Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 62 из 151

Rozdział dziewiętnasty

Wielkie warsztaty w okręgu Czasy otrzymały nietypowe zlecenie.

Jednym z filarów gospodarki Czasów była budowa statków powietrznych. Tamtejsze fabryki gwarantowały wysoką jakość sztywnych, półsztywnych i elastycznych sterowców, aerostatków i silników.

Największą jednostką powietrzną na niebie Armady była „Arogancja”. Statek uszkodzony podczas jakiejś zapomnianej bitwy, zdobyty przed wieloma dziesięcioleciami, ustawiono w roli wieży strażniczej i obiektu krajobrazowego. Mobilne aerostaty były od niego co najmniej o połowę krótsze, największy z nich miał nieco ponad sześćdziesiąt metrów długości. Buczały leniwie nad miastem, nosząc takie nieodpowiednie nazwy jak „Barracuda”. Inżynierów aerostatycznych pętały ograniczenia kubaturowe – nigdzie na Armadzie nie było miejsca na ogromne hangary, w których można by zbudować ogromne jednostki w rodzaju największych statków powietrznych Nowego Crobuzon czy aerostaty badawcze i wahadłowce z Myrshock, na ponad dwieście metrów metalu i skóry. A poza tym takie aerostaty nie były Armadzie wcale potrzebne.

Aż do teraz, jak się okazało.

Tego samego przedpołudnia, kiedy na miasto spadł deszcz ulotek, pełen niedowierzania szef zmiany zwołał całą załogę aerokombinatu Opieka w okręgu Czasy – zszywaczy, inżynierów, projektantów, metalurgów i przedstawicieli mnóstwa i

Na jego wykonanie dostali dwa tygodnie.

„Silas miał rację” – pomyślała Bellis. Nie było szans, żeby wkręcił się sekretnie na wyprawę do kraju ludzi-moskitów. Nawet ona, odcięta od armadyjskich intryg i skandali, z całą rosnącą regularnością słyszała nazwisko Simona Fencha. Rzecz jasna, na razie były to tylko nieprecyzyjne szeptane pogłoski. Carria

Bellis wciąż nie mogła wyjść z podziwu, że Silas z taką łatwością przeniknął pod skórę miasta. Czy nic mu nie grozi? Czy Kochankowie go nie szukają?

Uśmiechnęła się na myśl o Szeklu. Od jakiegoś czasu nie mogła udzielać mu lekcji, ale podczas niedawnej wizyty w bibliotece zademonstrował jej z dumą, że jej pomoc nie jest już potrzebna.

Przyszedł po to, aby spytać, co jest w książce Krüacha Auma. Szekel nie był w ciemię bity. Nie miał wątpliwości, że książka, którą jej sprezentował, w jakiś sposób wiąże się z burzliwymi wydarzeniami tego tygodnia – kaskadą ulotek, niezwykłym projektem, dziwnym nowym zleceniem Ta

– Miałeś rację – powiedziała mu. – Przetłumaczenie książki zajęło mi sporo czasu, ale kiedy zdałam sobie sprawę, co to jest… To opis eksperymentu…

– Podnieśli awanka – przerwał jej Szekel. Skinęła głową i podjęła:

– Kiedy zdałam sobie sprawę, o czym jest ta książka, przekazałam ją Tinti

– Książka znaleziona przeze mnie – powiedział Szekel i uśmiechnął się pełen niedowierzania.

W aerokombinacie Opieka potężna rama z drutu i wygiętych dźwigarów nabierała kształtów.

W rogu ogromnej hali znajdowała się ciężka chmura jasnobrązowej skóry. Dookoła siedziała setka mężczyzn i kobiet z kilkucentymetrowymi grubymi igłami w każdej dłoni, zszywając oburącz. Do uszczelnienia ogromnych komór gazowych miały posłużyć całe kadzie chymikaliów, żywicy i gutaperki. Drewniane ramy i czerwony jeszcze metal niedawno wylany z pieców hutniczych układały się w formy gondoli sterowniczych i obserwacyjnych.

Zakład Opieka, chociaż niemały, nie mógł pomieścić zlecenia w jego finalnym kształcie. Wszystkie wykończone komponenty miały być przeniesione na pusty pokład „Wielkiego Wschodniego”, gdzie zamierzano zamocować komory, zespawać ze sobą elementy szkieletu i zeszyć skórzane pokrycie.

„Wielki Wschodni” był jedynym statkiem armadyjskim, który nadawał się do wykonania tego zadania.

Był dwudziesty łańcola bądź siódmy skydi jastrzębiego dzioba – Bellis było już wszystko jedno. Od czterech dni nie widziała się z Silasem.

Ciepłe powietrze rozbrzmiewało śpiewem ptaków. Bellis czuła się klaustrofobicznie w swoim mieszkaniu, ale nawet kiedy poszła na spacer, uczucie to nie ustąpiło. Domy i burty statków zdawały się pocić w morskim upale. Nie zmieniła zdania na temat morza: jego rozmiary i monotonia porażały ją. Tego ranka ogarnęła ją jednak nagła potrzeba wyrwania się spod miejskich podcieni.

Strofowała się za godziny czekania na Silasa. Nie miała pojęcia, co się z nim stało, ale poczucie, że jest sama, że Silas może nie wrócić, szybko ją zahartowało. Zdała sobie sprawę, jaka zrobiła się psychicznie krucha, i ponownie obudowała się murem. „Żeby tak siedzieć i czekać jak dziecko” – złościła się na siebie.

Gwardziści przychodzili po nią każdego dnia, zabierali ją do Kochanka, Tinti

– A na tej stronie słowo „morghoł” przełożyła pani jako „chętny”, a przecież to znaczy coś wręcz przeciwnego!

– Ze względu na tryb i czas gramatyczny – odparła pozbawionym emocji tonem. – Całe zdanie napisane jest w czasie ironiczno-ciągłym.

Chciała dodać: „często mylonym z zaprzeszłym”, ale powstrzymała się.

Bellis nie miała pojęcia, do czego ma prowadzić ten egzamin. Czuła się zlekceważona. Do tej pory jej translatorski wyczyn napawał ją ostrożną dumą. Do projektu z wyspą podchodziła entuzjastycznie, ale szybko zgasiła w sobie zapał, jakby toczyła się w niej walka między rozkwitającym marzeniem a nadąsanym, posępnym kompleksem uprowadzonej.

Na razie nikt jej nie potwierdził, że popłynie na wyspę. A to było przecież istotą całego przygotowanego przez nią planu. Może coś poszło nie tak? Poza tym Silas zniknął. „Może czas wymyślić nowy plan” – powiedziała sobie na chłodno. Postanowiła, że jeśli ten nie wypali, jeśli zabiorą ze sobą i

Z przykrym strachem przypomniała sobie jednak słowa, które wypowiedział Uther Doul tuż przed zastrzeleniem kapitana Myzovica: „Siła, którą reprezentuję, ma gdzieś Nowe Crobuzon.”

Pomostem Whi skey przeszła ze „Złego Znaku”, barki na skraju Niszczukowód, na szeroki kliper „Sprawa Dariocha”.

Ulice Alozowic wydawały się jej potwornie szare, bardziej ascetyczne niż ulice Niszczukowód. Fasady były prostsze, jeśli w ogóle istniały. Niepomalowane drewno tworzyło oszczędne, powtarzające się wzory. Droga Pompowa była ulicą targową dochodzącą do Niszczukowód i Pamięcioimpulsowni. Chodniki osypywały się od nacisku furmanek, zwierząt i zakupowiczów z i

Bellis umiała rozpoznać strupodzieja nawet bez zbroi, po charakterystycznej ciężkiej fizjonomii i popielistej cerze. Minęła świątynię, której krwiorogi milczały, a strażnicy byli przystrojeni płytkami za krzepowymi. Za domem bogów znajdowało się herbarium, snopki suszonych środków ściągających mocno pachniały w rozgrzanym powietrzu.