Страница 74 из 151
Rozdział dwudziesty czwarty
Ta
Skóra pękała mu od gorąca, a macki bolały.
Większość dnia spędził na czekaniu, aż Kochanka, Tinti
– Te kretyny, kutasy jedne, mordy mają do dupy podobne – bluzgali niektórzy wygłodniali mężczyźni.
Żarłoczna zawziętość kobiet-moskitów głęboko wstrząsnęła Armadyjczykami. Mieli świadomość, że partnerki ich gospodarzy czyhają w powietrzu tuż za murami, że panujący w mieście osowiały spokój jest zwodniczy – że tkwią w pułapce.
Niektórzy spośród towarzyszy Ta
Nie chcąc psuć atmosfery, Ta
Osoby zgromadzone w dużej, ascetycznej sali podzieliły się na dwa obozy: po jednej stronie Armadyjczycy, po drugiej ludzie-kaktusy z Dreer Samher. Obserwowali się nawzajem nieufnie. Kapitan Sengka toczył zażartą dyskusję z Hedrigallem i dwoma i
– Nie przepada za mną – powiedział ze zmęczonym uśmiechem. – W kółko powtarzał, że jestem zdrajcą. – Wywinął oczami. – Ale nie popełni żadnego głupstwa. Boi się Armady. Powiedziałem, że szybko się stąd zmywamy, że nic nie przywieźliśmy i nic nie bierzemy, ale dałem mu też do zrozumienia, że jak nam coś zrobią, to będzie się to równało wypowiedzeniu wojny. Nie przewiduję żadnych kłopotów.
Po jakimś czasie Hedrigall zauważył, że Ta
Ludzie-moskity wchodzili do środka i przyglądali się Armadyjczykom. Kiwali głowami do kolegów, pohukiwali i pogwizdywali. Ta
Armadyjska załoga godzinami pociła się i cierpiała pragnienie, podczas gdy Kochanka i Tinti
Warunki mieli iście koszarowe. Gospodarze wyłożyli podłogę sali trzciną. Noc była gorąca. Ta
Nigdy w życiu nie był taki zmęczony. Czuł się tak, jakby wyssano z niego energię do ostatniej iskry i zastąpiono nocnym upałem. Złożył głowę na zaimprowizowanej poduszce, mokrej od jego potu, i mimo odległości podłogi – tylko w nieznacznym stopniu złagodzonej przez zimny podkład, zresztą zapach pyłku i rośli
Po przebudzeniu miał wrażenie, że spał nie więcej jak dziesięć minut. Zobaczył światło dnia i jęknął smętnie. Głowa go bolała i łapczywie napił się wody z dzbana.
Kiedy wszyscy Armadyjczycy już się obudzili, z małego, bocznego pomieszczenia wyszła Kochanka, Doul i Coldwine, w towarzystwie tych ludzi-kaktusów, którzy opuścili ich poprzedniego wieczoru. Był z nimi bardzo stary anophelius, odziany tak samo jak jego rodacy i z tym samym wyrazem spokojnego zainteresowania na twarzy.
Kochanka przemówiła do zgromadzonych w jednym miejscu sali Armadyjczyków.
– To jest Krüach Aum.
Krüach Aum, stojący obok niej, ukłonił się i przebiegł wzrokiem po Armadyjczykach.
– Wiem, że wielu z was zastanawiało się nad sensem tej wyprawy – powiedziała Kochanka. – Zostaliście poinformowani, że na tej wyspie jest coś koniecznie nam potrzebnego do podniesienia awanka. Oto, czego potrzebujemy. – Pokazała na Auma. – Krüach Aum wie, jak podnieść awanka. – Dała im czas na przetrawienie tej sensacyjnej nowiny. – Przybyliśmy tutaj do niego po naukę. W grę wchodzi wiele różnych zjawisk. Żeby awank nam nie uciekł i żebyśmy mogli zaprząc go do swoich celów, musimy posłużyć się inżynierią równie wyrafinowaną jak nasza taumaturgia i oceanologia. Pa
Chociaż większość adresatów tych słów w gruncie rzeczy nie miała pojęcia, o co chodzi, wywarły one zamierzony efekt. Nawet Ta
Ekipa ludzi-kaktusów pozakładała obozy na terenie miasta. Dla pozostałych Armadyjczyków znaleźli bezpieczne od kobiet-moskitów puste pomieszczenia, w których można było zamieszkać w mniejszy grupach, a za to w większej wygodzie.
Ludzie-moskity nadal pałali ciekawością bardzo chcieli rozmawiać, bardzo chcieli wziąć udział w tym projekcie. Szybko wyszło jaw, że Aum jest osobą o szemranej reputacji, ponieważ mieszka i pracuje sam – Mimo to wszyscy najwybitniejsi myśliciele w mieście chcieli pomóc przybyszom. Broń ukryta na „Trójzębie” okazała się zupełnie potrzebna. Nie chcąc uchybić wymogom grzeczności, Kochanka pozwoliła anopheliusom uczestniczyć w konsultacjach, aczkolwiek, słuchała tylko Auma, a wszystkie i
Przez pierwsze pięć godzin dnia Aum toczył dyskusje z armadyjskimi naukowcami, pochylonymi nad jego książką. Kiedy pokazali mu uszkodzony aneks, ku ich zaskoczeniu powiedział, że nie ma ani jednego egzemplarza swojej pracy, ale na szczęście wszystko pamiętał. Za pomocą liczydła i rozmaitych kryptourządzeń zaczął uzupełniać luki w informacjach.
Po jedzeniu – ludzie-kaktusy zdobywali dla swoich towarzyszy jadalne rośliny i ryby, aby było czym uzupełnić suszony prowiant – nauki od Krüacha Auma pobierali inżynierowie i budowlańcy. Przed południem Ta
We wszystkich sesjach brała udział Kochanka i Tinti
Pod koniec każdego dnia przychodziła krótka, ale pełna strachu chwila kiedy ludzie, hotchi i khepri rozbiegali się do swoich kwater. Nikt nie musiał przebywać na zewnątrz dłużej niż trzydzieści sekund, ale i tak eskortowali ich strażnicy-kaktusy z kuszarpaczami, a samce anopheliusów chronili gości przed swoimi partnerkami uzbrojeni w kije, kamienie i klaksony.