Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 82 из 151

Nogi same go poniosły, jakby usłyszał buczenie anophelii, oderwały się od skały i teraz spada.

Pod sobą ma tylko powietrze, ponad piętnaście metrów powietrza, niżej poruszającą się oleiście wodę, która połyskuje jak żelazo. Już przed skokiem widział ruch morza. Jest teraz stworzeniem morskim i umie odczytywać kształty prądów. Wie, że woda pod nim jest głęboka. Ta

Jest mu błogo, kiedy wisi nieruchomo w ciemnej wodzie. Upaja się poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje mu otaczająca go przestrzeń. Żadne kobiety-moskity tutaj nie przylecą. W tym momencie nachodzi go myśl o i

Czuje ciężar nawoskowanego woreczka. Przyciska go do brzucha i odpycha się spiętymi błoną palcami stóp. Od tak dawna nie pływał. Ma wrażenie, że skóra zakwita mu w wodzie, a jej pory rozchylają się jak kwiaty.

Czerń nie jest absolutna. Rozszerzonymi źrenicami Ta

Opływa wyspę anopheliusów. Wyczuwa anemony i jeżowce. Ze smutkiem zdaje sobie sprawę, iż po raz pierwszy i prawie na pewno nie płynie na tyle blisko morskiego łoża, aby wczuć się w jego życie, ale jest zbyt ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć. Może sobie tylko wyobrazić sękate twory z piasku i kamienia, nad którymi przepływa, skalne występy i martwe drewno, które z pewnością obrosło futrem wodorostów, nasycone kolory, które ujawniłoby światło.

Mijają minuty wytężonego pływania. Przybrzeżne morze smakuje inaczej niż otwarty ocean wokół Armady. Wodna zupa jest gęstsza. Zalewa go smak maleńkiego życia i śmierci.

A potem nagle dochodzi smak rdzy.

„Plaża Maszyn” – myśli Ta

Na roziskrzonej od księżycowej poświaty powierzchni majaczą trzy duże kształty, samheryjskie statki, blokujące dostęp skąpemu i bez tego światłu. Grube łańcuchy prężą się w wodzie, kotwice spoczywają pośród szkieletów znacznie starszych wytworów cywilizacji.

Ta

Ludzie-kaktusy z Dreer Samher burzą się na jego widok, mimicznie dają wyraz złości, grożą mu, wymachując pięściami i kolczastymi przedramionami, ale to jest wszystko udawane. Nie mogą zrozumieć, co tu robi obszarpany prze-tworzony, który wspiął się po łańcuchach i stoi na pokładzie, ociekając wodą, patrząc na nich nerwowo, czekając, aż marynarze zabiorą go na dół.

– Dajcie mi porozmawiać z kapitanem, chłopcy – powtarza raz po raz w salt, wystraszony, lecz gotowy na wszystko.

Widząc, że ich groźby nie robią na nim wrażenia, marynarze zabierają go w rozświetlone świecami ciemności statku. Prowadzą Ta

Znudzone naczelne są tutaj ukrywane przed głodem kobiet-moskitów.

Sengka siedzi w swojej kajucie, a Ta

Jest politykiem. Niespodziewany widok Ta

– No to gadaj – mówi po paru chwilach milczenia. Pomija grzecznościowe wstępy, co budzi szacunek Ta

Ta

Nie wiem, kapitanie, naprawdę. Rozumiem z tego nie więcej niż pan. Wiem tylko, że są tam informacje ważne dla Nowego Crobuzon.

Sengka kiwa ze zrozumieniem głową i rozważa dostępne opcje. Odesłać gościa i nie robić nic. Zabić go na miejscu – nic prostszego – i zabrać pieczęć. Przekazać woreczek. Nie przekazywać woreczka. Oddać gościa Armadzie, tym, których z pewnością zdradził, chociaż jak i po co, tego kapitan nie umie rozwikłać. Nurjhitt Sengka jest jednak zaintrygowany całą sytuacją i tym odważnym intruzem. Nie żywi do niego wrogości. I nie umie powiedzieć, dla kogo ten człowiek pracuje, kto jest jego protektorem.

Kapitan Sengka nie chce ryzykować wojny z Armadą, a tym bardziej z Nowym Crobuzon. „W liście nie ma nic, co stwarzałoby dla nas zagrożenie” – myśli i nie może się doszukać powodów, aby nie wziąć na siebie roli kuriera.

W najgorszym razie kapitan wypuści się na obce wody, z dala od szlaków handlowych Dreer Samher, a list nie zostanie uhonorowany. Czy to będzie katastrofa? Sengka zawinie do najbogatszego miasta świata, a jest nie tylko piratem, ale również kupcem. Podróż nie jest ani łatwa, ani krótka, ale może warto ją podjąć ze względu na samą możliwość, że list, opatrzony pieczęcią miasta, urzędowo potwierdzony przez autora, zostanie uhonorowany.

Na stojąco finalizują transakcję. Ta