Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 69 из 151

– Szefem zawładnęła miłość, chuć czy jakaś kombinacja uczuć i popędów. Zalecał się do niej i szybko ją zdobył, z męską asertywnością, w której był wychowany. Jak głosi wieść gmi

– To było wspólne przedsięwzięcie – dodał spokojnie. – Na pewno pani dostrzega, jakie to sztuczne. Szef pokazał charakter, tak szybko wznosząc się na szczyt kariery, ale pozostał chłopem uprawiającym chłopskie zabawy. Być może autentycznie w to wierzył, kiedy jej powiedział, że tnie ją z miłości, bo inaczej i

Milczałam, od wielu minut nie odezwałam się ani słowem, ale monolog dobiegł końca i Doul czekał na moją reakcję.

– Czyli pana przy tym nie było? – spytałam w końcu.

– Zjawiłem się później – odparł.

– Uprowadzony? – dociekałam zaskoczona, ale on znowu pokręcił głową.

– Przybyłem z własnej woli. Kilkanaście lat temu znalazłem Armadę.

– Dlaczego pan mi to wszystko mówi? Wzruszył nieznacznie ramionami.

– To ważne, żeby pani rozumiała. Widziałem, że wystraszyła się pani blizn. Powi

Bez słowa więcej skłonił głowę i zostawił mnie. Czekałam kilka minut, ale nie wrócił.

Jestem głęboko poruszona. Nie rozumiem, co się stało, dlaczego ze mną rozmawiał. Kochanka go wysłała? Poleciła mu, żeby mi opowiedział jej historię czy też Doul realizuje jakieś swoje cele. Wierzy we wszystko, co mi powiedział?

„Niszczukowody zawdzięczają swoją siłę właśnie ich bliznom”, mówi mi, a ja zostaję z pytaniem, czy przypadkiem nie przeoczył i

Nie są więźniami dynamiki Armady. Jakie mają priorytety? Chcę poznać imiona Kochanków.

Kiedy Uther Doul nie walczy, do dzisiaj wspominam to że jego twarz jest prawie nieruchoma. Przykuwa uwagę i ma w sobie odrobinę tragizmu. Prawie nie sposób odgadnąć, co Doul myśli i jakie ma poglądy. Może sobie mówić, co chce, ja widziałam blizny Kochanki, które są brzydkie i nieprzyjemne. Nie zmieni tego fakt, że są świadectwem jakiegoś obrzydliwego rytuału, jakiejś gry dla zatrzymanych w rozwoju emocjonalnym.

Są brzydkie i nieprzyjemne.

Rozdział dwudziesty drugi

Trzydzieści sześć godzin po tym, jak aerostat wzbił się nad Armadę i skierował na południowy zachód, zza horyzontu zaczął się wyłaniać ląd.

Bellis niewiele spała, ale nie była zmęczona i na drugi dzień wstała o piątej, żeby z jadalni oglądać świt.

Kiedy weszła na salę, zastała tam już i

Zauważył ją i bez słowa pokazał na okna.

W bezsłonecznym świetle przedświtu woda na dole rozbijała się o skały. Trudno było ocenić wielkość tych formacji geograficznych oraz ich odległość od aerostatu. Bezładna grupa kamieni podobnych do wielorybich grzbietów, o średnicy nie większej niż półtora kilometra, tylko nieliczne przewyższały rozmiarami Armadę. Bellis nie zauważyła żadnych ptaków czy i

– Dotrzemy na wyspę w ciągu godziny – powiedział ktoś.

Na aerostacie rozbrzmiewały odgłosy krzątaniny, której charakteru Bellis nie rozumiała i nie miała ochoty zrozumieć. Wróciła do swojej kabiny i szybko się spakowała, a potem usiadła w jadalni w czarnym ubraniu, z torbą podróżną u stóp. Między zapasowymi spódnicami krył się skórzany woreczek od Silasa Fe

Załoga łaziła tu i tam, wywarkując niezrozumiałe rozkazy. Ci, którzy nie mieli nic do roboty, zebrali się pod oknami.

Aerostat znacznie zmniejszył wysokość. Znajdowali się około trzy stu metrów nad wodą i powierzchnia morza utraciła swoją pozom jednolitość. Zmarszczki przerodziły się w kształty fal, pianę, prądy, kolory raf i lasy wodorostów w głębinach. A to… Czy to jest wrak?

Zmierzali prosto ku wyspie. Bellis zadrżała na jej widok: sroga skała w gorącym morzu, długa na jakieś czterdzieści pięć, a szeroka na ponad trzydzieści kilometrów. Rzeźbę terenu urozmaicały pagórki w pylistym kolorze i niezbyt wysokie góry.

– Na słoneczne gówno, nie sądziłem, że jeszcze kiedyś będę musiał oglądać to miejsce! – powiedział Hedrigall w salt z akcentem sunglaryjskim. – Od dalszego brzegu do Gnurr Kett dzieli ją ponad dwieście dwadzieścia kilometrów. Ludzie-moskity nie są zbyt wytrzymali w powietrzu. Nie ulecą więcej niż dziewięćdziesiąt kilometrów. To dlatego obywatele Gnurr Kett pozwalają im żyć i handlują z nimi za pośrednictwem takich jak ja i moi dawni towarzysze. Wiedzą, że oni nigdy nie dotrą na stały ląd. Ta wyspa jest ich gettem – powiedział, szarpnąwszy grubym, zielonym kciukiem.

Wokół wybrzeża krążyły sterowce. Bellis z uwagą obserwowała wyspę. Nie było czego oglądać, żadnych śladów życia poza rośli