajdowali się poniżej linii wodnej, w dawno porzuconym pomieszczeniu.

W końcu Doul pochylił się i pod gąszczem rur wszedł do maleńkiej klitki, a za nim Bellis. Właściwie nie był to pokój, lecz odrobina wygospodarowanego miejsca. Wszędzie było pełno kurzu i łuszczącej się farby.

Doul delikatnie przytknął jej palec do ust.

Bellis miała świadomość, że potulne chodzenie za Doulem, bratanie się z nim, nie jest rozsądnym zachowaniem ze strony osoby głęboko zaangażowanej w antyniszczukowodzką działalność. „Co ja tu robię?” – pomyślała.

Uther Doul pokazywał na sufit, znajdujący się ledwo kilka centymetrów nad jego głową. Ekspresyjnie nadstawił ucha. Dopiero po kilku chwilach Bellis cokolwiek usłyszała. Początkowo nie była pewna, co to za dźwięki.

Głosy. Tłumione przez warstwy powietrza i metalu. Jakby znajome. Bellis zadarła głowę. Teraz prawie rozróżniała poszczególne słowa.

Przyszli do przypadkowego lokalu podsłuchowego. Kaprysy architektury i materiałoznawstwa sprawiły, że dźwięki z pokoju na górze przechodziły – może rurami, a może między powałą i podłogą nie było żadnej izolacji – przez sufit.

Głosy z pokoju na górze. Z pokoju Kochanków.

Zastygła ze zdumienia. Słyszała głosy Kochanków.

Ostrożnie i powoli, jakby mogli ją jakimś cudem zobaczyć, Bellis wyciągnęła szyję i słuchała.

Słowa wypowiadane w zmie

– …kochanie… zaraz… kurwa… tak, i… tnij… teraz… kochanie… tnij… tak, tak…

Tak. Słowa były gęste. Bellis aż cofnęło, fizycznie, dosłownie, odsunęła się spod akustycznie przepuszczalnego miejsca na suficie. Słowa, dźwięki padały szybko, tak bardzo nasączone namiętnością i pragnieniem, że trzeba je było odgryzać, bo inaczej wyszedłby z tego nieartykułowany wrzask.

– …tnij… tak… kochanie… tnij…

Dwa strumienie słów, męski i żeński, nierozerwalnie ze sobą splecione, rytmicznie zsynchronizowane.

„Jabberze kochany!” – pomyślała Bellis. Uther Doul przyglądał się jej z pozbawioną wyrazu miną. „Tnij i tnij, i kochanie, i tnij!” Przerażona ruszyła do drzwi. Myślała o tym, co robili Kochankowie w swoim pokoju, kilkadziesiąt centymetrów nad jej głową.

Doul wyprowadził ją z tej makabrycznej klitki. Przebiwszy się przez kolejne pokłady metalu, wyszli na nocne powietrze. Doul wciąż nic nie mówił.

„Do czego ty zmierzasz? – pomyślała wpatrzona w jego plecy. – „Po co ta prezentacja?”

W jego zachowaniu nie było ani śladu lubieżności. Bellis nie mogła pojąć, o co chodzi. Sztywny, wymowny i oficjalny w swoim pokoju ujawniający niezwykłe historie i teorie, żeby tylko nie przestać mówiona tych korytarzach przeistoczył się w łobuzerskie dziecko z tajną kryjówką. Z niemą, nie wyartykułowaną dumą, której należy się spodziewać u takiego dziecka, zaprowadził ją tam i zapoznał ze swoim sekretem. Nie umiała zgłębić pobudek, które nim kierowały.

Zadrżała na wspomnienie tych zasapanych krzyknięć, pokręconych deklaracji namiętności. A może miłości. Pomyślała o bliznach, cieciu. Krew i rozorana skóra, żarliwość. Trochę zbierało się jej na wymioty. Tym, co ją przeraziło, nie była jednak przemoc, fakt użycia noży i tak dalej. Nie o to chodziło. Erotyczne grzeszki jej nie przeszkadzały, bez trudu potrafiła je zrozumieć.

Podsłuchane poczynania miały jednak zupełnie i

To agresywne, jęczące zespolenie, które oni uważali za miłość, jej kojarzyło się raczej z masturbacją i budziło w niej obrzydzenie.

Bellis czuła się nie tylko zniesmaczona, ale i zagrożona, wystraszona.